– Kula trafiła w czoło – rzekł Rhyme. – Nie z tyłu. A derringer – broń, którą Sachs znalazła w zbiorniku – prawdopodobnie należał do ofiary. Sugeruje to, że mógł strzelać w obronie własnej.
W niczym nie zmieniało to jednak faktu, że Charles z własnej woli poszedł do gospody i był uzbrojony. Mógł przewidywać, że dojdzie do aktu przemocy.
– W ogóle nie powinnam tego zaczynać – mruknęła Geneva. – Głupio zrobiłam. Przecież nie lubię przeszłości. Bez sensu. Nie cierpię! – Odwróciła się i wybiegła na korytarz, a potem pomknęła na górę.
Sachs poszła za nią i wróciła po kilku minutach.
– Czyta. Powiedziała, że chce być sama. Chyba nic jej będzie. – Ton jej głosu świadczył jednak, że nie jest tego wcale pewna.
Rhyme przejrzał informacje o najstarszym miejscu zbrodni, z jakim kiedykolwiek miał do czynienia – sprzed stu czterdziestu lat. Jednym celem badania było znalezienie jakiegoś tropu, który mógłby ich doprowadzić do zleceniodawcy NS 109. Tymczasem osiągnęli tyle, że Sachs omal nie zginęła w wykopie, a Geneva poznała smutną wiadomość, że jej przodek zabił człowieka.
Rhyme zerknął na kartę Wisielca, który spoglądał na niego spokojnie z tablicy dowodów, jak gdyby kpił sobie z jego frustracji.
– Hej, chyba coś mam – powiedział Cooper. Siedział przed monitorem komputera.
– W sprawie Winskinskie? – spytał Rhyme.
– Nie. Posłuchajcie. Wiadomo już, co to za tajemnicza substancja – ta, którą Amelia znalazła w kryjówce przy Elizabeth Street i niedaleko mieszkania ciotki Genevy. Ten płyn.
– Rychło w czas. Co to jest? Toksyna? – pytał Rhyme.
– Nasz bandyta ma suche oczy – poinformował go Cooper.
– Co?
– To murine.
– Krople do oczu?
– Zgadza się. Skład jest identyczny.
– W porządku. Dopisz do listy – polecił Thomowi Rhyme. – Może to chwilowe, bo miał kontakt z kwasem. Wówczas nic to nam nie da. Ale może być chroniczne. I wtedy lepiej dla nas.
Kryminalistycy uwielbiają sprawców z dolegliwościami fizycznymi. Rhyme poświęcił cały ustęp książki sprawie tropienia ludzi na podstawie leków sprzedawanych na receptę i bez recepty, wyrzuconych igieł do strzykawek, przepisanych okularów, charakterystycznego zdarcia podeszew wynikających z kłopotów ortopedycznych i tak dalej.
Zadzwonił telefon Sachs. Słuchała przez chwilę.
– Dobrze, będę za piętnaście minut. – Rozłączyła się i spojrzała na Rhyme’a. – A to ciekawe.
Rozdział 28
Kiedy Amelia Sachs weszła na oddział intensywnej opieki medycznej szpitala Columbia-Presbyterian, zobaczyła dwóch Pułaskich. Jeden leżał w łóżku, zabandażowany i podłączony do jakichś koszmarnych rurek z przezroczystego plastiku. Miał apatyczne spojrzenie i bezwładnie rozchylone usta.
Drugi siedział przy łóżku na niewygodnym plastikowym krzesełku. Miał taką samą jasną czuprynę, ufną twarz i był ubrany w identyczny nowiutki granatowy mundur Departamentu Policji Nowego Jorku, jaki miał na sobie wczoraj Ron Pulaski, gdy Sachs zwerbowała go do zadania przed muzeum afroamerykańskim, każąc mu udawać zaniepokojenie stertą śmieci. Tle porcji cukru?…
Zdumiała się, widząc lustrzane odbicie młodego posterunkowego.
– Jestem Tony. Brat Rona. Jak się pewnie pani domyśliła.
– Witam, detektywie – zdołał wykrztusić Ron. Głos odmawiał mu posłuszeństwa. Brzmiał słabo i niewyraźnie.
– Jak się czujesz?
– A… Geneva?
– Wszystko w porządku. Na pewno słyszałeś – powstrzymaliśmy go w mieszkaniu ciotki, ale uciekł… Boli cię? Pewnie tak.
Nieznacznym ruchem głowy wskazał kroplówkę.
– Zupka szszęśssia… Nic nie czuję.
– Wyjdzie z tego.
– Wyjdę z tego – powtórzył słowa brata Ron. Kilka razy głęboko odetchnął i zamrugał oczami.
