– Zrozumiałem, bez odbioru”. Sachs powiedziała do mikrofonu:
– Wchodzimy, Rhyme. Dam ci znać, co się dzieje.
– Dobra – rzucił krótko.
Na tym rozmowa się zakończyła. Rhyme nie lubił, gdy Sachs brała udział w akcji bojowej, zdawał sobie jednak sprawę, jakie to dla niej ważne, jak rozwściecza ją każda sytuacja, w której niewinnym ludziom grozi niebezpieczeństwo, jak bardzo jej zależy, by komuś takiemu jak Thompson Boyd nie udało się uciec. Miała to we krwi, dlatego nigdy jej nie proponował, by stanęła z boku i do niczego się nie mieszała.
Co nie znaczy, że się z tego cieszył.
Przestała jednak myśleć o Lincolnie Rhymie, kiedy ruszyli na pozycje.
Sachs i Sellitto szli razem alejką – ona do zespołu Jenkinsa, on w stronę domów po drugiej stronie ulicy, by zapewnić bezpieczeństwo lokatorom. Z twarzy porucznika zniknął sztuczny uśmiech. Detektyw sapał, a na jego czole perlił się pot, mimo że było chłodno. Otarł je, podrapał niewidzialną plamkę krwi i zauważył spojrzenie Sachs.
– Cholerna kamizelka. Gorąco mi.
– Też jej nie cierpię – odrzekła. Szli spokojnym krokiem, zbliżając się do tyłów budynku, gdzie rozdzielały się wszystkie zespoły. Nagle Sachs chwyciła Sellitta za rękę i odciągnęła go do tyłu. – Ktoś nas obserwuje… – Ale gdy cofnęli się pod ścianę, potknęła się o worek ze śmieciami i upadła, boleśnie przygniatając nogę. Skrzywiła się i zaczęła masować kolano.
– Nic się nie stało?
– Wszystko w porządku – uspokoiła go, podnosząc się z grymasem bólu. Zdyszanym głosem powiedziała do mikrofonu radia: – Pięć osiem osiem pięć. Widziałam ruch w oknie na pierwszym piętrze, z tyłu budynku. Rozpoznanie, możecie to potwierdzić?
– Wszystko gra. Widziałaś jednego z naszych.
– Zrozumiałam, bez odbioru.
Sachs ruszyła naprzód, utykając.
– Amelia, coś ci się jednak stało.
– Nie, nic.
– Powiedz Bo.
– To nic takiego.
O jej artretyzmie wiedział krąg wtajemniczonych – Rhyme, Mel Cooper i Sellitto – i nikt więcej. Sachs robiła wszystko, by ukryć tę dolegliwość, obawiając się, że gdyby dowiedziało się o niej dowództwo, odesłałoby ją na zwolnienie. Sięgnęła do kieszeni spodni, wyciągnęła opakowanie środków przeciwbólowych, rozerwała je zębami i połknęła na sucho kilka pastylek.
W radiu usłyszeli głos Bo Haumanna:
– Do wszystkich zespołów, ustawić się w szyku.
Sachs ruszyła do głównego zespołu wchodzącego od frontu. Utykała coraz bardziej.
Sellitto odciągnął ją na bok.
– Nie możesz z nimi iść.
– Przecież nie zamierzam go sama zdejmować, Lon. Mam tylko zabezpieczyć miejsce.
Detektyw odwrócił się w stronę furgonetki w nadziei, że zobaczy kogoś, kogo będzie mógł zapytać o sytuację, ale Haumann i pozostali rozeszli się już na pozycje.
– Już lepiej. Przeszło. – Kuśtykała dalej. Jeden z członków zespołu A spytał ją szeptem:
– Gotowa?
– Tak.
– Nie, nie jest gotowa. – Sellitto odwrócił się do funkcjonariusza. – Pójdzie zawiadomić cywilów. Ja z wami pójdę.
– Pan?
– Tak, ja. Cholera, jakiś problem?
– Nie, panie poruczniku.
– Lon – szepnęła Sachs. – Nic mi nie jest. Krępy detektyw oświadczył:
– Na tyle się znam na zabezpieczaniu miejsc zbrodni, że sam sobie poradzę. Rhyme od lat wbija mi to do łba i chyba się w końcu czegoś nauczyłem.
– Nie zamierzam biegać.
– Może i nie, ale mogłabyś przyjąć postawę, gdyby cię chciał nafaszerować swoimi cholernymi kulami?
– Mogłabym – odparła z przekonaniem.
– Nie sądzę. Przestań się kłócić i idź ochraniać cywilów. – Zacisnął paski kamizelki i wyciągnął rewolwer.
Zawahała się.
