Выбрать главу

Przeglądając list, Amelia Sachs pokręciła głową, zła na siebie. Opowiedziała im o zdarzeniu z uzbrojonym mężczyzną, którego spotkali wczoraj z Pułaskim – z tym, który okazał się ochroniarzem i mówił im o codziennych dostawach kamieni z Amsterdamu i Jerozolimy wartości wielu milionów dolarów.

– Powinnam o tym wspomnieć – powiedziała.

Kto jednak mógł przypuszczać, że Thompson Boyd miał zabić Geneve dlatego, że w nieodpowiedniej chwili wyjrzała przez okno?

– Ale po co kradł mikrofiszkę? – zapytał Sellitto.

– Żeby nas zmylić, rzecz jasna. Co mu się zresztą świetnie udało. – Rhyme westchnął. – I zaczęliśmy sobie wyobrażać różne konstytucyjne spiski. Boyd pewnie nie miał pojęcia, co Geneva czyta. – Odwrócił się do dziewczyny, która siedziała w pokoju, ściskając w dłoniach kubek gorącej czekolady. – Człowiek, który napisał ten list, zobaczył cię z ulicy. On albo Boyd skontaktował się z bibliotekarzem i dowiedział się, kim jesteś i kiedy znowu będziesz w bibliotece, żeby Boyd mógł się na ciebie zaczaić. Doktor Barry zginął, bo mógł nas do nich doprowadzić… Przypomnij sobie, co się działo tydzień temu. Wyjrzałaś przez okno o wpół do dziewiątej i zobaczyłaś w alejce furgonetkę i jakąś osobę. Pamiętasz to?

Dziewczyna zmrużyła oczy i opuściła wzrok.

– Nie wiem. Często patrzę przez okno. Kiedy się zmęczę czytaniem, wstaję i spaceruję. Nie pamiętam nic szczególnego.

Przez dziesięć minut Sachs rozmawiała z nią, starając się wydobyć z niej wspomnienia tamtego dnia i ułożyć z nich jakiś obraz. Ale przywołanie widoku konkretnego człowieka i furgonetki na zatłoczonych ulicach środkowego Manhattanu po jednym spojrzeniu przez okno okazało się zbyt trudnym zadaniem dla pamięci dziewczyny.

Rhyme zadzwonił do dyrektora Amerykańskiej Giełdy Biżuterii i powiedział mu, czego się dowiedzieli. Spytany, czy może się domyśla, kto mógłby zorganizować skok, dyrektor odrzekł:

– Cholera, nie mam pojęcia. Ale to się zdarza częściej, niż się panu zdaje.

– Na dowodach znaleźliśmy ślady czystego węgla. Przypuszczamy, że to pył diamentowy.

– Och, to znaczy, że pewnie niuchali w alejce przy rampie przeładunkowej. Nikt z zewnątrz nie może się dostać do stanowisk cięcia kamieni… ale zaraz, przy polerowaniu też powstaje pył. Trafia potem do odkurzaczy i na wszystkie wyrzucane śmieci.

Dyrektor zachichotał, najwyraźniej nie przejmując się wiadomością o zbliżającym się napadzie.

– Powiem panu, że każdy, kto chce nas obrobić, musi być gościem z jajami. Mamy najlepszy system ochrony w mieście. Wszyscy myślą, że to wygląda jak w telewizji. Przychodzą do nas ludzie kupić dziewczynie pierścionek, rozglądają się i pytają, gdzie są te niewidzialne promienie, które widać tylko w goglach. A prawda jest taka, że nie mamy żadnych cholernych maszyn, które robią niewidzialne promienie. Bo gdyby je można było ominąć w specjalnych goglach, to bandyci kupiliby sobie specjalne gogle. Prawdziwe alarmy wyglądają inaczej. Włączają się, kiedy mucha puści bąka w skarbcu. Właściwie system jest tak szczelny, że mucha nie może nawet wlecieć.

– Powinienem się domyślić – burknął Lincoln Rhyme, zakończywszy rozmowę z dyrektorem giełdy. – Popatrzcie na tablicę! Patrzcie, co znaleźliśmy w pierwszej kryjówce. – Wskazał głową informację o mapie znalezionej przy Elizabeth Street. Plan przedstawiał tylko szkic biblioteki, gdzie zaatakowano Genève. O wiele więcej szczegółów zawierał rysunek budynku giełdy naprzeciwko oraz wszystkich alejek, drzwi i ramp – prawdopodobnych dróg dojazdu i ucieczki z domu jubilerskiego.

Dwaj detektywi z centrum przesłuchali Boyda, próbując wyciągnąć z niego informację o tożsamości osoby planującej napad, która go wynajęła, ale nic nie wskórali.

