Po chwili usłyszał:
– Hej, detektywie Rhyme?
– Słucham, J. T.
– Faktycznie, ktoś powiedział, że coś kojarzy. Zadzwoniłem do jednego z naszych emerytowanych strażników, który pracował przy egzekucjach. Nazywa się Pepper. Zgodził się przyjść i z panem pogadać. Mieszka niedaleko. Powinien być za parę minut. Oddzwonimy.
Znów zerknął na kartę tarota. Zmiana kierunku…
Telefon zadzwonił po nieznośnie długich dziesięciu minutach.
Rozmówcy wymienili krótkie uprzejmości. Emerytowany funkcjonariusz Departamentu Sprawiedliwości Teksasu Halbert Pepper mówił z akcentem, przy którym dykcja J. T. Beauchampa przypominała wymowę angielskiej królowej.
– Chyba będę mógł wam kapkę pomóc.
– Niech pan mówi – rzekł Rhyme.
– Jakieś pięć lat temu mieliśmy funkcjonariusza od egzekucji, który pasował do opisu, co mi go dał J. T. Facet miał kłopot z oczami i gwizdał jak sto pięćdziesiąt. Właśnie odchodziłem na emeryturę, ale zdążyłem z nim kapkę popracować.
– Kto to był?
– Gość nazywał się Thompson Boyd.
Część IV. Idzie trup
Rozdział 29
Pepper mówił przez głośnik:
– Boyd wychował się w okolicy. Ojciec był poszukiwaczem…
– Ropy?
– Tak, robotnik na polu. Matka nie pracowała. Nie mieli więcej dzieci. Z tego, co mówił, miał normalne dzieciństwo. Ponoć nawet szczęśliwe. Ciągle gadał o swojej rodzinie. Kochał matkę i bardzo jej pomagał, kiedy w tornadzie straciła rękę czy nogę, nie pamiętam. Zawsze jej pilnował. Raz jakiś dzieciak się z niej nabijał, a Boyd go pogonił i nastraszył, że jak nie przeprosi, włoży mu grzechotnika do łóżka.
W każdym razie po szkole średniej i ze dwóch latach w college’u przez jakiś czas pracował w tej samej firmie co ojciec, ale potem przyszły zwolnienia. Wyrzucili go. Ojca też. Czasy były ciężkie, nie mógł znaleźć żadnej roboty w okolicy, no i wyjechał ze stanu. Nie wiem gdzie. Dostał pracę w jakimś więzieniu. Zaczął jako zwykły klawisz na bloku. Raz mieli kłopot – zachorował ich nadzorca egzekucji i nie było nikogo, kto by mógł odwalić tę robotę, no i zrobił to Boyd. Przypalił tak dobrze…
– Przypalił?
– Przepraszam, egzekucja na krześle poszła mu tak dobrze, że dostał tę robotę na stałe. Popracował tam trochę, ale zaczął jeździć od stanu do stanu, bo wszędzie go chcieli. Został takim ekspertem od egzekucji. Znał się na krzesłach…
– Elektrycznych?
– Tak, takich jak nasz słynny Sparky. Znał się też na gazie, był fachowcem od komór. Umiał też zrobić porządny stryczek, a musi pan wiedzieć, że niewielu w kraju ma pozwolenie na wieszanie. Był u nas wakat nadzorcy egzekucji, no i skorzystał z okazji. Przeszliśmy na śmiertelne zastrzyki, jak prawie wszędzie, to został specem od zastrzyków. Nawet się o tym naczytał i umiał rozmawiać z demonstrantami. Niektórzy gadają, że chemia jest bolesna. Ja tammyślę, że tym zielonym i demokratom po prostu nie chce się poznać faktów. To bzdety. Mieliśmy tu…
– Możemy wrócić do Boyda? – przerwał mu ze zniecierpliwieniem Rhyme.
– Tak, tak, przepraszam. No więc przyjechał tu i przez jakiś czas wszystko szło dobrze. Nikt nie zwracał na niego specjalnej uwagi. Był jakby niewidzialny. Nazywaliśmy go Pan Przeciętniak. Ale potem coś się stało. Zmienił się. Zaczął się robić dziwny.
– To znaczy?
– Im więcej egzekucji załatwiał, tym bardziej go brało. Robił się coraz bardziej nijaki. Nie wiem, czy się jasno wyrażam. Jakby go w ogóle nie było. Dam przykład: mówiłem, że był zżyty ze starymi, zawsze im się dobrze układało. Kiedy oboje zginęli w wypadku razem z jego ciotką, Boyd nawet nie mrugnął. Cholera, nawet na pogrzeb nie poszedł. Można pomyśleć, że był w szoku, ale nie. Po prostu nic go to nie obchodziło. Przyszedł na swoją zmianę, a wszyscy wiedzieli, co się stało, i pytają, co tu robi. Do następnej egzekucji miał jeszcze dwa dni. Mógł wziąć wolne. Ale nie chciał. Powiedział, że później pójdzie na ich groby. Nie wiem, czy w ogóle tam kiedyś był.
Widzi pan, on był coraz bliżej z więźniami – wielu myślało, że za blisko. Tego się nie robi. To niezdrowe. Przestał się spotykać z innymi strażnikami i prawie cały czas siedział ze skazanymi. Mówił o nich „moi ludzie”. Podobno raz nawet usiadł w naszym krześle elektrycznym, które ustawili w takim małym muzeum. Chciał sprawdzić, jak to jest. I zasnął. Wyobraź pan sobie! Ktoś spytał Boyda, jak to jest siedzieć na krześle elektrycznym. Powiedział, że nic nie czuł. Był tylko „jakiś odrętwiały”. Pod koniec często to powtarzał. Był odrętwiały.
– Mówił pan, że jego rodzice zginęli, tak? Wprowadził się do ich domu?
– Chyba tak.
– I ciągle tam mieszka? Teksańczycy też słuchali ich przez głośnik i J. T. Beauchamp zawołał:
– Dowiem się! – Przekazał komuś pytanie. – Za chwilę będziemy wiedzieć, panie Rhyme.
– Mógłby pan sprawdzić, czy w okolicy mieszkają jacyś krewni?
– Nie ma sprawy.
– Przypomina pan sobie, czy często gwizdał, panie Pepper? – zapytała Sachs.
– Tak. I był w tym pierwszorzędny. Czasami jak odprowadzał skazanych, gwizdał im ze dwie piosenki.
– A jego oczy?
– Też pamiętam – odrzekł Pepper. – Thompson miał kiepskie oczy. Mówili, że kiedyś przeprowadzał egzekucję – nie u nas – i coś poszło nie tak. Czasem coś się dzieje z krzesłem. Wybuchł mały pożar…
– Skazany zaczął się palić? – spytała Sachs, wzdrygając się ze zgrozą.
– Zgadza się, proszę pani. Zajął się ogniem. Możliwe, że był już martwy albo nieprzytomny. Nikt nie wie. Ruszał się, ale to normalne. No i Thompson wbiegł do środka z karabinkiem, żeby biedaka zastrzelić i skrócić mu cierpienia. Ale to niezgodne z procedurą. Nie wolno zabijać skazanego, zanim zostanie stracony z wyroku, bo to zwykłe morderstwo. Ale Boyd i tak chciał to zrobić. Nie mógł pozwolić, żeby któryś z „jego ludzi” umarł w taki sposób. Ale ogień robił się coraz większy i zajęła się izolacja kabli czy jakiś inny plastik. Poszedł dym i Boyd stracił przytomność. Potem przez jakieś dwa dni był ślepy.
– A więzień? – zapytała Sachs.
– Thompson nie musiał strzelać. Prąd dał radę.
– I od pięciu lat już u was nie pracuje? – upewnił się Rhyme.
– Jakoś tak – odparł Pepper. – Sam odszedł. Chyba pojechał gdzieś na Środkowy Zachód. Potem nigdy już o nim nie słyszałem.
Środkowy Zachód – może Ohio. Gdzie popełniono drugie morderstwo pasujące do profilu.
– Zadzwoń do kogoś z więziennictwa w Ohio – szepnął Rhyme do Coopera, który skinął głową i podniósł słuchawkę innego telefonu.
– A Charlie Tucker, ten zamordowany strażnik? Boyd odszedł z pracy mniej więcej wtedy, kiedy Tucker zginął?
– Zgadza się.
– Mieli ze sobą na pieńku?
– Zanim Charlie odszedł na emeryturę, rok pracował pod komendą Thompsona – powiedział Pepper. – Tylko że Charlie był, jak my to mówimy, „świętym oszołomem”, twardogłowym baptystą. Często gęsto cytował skazanym różne wersety, mówił im, że pójdą do piekła i tak dalej. Thompson się na to nie zgadzał.
– A więc być może Boyd zabił, żeby mu odpłacić za to, że uprzykrzał więźniom koniec życia.
Moi ludzie…
– Możliwe.
– A co z portretem, który wam wysłaliśmy? To Boyd?
– J. T. właśnie mi pokazał – powiedział Pepper. – Tak, to może być on. Chociaż wtedy był grubszy, taki bardziej w sobie. Poza tym golił głowę i nosił brodę – wielu to u nas robiło, żeby wyglądać tak groźnie jak więźniowie.