– Detektywie, to rozkaz.
Posłała mu chmurne spojrzenie. Ale mimo że miała opinię niezależnej policjantki – niektórzy powiedzieliby, że wręcz zbuntowanej – jako córka gliniarza znała swoje miejsce w hierarchii departamentu nowojorskiego.
– No dobrze – powiedziała. – Ale weź to. – Wyciągnęła piętnasto-strzałowego glocka i podała mu razem z zapasowym magazynkiem, biorąc w zamian jego sześciostrzałowy rewolwer.
Sellitto popatrzył na duży czarny automat. Była to broń o spuście delikatnym jak skrzydło ważki. Gdyby obszedł się z nią tak nieostrożnie jak wczoraj na Elizabeth Street, mógłby zabić siebie albo któregoś z członków zespołu. Pocierając policzek, Sellitto zerknął na okna mieszkania. I pobiegł dołączyć do pozostałych.
Przecinając ulicę, Sachs obejrzała się za siebie i zobaczyła, jak ruszają. Odwróciła się i szła dalej w kierunku mieszkań i domów naprzeciwko.
Przestała utykać.
Właściwie nic jej nie bolało. Czuła się tylko rozczarowana, że nie będzie jej w zespole sztunnującym mieszkanie. Musiała jednak odegrać scenkę z upadkiem i bólem kolana. Ze względu na Lona Sellitta. Uznała, że może go uratować tylko w jeden sposób – zmuszając do wykonania zadania. Gdy oceniała ryzyko, doszła do wniosku, że ani jemu, ani pozostałym ludziom w zespole nie grozi prawie żadne niebezpieczeństwo: mieli kamizelki, wsparcie ze strony reszty oddziału i mieli wykorzystać element zaskoczenia. Wyglądało też na to, że Sellitto zdołał w pewnym stopniu opanować lęk. Przypomniała sobie, z jaką uwagą obejrzał glocka i zlustrował okna mieszkania.
Naprawdę nie było innego wyjścia. Sellitto był świetnym gliną. Gdyby jednak nie zwalczył w sobie lęku, w ogóle przestałby być gliną, co oznaczałoby dla niego zupełny koniec. Brak wiary w siebie miał tę złośliwą cechę, że powolutku zatruwał całą duszę. Sachs zdawała sobie z tego sprawę; sama stale się z nim zmagała. Gdyby Sellitto nie wrócił teraz na pierwszą linię, z pewnością dałby za wygraną.
Przyspieszyła kroku; czekało ją w końcu ważne zadanie. Miała zabezpieczyć mieszkania naprzeciwko i musiała się pospieszyć; zespół A miał lada chwila przypuścić szturm. Sachs zaczęła dzwonić do drzwi i wyganiać ludzi z pokojów od strony ulicy, ostrzegając ich, by na jakiś czas przenieśli się w głąb mieszkań i zamknęli drzwi na klucz. Połączyła się z Haumannem na częstotliwości operacyjnej i poinformowała go, że najbliższe domy są już zabezpieczone. To samo miała teraz zrobić w innych, położonych dalej budynkach.
– Dobra, wchodzimy – rzekł krótko dowódca i się rozłączył. Sachs szła dalej wzdłuż ulicy. Zauważyła, że nerwowo wbija w dłoń paznokieć. Pomyślała o paradoksie sytuacji: Sellitto miał opory przed walką, a ona irytowała się, gdy nie mogła w niej uczestniczyć.
Rozdział 31
Lon Sellitto wszedł za czterema funkcjonariuszami po ciemnych schodach na pierwsze piętro, gdzie znajdowało się mieszkanie. Sapiąc z wysiłku, przystanął, by złapać oddech. Antyterroryści skupili się przy drzwiach, czekając na sygnał od Haumanna, że prąd do mieszkania został odcięty – nie chcieli ryzykować kolejnego porażenia.
Tymczasem krępy detektyw bił się z myślami. Jesteś gotów? Dobrze się zastanów. Musisz podjąć decyzję teraz. Zostajesz czy idziesz?
Pac, pac, pac…
Przed oczami zawirowały mu wszystkie obrazy jednocześnie: ohydne kropelki krwi opryskujące twarz, igły z pocisku rozdzierające żywe ciało. Brązowe, pełne życia oczy, które sekundę później zaszkliły się mgłą śmierci. Fala lodowatej paniki, kiedy otworzyły się drzwi piwnicy na Elizabeth Street, a jego rewolwer wypalił z ogłuszającym hukiem; Amelia Sachs skuliła się przed ogniem i sięgnęła po broń, kiedy pocisk odłupał kawał kamienia z muru zaledwie kilkanaście centymetrów od niej.