Sellitto sprawdził w centrali, czy były ostatnio zgłoszenia w sprawie podejrzanej działalności w dzielnicy brylantowej, lecz nie znalazł żadnych istotnych tropów. Fred Dellray zrobił sobie przerwę w śledztwie w sprawie plotek o atakach terrorystycznych, aby przejrzeć akta FBI z dochodzeń federalnych dotyczących kradzieży biżuterii. Kradzież nie kwalifikowała się jako przestępstwo federalne, dlatego spraw nie było wiele, ale kilka – związanych z praniem brudnych pieniędzy w Nowym Jorku – akurat się toczyło, więc obiecał, że jak najszybciej dostarczy im raporty.

Skupili się na dowodach zebranych w kryjówce i domu Boyda w nadziei, że trafią na ślad organizatora napadu. Zbadali broń, związki chemiczne, narzędzia i pozostałe przedmioty, lecz znaleźli na nich to samo co przedtem: drobiny pomarańczowej farby, plamy kwasu oraz okruchy falafelu i resztki jogurtu – jak przypuszczali, ulubionego dania Boyda. Sprawdzili numery seryjne banknotów, ale Departament Skarbu nie mógł im pomóc, a na żadnym z banknotów nie było odcisków palców. Podjęcie takiej dużej kwoty z banku przez zleceniodawcę Boyda byłoby ryzykowne, ponieważ przepisy o praniu brudnych pieniędzy wymagały, by zgłaszać tego rodzaju operacje. Szybki wywiad w okolicznych bankach w sprawie niedawnych dużych transakcji gotówkowych nie przyniósł żadnych rezultatów. Dziwne, lecz Rhyme doszedł do wniosku, że zleceniodawca zebrał gotówkę na wynagrodzenie Boyda, podejmując przez dłuższy czas małe sumy.

Sprawca był jedną z niewielu osób na ziemi, które nie miały telefonu komórkowego, a jeżeli miał, musiał to być anonimowy aparat w systemie pre-paid – nie było bilingów – i udało mu się go pozbyć przed zatrzymaniem. Na bilingu telefonu w domu Jeanne Starke nie znaleźli niczego podejrzanego z wyjątkiem kilku połączeń z automatami na Manhattanie, Queens i Brooklynie, ale aparaty znajdowały się w różnych miejscach i rozmowy odbywały się nieregularnie.

Dzięki bohaterskiemu wyczynowi Sellitta zdobyli jednak niezły materiał: odciski palców na dynamicie i wewnątrz radia tranzystorowego. Federalna baza IAFIS i lokalne kartoteki ujawniły nazwisko ich właściciela: Jon Earle Wilson. Siedział w Ohio i New Jersey za różne przestępstwa, między innymi podpalenie, konstrukcję bomb i oszustwo ubezpieczeniowe. Cooper poinformował ich jednak, że Wilson zniknął z radarów lokalnych stróżów prawa. Ostatnim znanym miejscem zamieszkania był Brooklyn, lecz pod wskazanym adresem znajdowała się pusta działka.

– Nie chcę ostatnio znanego miejsca zamieszkania. Chcę obecny. Przekaż to federalnym.

– Robi się.

Rozległ się dzwonek u drzwi. Wszyscy siedzieli jak na szpilkach, ponieważ główny sprawca i wspólnik nadal byli na wolności, toteż z niepokojem spojrzeli w głąb korytarza. Sellitto poszedł otworzyć i po chwili wrócił w towarzystwie afroamerykańskiego nastolatka, wysokiego chłopca ubranego w szorty do kolan i bluzę Knicksów.

Przybysz miał w ręce ciężką torbę na zakupy. Zaskoczony popatrzył na wózek Rhyme’a, a potem na wyposażenie laboratorium.

– Siema, Geneva. Co jest? Spojrzała na niego, marszcząc brwi.

– Jestem Rudy. – Zaśmiał się. – Nie pamiętasz mnie, co nie? Geneva skinęła głową.

– Chyba pamiętam. Jesteś…

– Bratem Ronelle.

– To dziewczyna z mojej klasy – wyjaśniła Rhyme’owi Geneva. Chłopak znów rozejrzał się po laboratorium, po czym ponownie zwrócił się do Genevy:

– Przyniosłem ci takie różne, co dziewczyny dla ciebie pozbierały. Wiesz, nie ma cie w szkole, co nie, to pomyślały, że pewnie chcesz coś do czytania. Ja mówię, kurde, dajcie jej gameboya, a one, że nie, bo ona woli książki. No to kazały mi przynieść to.

– Naprawdę?

– Bez kitu. Żadne tam zadanie ze szkoły. Nie kumam, jak można czytać dla przyjemności.

– Od kogo te książki?

– Od Ronelle, paru innych dziewczyn, nie wiem. Masz. Waży chyba z tone.