– Niech pan pamięta – wtrącił naczelnik – że szukaliśmy więźniów, nie strażników.
Z powodu mojego błędu, pomyślał ze złością Rhyme.
– Niech to szlag – usłyszeli znów głos naczelnika.
– Co się stało, J. T.?
– Wysłałem dziewczynę po teczkę osobową Boyda. I…
– Nie ma jej.
– Właśnie.- Wykradł swoje akta, żeby nikt nie odkrył związku z morderstwem Charliego Tuckera – powiedział Sellitto.
– Tak mi się wydaje – zgodził się J. T. Beauchamp. Rhyme pokręcił głową.
– I bał się zostawić odciski palców, bo były w kartotece pracowników stanowych, a nie przestępców.
– Chwileczkę – rzekł naczelnik. Usłyszeli, jak rozmawia z jakąś kobietą, po czym znów odezwał się w głośniku. – Właśnie dostaliśmy wiadomość od gościa z archiwum okręgowego. Boyd sprzedał dom rodziców pięć lat temu. Nie kupił w stanie nic nowego. Przynajmniej nie pod własnym nazwiskiem. Pewnie zgarnął gotówkę i zniknął… I nikt nic nie wie o żadnych krewnych.
– Jak brzmiało jego pełne imię i nazwisko? – zapytał Rhyme.
– W środku miał chyba G. – odrzekł Pepper. – Ale nie wiem, co oznaczało. – Po chwili dodał: – Ale jedno wam powiem, Thompson Boyd znał się na swojej robocie. Miał w jednym palcu cały PE.
– PE?
– Protokół Egzekucji. To taka wielka księga ze szczegółowymi instrukcjami, jak przeprowadzać egzekucje. Każdemu, kto z nim pracował, kazał się uczyć tych zasad na pamięć i ciągle powtarzać: „Muszę to robić ściśle według zasad, muszę to robić ściśle według zasad”. Thompson zawsze powtarzał, że w sprawach śmierci nie można iść na łatwiznę.
Mel Cooper odłożył słuchawkę.
– Ohio? – zapytał Rhyme. Technik przytaknął.
– Zakład o zaostrzonym rygorze Keegan Falls. Boyd pracował tam tylko rok. Naczelnik dobrze go pamięta z powodu choroby oczu i gwizdania. Powiedział, że z Boydem od początku były kłopoty. Kłócił się ze strażnikami o traktowanie więźniów i utrzymywał stosunki towarzyskie z więźniami, co było wbrew przepisom. Naczelnik sądzi, że nawiązywał kontakty, żeby później dostawać zlecenia.
– Tak pewnie poznał człowieka, który go wynajął, żeby zabił świadka.
– Możliwe.
– A teczka osobowa? Też została skradziona.
– Tak, nie ma jej. Nikt nie wie, gdzie mieszkał i w ogóle nic więcej o nim nie wiadomo. Zniknął z radarów.
Pan Przeciętniak…
– Teraz to nie Teksas ani Ohio muszą się nim martwić, tylko my. Przeszukaj wszystko, co się da.
– Dobra.
Cooper przeprowadził standardowe przeszukanie – sprawdził rejestr aktów notarialnych, ewidencję wydziału komunikacji, hotele, ewidencję mandatów, urzędy skarbowe… wszystko. Znalazł kilku Thompsonów G. Boydów i jednego T. G. Boyda. Ale ich wiek i rysopis nie pasowały do podejrzanego. Technik spróbował innej pisowni imienia i nazwiska, ale też bez rezultatu.
– Aliasy? – spytał Rhyme.
Większość zawodowych przestępców, zwłaszcza płatnych morderców, używała aliasów – fałszywych nazwisk. Wybierali je zwykle na podobnej zasadzie jak hasła do komputerów i bankomatów, tworząc wariant nazwy czy imienia, które coś dla nich znaczyły. Kiedy się je poznało, człowiek pluł sobie w brodę, że nie wpadł na tak oczywistą odpowiedź. Ale odgadnięcie aliasu było zwykle niemożliwe. Mimo to próbowali: przestawili imię i nazwisko („Thompson” częściej występował jako nazwisko). Cooper użył nawet programu do tworzenia anagramów, by przestawić litery „Thompson Boyd”, lecz nic nie znalazł w bazach danych.
Zero, myślał coraz bardziej rozdrażniony Rhyme. Znamy nazwisko, wiemy, jak wygląda, wiemy, że jest w mieście…
Ale, cholera, nie umiemy go znaleźć.
Sachs spojrzała na tablicę i zmrużyła oczy.
– Billy Todd Hammil – powiedziała.
– Kto? – zdumiał się Rhyme.