– Za jakiś miesiąc – wyjaśnił Tony. – Po terapii. Wróci do służby. Parę złamań. Niewielkie obrażenia wewnętrzne. Twarda czaszka. Tak zawsze mówił tato.
– Szaszka. – Ron uśmiechnął się szeroko.
– Byliście razem na akademii? – Sachs przysunęła sobie krzesło i usiadła.
– Tak.
– Gdzie dostałeś przydział?
– Do szóstego – odrzekł Tony.
Posterunek numer sześć znajdował się w sercu zachodniego Greenwich Village. Niewiele rozbojów, kradzieży samochodów i narkotyków. Policja zajmowała się tam głównie włamaniami, awanturami par gejowskich i incydentami wywołanymi przez niezrównoważonych emocjonalnie artystów i pisarzy, którym skończyły się leki. W szóstym miał swoją siedzibę oddział pirotechników.
Tony był wstrząśnięty napaścią na brata, ale i wściekły.
– Walnął go, kiedy Ron już leżał. Po co?
– A może to lepiej – odezwał się urywanym głosem Ron. – Bo nie miał… szsza… czasu dopaść Genevy.
Sachs uśmiechnęła się do niego.
– Zdaje się, że jesteś z tych, dla których szklanka jest do połowy pełna. – Nie powiedziała mu, że omal nie został zatłuczony na śmierć tylko po to, by NS 109 mógł użyć pocisku z jego broni do odwrócenia uwagi policji.
– Chyba tak. Niech pani podziękuje żene… Genevie ode mnie. Za książkę. – Prawie nie mógł ruszać głową, ale jego wzrok przesunął się na nocny stolik, gdzie leżała książka „Zabić drozda”. – Tony mi szszyyta. Radzi sobie nawet z długimi słowami.
– Ty gadzino – zaśmiał się jego brat.
– To co nam możesz powiedzieć, Ron? Facet jest sprytny i ciągle przebywa na wolności. Musimy coś wiedzieć.
– Nie wiem, proszę… detektywie. Chodziłem po alejce. A on się schował, kiedy szszedłem do ulicy. Wróciłem… Nie spodziea… spodziewałem się go. Stał za rogiem bugyn… budynku. Zobaszyłem faceta w kominiarce, a potem pałkę czy kij. Nie zdążyłem… nie widziałem… Zdrowo mnie zaprawił. – Znów zamrugał i przymknął oczy. – Nie uważałem. Byłem za blisko muru. Już tak więcej nie zrobię.
Nie wiedziałeś. Teraz już wiesz.
– Ten świst. – Skrzywił się.
– Dobrze się czujesz? – spytał go brat.
– Dobrze.
– Świst? – powtórzyła Sachs, przysuwając się bliżej.
– Co?
– Słyszałeś świst.
– Słyszałem, proszę pani… nie, detektywie.
– W porządku, Ron. Możesz do mnie mówić, jak chcesz. Widziałeś coś? Cokolwiek?
– Tylko kij. Ale nie zwykły kij… do baseballu. Leciał mi prosto na twarz. I upadłem. Detektywie, nie proszę pani.
– Dobrze, Ron. Pamiętasz, co było potem?
– Nie wiem. Pamiętam, że leżałem na ziemi. Myślałem… myślałem, że chce mi zabrać broń. Próbowałem zachować kontrolę. Tak pisali w książce, żeby… nie dać sobie odebrać broni. „Zawsze zachowuj kontrolę nad bronią”. Ale mi ją zabrał. Było po mnie. Wiedziałem, że już po mnie.
– Pamiętasz, co widziałeś? – zachęciła go delikatnie Sachs.
– Turkąt.
– Co takiego? Zaśmiał się słabo.
– To znaczy trójkąt. Z kartonu. Na ziemi. Nie mogłem się ruszyć. Nic więcej nie widziałem.
– A ten karton? To był jego karton?
– Trój… kąt? Nie, to były śmieci. Naprawdę… nic więcej nie widziałem. Próbowałem się szołgać… ale chyba mi nie poszło.
Sachs westchnęła.
– Kiedy cię znaleźli, Ron, leżałeś na wznak.
– Naprawdę?… Na wznak?
– Przypomnij sobie. Może widziałeś niebo? Pułaski zmrużył oczy.
Jej serce zabiło szybciej. Może udało mu się coś zauważyć?
– Kchew.
– Co?
– Miałem pełno w oszach.
– Krew? – podsunął brat.
– Tak. Krew. Nic nie widziałem. Ani turkąta, ani budynku. Zabrał mi pistolet. Kilka minut stał obok. Potem już nic nie pamiętam.