Выбрать главу

Pocisk z twojego cholernego rewolweru!

Co się dzieje? – myślał. Czyżby opuściła go zimna krew? Miał nerwy w strzępach. Zaśmiał się w duchu ponuro, porównując własną sytuację z sytuacją Rhyme’a, którego nerwy w rdzeniu kręgowym zostały zniszczone. Rhyme jakoś umiał sobie poradzić z tym, co mu się przydarzyło. A ja nie potrafię?

Musiał odpowiedzieć na to pytanie, bo jeśli okaże się za miękki i znów zawali akcję, mogą zginąć ludzie. Było to tym bardziej prawdopodobne, że mieli do czynienia z zimnym i bezwzględnym draniem.

Potrafisz to zrobić? – zapytał sam siebie.

– Detektywie, wchodzimy za trzydzieści sekund – odezwał się dowódca zespołu. – Rozwalamy drzwi, rozpraszamy się i sprawdzamy mieszkanie. Pan wejdzie po nas i zabezpieczy miejsce. Zgoda?Iść czy zostać? – pytał sam siebie porucznik. Wystarczy zejść po schodach. Nic więcej. Oddać odznakę, znaleźć robotę konsultanta ochrony w jakiejś firmie. I zarabiać dwa razy więcej.

Nigdy już nikt cię nie postrzeli.

Pac, pac, pac…

Nigdy nie zobaczysz naprzeciw siebie oczu, w których w ułamku sekundy gaśnie życie. Pac…

– Zgoda? – powtórzył dowódca. Sellitto spojrzał na niego.

– Nie – szepnął. – Nie. Funkcjonariusz ESU zmarszczył brwi.

– Wywalcie taranem drzwi i puśćcie mnie przodem – powiedział detektyw. – Wejdę pierwszy.

– Ale…

– Słyszeliście, co mówiła detektyw Sachs – mruknął Sellitto. – Sprawca nie działa sam. Musimy mieć wszystko, co się da znaleźć, żeby ustalić, co za kutas go wynajął. Wiem, czego szukać i potrafię zabezpieczyć miejsce, jeżeli będzie próbował wyciąć jakiś numer.

– Muszę zapytać szefa – powiedział niepewnie policjant.

– Będzie jak mówię – odrzekł spokojnie detektyw. – Jestem tu najstarszy stopniem.

Dowódca zespołu zerknął na swojego zastępcę. Obaj wzruszyli ramionami.

– To pana… decyzja.

Sellitto odniósł wrażenie, jak gdyby pierwotnie ostatnim słowem zdania miał być „pogrzeb”.

– Wchodzimy, gdy tylko odłączą prąd – poinformował antyterrorysta. Nałożył maskę gazową. To samo uczyniła reszta zespołu, włącznie z Sellittem. Detektyw zacisnął dłoń na glocku Sachs – trzymając palec za osłoną spustu – i stanął z boku drzwi.

W słuchawce usłyszał:

– Odcinamy elektryczność, trzy… dwa… jeden.

Dowódca dotknął ramienia funkcjonariusza z taranem. Potężny mężczyzna wykonał szeroki zamach i drzwi z trzaskiem pękły.

Czując buzującą w żyłach adrenalinę, myśląc tylko o sprawcy i dowodach, Sellitto wpadł do środka. Z nim antyterroryści, którzy go osłaniali, otwierali kopniakami drzwi i przeszukiwali pokoje. Drugi zespół wszedł od strony kuchni.

Nie zauważyli żadnego znaku obecności Boyda. W niewielkim telewizorze leciał jakiś sitcom – to było źródło dźwięków i ciepła, jakie znaleźli technicy z rozpoznania.

Najprawdopodobniej.

A może i nie.

Spojrzawszy w lewo i prawo, Sellitto wszedł do małego salonu i nie widząc nikogo, ruszył od razu w stronę biurka Boyda, na którym piętrzyły się dowody: arkusze papieru, amunicja, kilka kopert, kawałki przewodów w plastikowej izolacji, zegar cyfrowy, słoje z jakimś płynem i białym proszkiem, radio tranzystorowe, sznur. Używając chusteczki, Sellitto ostrożnie sprawdził metalową szafkę obok biurka, upewniając się, czy nie ma żadnych pułapek. Następnie otworzył ją i zobaczył kolejne słoje i pudełka. Dwa pistolety. Kilka plików nowych banknotów – na oko prawie sto tysięcy dolarów.

– Pokój czysty – zawołał jeden z funkcjonariuszy ESU. Podobny meldunek złożył inny policjant z innego pomieszczenia.

Wreszcie rozległ się głos:

– Szef zespołu A do dowództwa, zabezpieczyliśmy miejsce. Sellitto roześmiał się w głos. Udało mu się. Stawił czoło temu cholerstwu, które go dręczyło.