– Człowiek, na którego nazwisko wynajął mieszkanie przy Elizabeth Street.
– No i co z nim?
Sachs przerzuciła kilka arkuszy i uniosła głowę.
– Zmarł sześć lat temu.
– Wiadomo gdzie?
– Nie, ale założę się, że w Teksasie.
Sachs ponownie zadzwoniła do więzienia i zapytała o Hammila. Po chwili odłożyła słuchawkę i pokiwała głową.
– O to chodzi. Dwanaście lat temu zabił sprzedawcę w całodobowym sklepie. Egzekucję nadzorował Boyd. Wygląda na to, że czuje dziwną więź z ludźmi, których zabił. Jego sposób działania pochodzi z czasów, gdy był katem. Czemu nie tożsamości?
Rhyme nic nie wiedział i nic go nie obchodziły „dziwne więzi”, ale bez względu na motyw, we wniosku Sachs była jakaś logika.
– Każ im przysłać listę wszystkich, których zabił – warknął. – Sprawdzimy ich w naszym wydziale komunikacji. Zacznij od Teksasu, a potem przejdziemy do innych stanów.
J. T. Beauchamp przysłał im listę siedemdziesięciu dziewięciu więźniów, których egzekucję przeprowadził w Teksasie Thompson Boyd.
– Aż tylu? – spytała Sachs, marszcząc brwi. Mimo że sama nigdy nie wahała się strzelać ani nawet zabić, gdy chodziło o ratowanie komuś życia, Rhyme wiedział, że ma wątpliwości co do kary śmierci, ponieważ często wymierzano ją w procesach opartych na poszlakach lub na podstawie błędnych czy nawet celowo spreparowanych dowodów.
Rhyme pomyślał o konsekwencjach liczby egzekucji: mniej więcej przy osiemdziesiątej Thompson Boyd przestał odróżniać życie od śmierci.Kiedy oboje zginęli w wypadku razem z jego ciotką… Boyd nawet nie mrugnął. Cholera, nawet na pogrzeb nie poszedł.
Cooper sprawdził nazwiska straconych mężczyzn w publicznych ewidencjach.
Nic.
– Cholera jasna – warknął Rhyme. – Musimy się dowiedzieć, w których stanach jeszcze pracował i na kim wykonał wyrok. To będzie trwało całe wieki. – Nagle zaświtała mu myśl. – Nie, czekajcie. Kobiety.
– Co? – zdziwiła się Sachs.
– Spróbujmy z nazwiskami straconych kobiet. Wariantami nazwisk.
Cooper wziął krótszą listę i sprawdził wszystkie, we wszystkich możliwych pisowniach, w komputerze wydziału komunikacji.
– Chyba coś mam – oświadczył podekscytowany. – Osiem lat temu w Amarillo wykonano egzekucję niejakiej Randi Rae Silling, prostytutki, która okradła i zabiła dwóch klientów. W Nowym Jorku mamy jedną osobę o takim nazwisku, ale to mężczyzna, Randy przez „y”, drugie imię R-A-Y. Zgadza się wiek i wygląd. Jest adres w Queens, w Astorii. Ma trzyletniego niebieskiego buicka Century.
– Niech ktoś w cywilu weźmie portret pamięciowy i pokaże sąsiadom.
Cooper zadzwonił do podinspektora – szefa posterunku numer 114. Astoria, dzielnica zamieszkana w większości przez Greków, znajdowała się w ich rejonie. Technik wyjaśnił sprawę, a potem przesłał e-mailem portret Boyda. Podinspektor obiecał, że wyśle kilku funkcjonariuszy w cywilu, by przeprowadzili dyskretny wywiad wśród lokatorów domu, w którym mieszkał Randy Silling.
Przez pełne napięcia pół godziny – nie mając żadnych informacji od policjantów z Queens – Cooper, Sachs i Sellitto rozmawiali z różnymi biurami ewidencji w Teksasie, Ohio i Nowym Jorku, szukając jakichkolwiek informacji o Boydzie, Hammilu albo Sillingu.
Nic nie znaleźli.
Wreszcie zadzwonił telefon od inspektora ze 114.
– Kapitanie? – Wielu wyższych oficerów, rozmawiając z Rhyme’em, nadal używało jego dawnego stopnia.
– Proszę mówić.
– Dwie osoby potwierdziły, że wasz człowiek mieszka pod tym adresem – powiedział. – Bierze pan pod uwagę priorytetowe potraktowanie zadania?
Ech, ta góra, westchnął Rhyme. Powstrzymując się jednak od kąśliwych uwag na temat biurokratycznej nowomowy, poprzestał na deklaracji, wygłoszonej z pewnym zażenowaniem: