– Status podejrzanego?
– Nie ma śladu. Zdaje się, że źródłem ciepła mógł być telewizor, lodówka i nagrzane w słońcu meble – zameldował jeden z policjantów.
Sellitto rozejrzał się po pokoju i rzekł przez radio:
– Mam pomysł, Bo.
– Mów.
– Szybko naprawimy drzwi. Zostanę w środku z kilkoma ludźmi, resztę ściągniesz z ulicy. On może niedługo wrócić. Wtedy go zdejmiemy.
– Zrozumiałem, Lon. Podoba mi się. Do roboty. Kto się zna na stolarce?
– Ja to zrobię – zaofiarował się Sellitto. – To moje hobby. Tylko przynieście jakieś narzędzia. W ogóle co to za brygada specjalna? Nikt tu nie ma cholernego plastra?
Z dala od mieszkania Boyda Amelia Sachs słuchała przez radio rozmów o ataku. Wyglądało na to, że jej plan ratowania Sellitta się powiódł – nawet lepiej, niż się spodziewała. Nie była pewna, co się właściwie stało, ale najwyraźniej dokonał jakiegoś bohaterskiego czynu, a w jego głosie znów usłyszała dawną pewność siebie.
Potwierdziła przyjęcie wiadomości o planie, by ściągnąć wszystkich z ulicy i zaczekać na powrót Boyda, po czym dodała, że ostrzeże ostatnich mieszkańców z naprzeciwka, a potem dołączy do pozostałych i pomoże w zorganizowaniu zasadzki. Zapukała do drzwi i powiedziała kobiecie, która jej otworzyła, aby nie podchodziła do okien od frontu, dopóki nie usłyszy, że można już bezpiecznie wyjść na ulicę. Po drugiej stronie policja przeprowadzała pewną akcję.
Kobieta patrzyła na nią ze strachem.
– Czy to niebezpieczne?
Sachs wygłosiła standardową kwestię: to tylko względy ostrożności, nie ma się czym niepokoić i tak dalej. Wymijająco i pokrzepiająco. Część roli gliniarza polega na uprawianiu public relations. Czasem jest to znacznie większa część. Sachs dodała, że zauważyła na podwórku jakieś zabawki. Czy dzieci są w domu?
W tym momencie dostrzegła mężczyznę, który wynurzył się z alejki kawałek dalej. Szedł wolnym krokiem w kierunku mieszkania, ze spuszczoną głową, miał na sobie długi płaszcz i kapelusz. Sachs nie widziała jego twarzy.
Kobieta mówiła z zaniepokojoną miną:
– W domu jest tylko mój chłopak i ja. Dzieci są w szkole. Zwykle wracają do domu pieszo, ale może powinniśmy po nie pojechać?
– Proszę pani, mogłaby pani spojrzeć na tego mężczyznę po drugiej stronie ulicy?
Kobieta wyszła i popatrzyła we wskazanym kierunku.
– Tego?
– Zna go pani?
– Oczywiście. Mieszka w tamtym budynku.
– Jak się nazywa?
– Larry Tang.
– Och, jest Chińczykiem?
– Chyba tak. Albo Japończykiem czy kimś takim. Ta wiadomość uspokoiła Sachs.- Chyba nie jest w nic zamieszany? – spytała kobieta.
– Nie, nie jest. Jeżeli natomiast chodzi o dzieci, najlepiej będzie…
Jezu…
Patrząc ponad ramieniem kobiety, Amelia Sachs zajrzała do sypialni bungalowu, która właśnie była odnawiana. Na ścianie namalowano postacie z kreskówek. Jedną z nich był bohater „Kubusia Puchatka” – Tygrys.
Pomarańczowa farba miała identyczny odcień z próbkami znalezionymi w pobliżu mieszkania ciotki Genevy w Harlemie. Jasnopomarańczowy.
Sachs zerknęła na podłogę w korytarzu. Na gazecie stała para starych butów. Jasnobrązowych. Widać było metkę na wyściółce. To były buty marki Bass. Rozmiaru mniej więcej jedenaście.
Amelia Sachs nagle zrozumiała, że chłopakiem, o którym mówiła kobieta, jest Thompson Boyd, a mieszkanie naprzeciwko nie jest jego domem, tylko kolejną kryjówką. W tym momencie było puste, ponieważ Boyd przebywał w bungalowie.
Rozdział 32
Amelia Sachs pomyślała: Trzeba zabrać stąd tę kobietę. Jej oczy są niewinne. O niczym nie wie. Pomyślała: Boyd na pewno jest uzbrojony.
Pomyślała: A ja właśnie przehandlowałam glocka za marnego sześciostrzałowca.
Trzeba ją stąd zabrać. Jak najszybciej.
Sachs dyskretnie przesunęła dłoń w stronę paska, gdzie tkwił mały rewolwer Sellitta.
– Aha, jeszcze jedno – powiedziała spokojnie. – Zobaczyłam na ulicy furgonetkę. Chciałabym spytać, czy wie pani, do kogo należy ten samochód.
Co to za hałas? – zastanawiała się Sachs. Dobiegał z głębi domu. Metaliczny. Ale to nie był szczęk broni, tylko jakiś zagadkowy brzęk.
– Furgonetka?
– Tak, ale stąd jej nie widać. Stoi za drzewem. – Sachs cofnęła się, pokazując przed siebie. – Byłaby pani uprzejma wyjść i zobaczyć? Będę wdzięczna.
Kobieta została jednak w drzwiach, spoglądając w prawo.
– Kochanie? – Zmarszczyła brwi. – Co się dzieje?
Sachs zorientowała się, że metaliczny brzęk to odgłos żaluzji. Boyd usłyszał jej rozmowę z dziewczyną i wyjrzał przez okno. Pewnie zobaczył któregoś z członków ESU albo radiowóz pod swoją kryjówką.
– To naprawdę ważne – próbowała dalej Sachs. – Gdyby pani mogła…
Ale kobieta znieruchomiała, szeroko otwierając oczy.
– Nie! Tom! Co ty…
– Niech pani stąd natychmiast wyjdzie! – krzyknęła Sachs, wyszarpując smitha & wessona. – Grozi pani niebezpieczeństwo!
– Co zamierzasz z tym zrobić? Tom! – Cofała się przed nim, ale nadal stała w korytarzu jak bezradny królik w blasku reflektorów. – Nie!
– Na ziemię! – rozkazała Sachs szorstkim szeptem i przyczajona weszła do domu. – Boyd, posłuchaj – krzyknęła. – Jeżeli masz broń, odłóż ją. Wyrzuć ją tak, żebym widziała. Potem połóż się na podłodze. Natychmiast! Na zewnątrz jest kilkudziesięciu policjantów!
Odpowiedziała jej cisza przerywana tylko łkaniem kobiety.
Sachs zamarkowała ruch naprzód, ostrożnie wyglądając zza ściany. Z lewej dostrzegła mężczyznę o spokojnej twarzy, z wielkim czarnym pistoletem w dłoni. Nie był to north american.22 magnum, ale automat o dużej sile rażenia, wyposażony w magazynek z piętnastoma pociskami. Sachs wróciła za osłonę. Boyd spodziewał się, że wysunie się nieco wyżej. Strzelił, ale dwie kule chybiły celu, choć nieznacznie, wzbijając w powietrze tynk i odłamki drewna. Ciemnowłosa kobieta zaczęła rozpaczliwie krzyczeć, cofając się na oślep w głąb domu, spoglądając to na Sachs, to na Boyda.
– Nie, nie, nie!
– Rzuć broń! – zwołała Sachs.
– Tom, proszę! Co się dzieje?”
Upłynęła długa chwila absolutnej ciszy. Co Boyd kombinował? Może się zastanawiał, co ma zrobić. Oddał jeden strzał.
Sachs wzdrygnęła się, choć pocisk nawet jej nie drasnął. W ogóle nie trafił w ścianę, za którą stała.
Okazało się jednak, że Boyd wcale nie celował do niej i kula ugodziła dokładnie tam, gdzie zamierzał.
Brunetka osunęła się na kolana, łapiąc się za udo, z którego trysnęła krew.
– Tom – szepnęła. – Dlaczego… Och, Tom. – Upadła na wznak, zaciskając dłonie na udzie i łkając z bólu.
Tak samo jak pod muzeum, Boyd postrzelił przypadkową osobę, żeby odwrócić uwagę policji i ratować własną skórę. Tylko że tym razem była to jego dziewczyna.
Sachs usłyszała brzęk tłuczonej szyby. Boyd wybił okno, szykując się do ucieczki.
Kobieta szeptała słowa, których Sachs nie rozumiała. Połączyła się z Haumannem, zawiadamiając go o stanie kobiety i podając adres, a dowódca natychmiast wezwał karetkę i wysłał wsparcie. Potem pomyślała: Ratownicy zjawią się dopiero za kilka minut. Muszę jej udzielić pomocy. Opaska uciskowa zmniejszy krwotok. Mogę jej ocalić życie.
Potem jednak: Nie. Boyd nie może uciec. Znów wyjrzała zza ściany, trzymając się blisko podłogi, i zobaczyła, jak Boyd przez okno w korytarzu wyskakuje na podwórko.
Sachs zawahała się, spoglądając na ranną kobietę. Dziewczyna Boyda straciła przytomność; jej ręka opadła bezwładnie, ukazując okropną ranę na nodze. Wokół jej ciała utworzyła się już kałuża krwi.