Ale nie bądź taki pewny siebie, powiedział do siebie, chowając glocka. Wpadłeś tu w konkretnym celu, pamiętasz? Masz coś do zrobienia. No to zabezpiecz te pieprzone dowody.

Rozglądając się po mieszkaniu, zorientował się, że coś tu nie pasuje.

Ale co?

Popatrzył w stronę kuchni, korytarza, obejrzał biurko. Coś tu wyglądało dziwnie. Co tu jest nie tak? I nagle zauważył. Radio tranzystorowe?

Robią jeszcze takie? Jeżeli nawet tak, prawie się już ich nie spotyka, bo jest mnóstwo tanich i znacznie bardziej wymyślnych aparatów jak przenośne odtwarzacze, discmany, odtwarzacze MP3.

Niech to szlag. To pułapka, bomba! Na dodatek stoi tuż obok wielkiego słoja pełnego bezbarwnego płynu zamkniętego szklanym korkiem, w którym, jak Sellitto pamiętał z lekcji chemii, przechowywało się kwas.

– Chryste!

Ile czasu zostało do eksplozji? Minuta, dwie? Sellitto rzucił się naprzód, chwycił radio i zniknął z nim w łazience, wstawiając aparat do umywalki.

– Mamy bombę! Opuścić mieszkanie! – krzyknął, zdzierając z twarzy maskę.

– Wypieprzaj pan stamtąd! – krzyknął funkcjonariusz.

Sellitto nie zwrócił na niego uwagi. Konstruując bomby domowej roboty, ludzie nie zawracają sobie głowy usuwaniem odcisków palców ani innych śladów, ponieważ w wyniku wybuchu większość dowodów zostaje zniszczona. Oczywiście znali już tożsamość Boyda, ale niewykluczone, że są tu ślady lub odciski, które mogą ich doprowadzić do jego zleceniodawcy albo wspólnika.

– Niech pan wezwie pirotechników – odezwał się ktoś przez radio.

– Zamknij się, jestem zajęty.W radiu był włącznik, ale Sellitto nie sądził, by za jego pomocą rozbroił ładunek. Kuląc się instynktownie, detektyw zdjął z radia tylną pokrywę z czarnego plastiku.

He jeszcze, ile jeszcze?

Ile czasu potrzebowałby Boyd, by po wejściu do mieszkania rozbroić bombę-pułapkę?

Pochyliwszy się, Sellitto zobaczył w środku pół laski dynamitu – nie plastiku, ale potężnego ładunku, który mógłby mu urwać rękę i oślepić. Nie było żadnego wyświetlacza. Tylko w filmach bomby są wyposażone w liczniki cyfrowe, które pokazują czas pozostały do wybuchu. Prawdziwe bomby są detonowane przez małe układy mikroprocesorowe, bez wyświetlaczy. Sellitto przytrzymał dynamit paznokciem – by nie usunąć przypadkiem żadnych odcisków palców. Zaczął zdejmować z ładunku spłonkę.

Zastanawiając się, czy sprawca był na tyle wyrafinowany, by wyposażyć bombę w drugi detonator na wypadek, gdyby zaczęli przy niej majstrować tacy jak Sellitto – zdjął spłonkę z dynamitu.

Nie ma drugiego detonatora ani żadnych…

Wybuch wstrząsnął całą łazienką, odbijając się echem od kafelków.

– Co to było? – zawołał Bo Haumann. – Ktoś strzelał? Była wymiana ognia? Do wszystkich zespołów, zgłoście się.

– Wybuch w łazience w mieszkaniu podejrzanego – ktoś krzyknął. – Wezwać karetkę! Karetkę!

– Nie trzeba, nie trzeba. Spokojnie. – Sellitto płukał pod kranem oparzone palce. – Potrzebuję tylko plastra.

– To pan, poruczniku?

– Tak. Strzeliła spłonka. Boyd zostawił bombę, żeby zniszczyć dowody. Udało mi się ocalić większość… – Wepchnął dłoń pod pachę i mocno ścisnął. – Kurwa, ale piecze.

– Jakiej wielkości była bomba? – zapytał Haumann. Sellitto zerknął na biurko w drugim pokoju.

– Wystarczyłaby, żeby rozpieprzyć w drobny mak słój z galonem kwasu siarkowego. Obok stoją słoiki z jakimś białym proszkiem, pewnie cyjankiem. Szlag by trafił większość dowodów – i każdego, kto by się znalazł w pobliżu.

Kilku antyterrorystów spojrzało z wdzięcznością na Sellitta. Jeden z nich powiedział:

– Mam ochotę osobiście zdjąć tego gnojka.

Haumann, typowym dla siebie głosem chłodnego gliny, zapytał rzeczowo: