Выбрать главу

W drzwiach laboratorium ukazał się Sellitto. Skinął głową.

– Rozmawiałem z tą Carlson. Potwierdziła wszystko, co powiedział.

– Matka Genevy nie była twoją żoną – rzekł Rhyme. – To dlatego Geneva nie nosi twojego nazwiska?

– Zgadza się.

– Gdzie mieszkasz? – spytał Bell.

– Mam pokój w Harlemie. Na Sto Trzydziestej Szóstej. Chciałem pojechać z Geneva do Buffalo i zaczekać, aż pozwolą mi wrócić do domu. – Jego twarz znieruchomiała i Rhyme ujrzał w jego oczach autentyczną, bezbrzeżną rozpacz. – Ale teraz na pewno nic z tego nie będzie.

– Dlaczego? – zapytała Sachs. Jax uśmiechnął się ze smutkiem.

– Zobaczyłem jej dom przy Morningside. Ucieszyłem się, naprawdę się ucieszyłem. Ma pewnie porządnych rodziców, którzy się o nią troszczą, może brata albo siostrę. Zawsze chciała mieć rodzeństwo, ale po tym, co zrobili z Venus w klinice, już nigdy nic z tego nie wyszło. Po co Geneva miałaby ze mną wyjeżdżać? Ma życie, na jakie zasługuje, ma wszystko, czego nigdy nie mógłbym jej dać.

Rhyme wymownie zerknął na Sachs. Jax tego nie zauważył. Jego opowieść wydawała się wiarygodna, ale Rhyme jako policjant do wszystkiego odnosił się ze sceptycyzmem.

– Chciałbym ci zadać kilka pytań.

– Słucham

– Kim jest ciotka, o której wspomniałeś?

– To siostra mojego ojca, Lilly Hall. Pomagała mnie wychowywać. Podwójna wdowa. W tym roku w sierpniu skończyła dziewięćdziesiąt lat. Jeżeli jeszcze żyje.

Rhyme nie miał pojęcia, ile staruszka ma lat i kiedy obchodzi urodziny, ale rzeczywiście takie nazwisko podała im Geneva.

– Owszem, żyje.

Jax uśmiechnął się na tę wiadomość.

– Cieszę się. Tęskniłem za nią. Jej też nie mogłem znaleźć.

– Mówiłeś kiedyś Genevie o zwracaniu się do obcych „proszę pana” – odezwał się Bell. – Co konkretnie jej powiedziałeś?

– Mówiłem, nawet kiedy była mała, żeby zawsze patrzyła ludziom w oczy i była grzeczna, ale żeby nigdy nie zwracała się do nikogo „proszę pana” albo „proszę pani”, jeżeli sobie nie zasłużą na jej szacunek.

Detektyw zerknął na Rhyme’a i Sachs, po czym lekko skinął głową.

– Kto to jest Charles Singleton? – zapytał kryminalistyk. Jax spojrzał na niego zaskoczony.

– Skąd o nim wiecie?

– Odpowiedz na pytanie, gadzie – warknął ostrzegawczo Dellray.

– To mój prapraprapradziadek czy coś.

– Mów dalej – zachęcił Rhyme.

– Był niewolnikiem w Wirginii. Pan uwolnił go, a także jego żonę i dał im farmę na północy. Potem Charles zgłosił się do wojska i walczył na wojnie secesyjnej, tak jak w tym filmie „Chwała”. Po wojnie wrócił do domu, pracował w sadzie i uczył w szkole – w bezpłatnej szkole afrykańskiej. Zarabiał, sprzedając cydr robotnikom, którzy budowali łodzie przy tej samej drodze, gdzie stała farma. Wiem, że został odznaczony. I raz nawet spotkał się z Abrahamem Lincolnem w Richmondzie. Zaraz kiedy wojska Unii zajęły miasto. Tak w każdym razie opowiadał mi ojciec. – Znów zaśmiał się ze smutkiem. – Potem była ta historia z aresztowaniem za kradzież jakiegoś złota czy wypłat i poszedł do więzienia. Tak jak ja.

– Wiesz, co się z nim stało, kiedy wyszedł?

– Nie. O tym nigdy nic nie słyszałem. To jak, wierzycie mi, że jestem ojcem Genevy?

Dellray zerknął na Rhyme’a, pytająco unosząc brew. Kryminalistyk zmierzył Jaksa badawczym spojrzeniem.

– Prawie. Jeszcze tylko jedno. Otwórz usta.

– Pan jest moim ojcem?

Zaskoczona i oszołomiona wiadomością Geneva Settle czuła, jak wali jej serce. Przyglądała mu się uważnie, przesuwając wzrok po jego twarzy, ramionach, dłoniach. Jej pierwszą reakcją było niedowierzanie, ale nie mogła zaprzeczyć, że go poznaje. Wciąż nosił sygnet z granatem, który jej matka, Venus, dała mu na Boże Narodzenie – kiedy jeszcze obchodzili Boże Narodzenie. We wspomniemach ten człowiek jawił się jednak niewyraźnie, jak obraz kogoś widzianego na tle słońca.

Mimo że zobaczyła jego prawo jazdy, własne zdjęcie jako małego dziecka i zdjęcie swojej matki oraz fotografię jego graffiti z dawnych czasów, nadal nie chciała się przyznać, że coś ich może łączyć, dopóki pan Cooper nie przeprowadził testu DNA. Nie było wątpliwości, że są rodziną.Byli sami na górze – sami, jeśli nie liczyć detektywa Bella, który nie odstępował jej jak cień. Pozostali policjanci na dole usiłowali ustalić, kto może planować napad na dom jubilerski.

Ale na razie pan Rhyme, Amelia i reszta – a także morderca i wszystkie straszne wydarzenia ostatnich dni – zeszli na dalszy plan. Geneve dręczyły inne pytania: Jak jej ojciec się tu dostał? I po co?

A najważniejsze brzmiało: co to dla mnie oznacza?

Sięgnęła do torby i wyciągnęła książkę Dr. Seussa.

– Nie czytam już książek dla dzieci. – Nie wiedziała, co powiedzieć. – Dwa miesiące temu skończyłam szesnaście lat. – W ten sposób chciała mu przypomnieć o wszystkich spędzonych samotnie urodzinach.

– Przyniosłem ci je, żebyś wiedziała, że to ja. Wiem, że jesteś już na nie za duża.

– A twoja druga rodzina? – spytała chłodno. Jax pokręcił głową.

– Słyszałem, co Venus ci mówiła, Genie.

Rozzłościła się, słysząc zdrobnienie, jakiego używał przed laty. Stanowiło skrót „Genevy” i „geniusza”.

– Wymyśliła to sobie. Żeby cię nastawić przeciwko mnie. Nie, nie, Genie, nigdy bym cię nie zostawił. Zostałem aresztowany.

– Aresztowany?

– To prawda – włączył się Roland Bell. – Widzieliśmy kartotekę. Został aresztowany tego dnia, kiedy zostawił ciebie i matkę. Od tamtej pory siedział w więzieniu. Dopiero teraz wyszedł.

Jax opowiedział jej o napadzie, o desperackiej chęci zdobycia pieniędzy, żeby lepiej im się żyło, żeby pomóc jej matce.

Ale mówił to zmęczonym, bezbarwnym głosem. Wciskał jej jedną z tysięcy podobnych historyjek, jakie często można było usłyszeć w dzielnicy. Dilerzy prochów, oszuści wyłudzający zasiłki, złodzieje sklepowi, uliczni bandyci – wszyscy mówili to samo.

Zrobiłem to dla ciebie, skarbie…

Spojrzała na trzymaną w ręku książkę. Była używana. Ciekawe, kto miał ją dostać, kiedy była nowa? Gdzie byli rodzice, którzy dawno temu kupili ją swojemu dziecku? Siedzieli w więzieniu, zmywali naczynia, jeździli lexusami, robili operacje neurochirurgiczne?

A może jej ojciec ukradł książkę z jakiegoś antykwariatu?

– Przyjechałem po ciebie, Genie. Tak bardzo chciałem cię znaleźć. A potem ta straszna wiadomość od Betty, że ktoś cię zaatakował… Co się wczoraj stało? Kto cię chce zabić? Nikt mi nie chciał nic powiedzieć.

– Coś widziałam – odparła wymijająco, nie chcąc mu wyjawiać całej prawdy. – Być może jakieś przestępstwo. – Wolała, żeby rozmowa zmierzała w inną stronę. Spojrzała na niego i powiedziała bardziej okrutnie, niż zamierzała: – Wiesz, że mama nie żyje.

Przytaknął.

– Dowiedziałem się dopiero po przyjeździe. Ale wcale się nie dziwię. Miała mnóstwo problemów. Może jest teraz szczęśliwsza.

Geneva miała inne zdanie. Żaden raj nie mógłby wynagrodzić tak bolesnej i samotnej śmierci. Kiedy matka umierała, miała skurczone ciało i twarz rozdętą jak żółty księżyc.

I żaden raj nie mógłby jej wynagrodzić wcześniejszych nieszczęść – kiedy za parę działek cracku dawała się pieprzyć na schodach, podczas gdy jej córka czekała pod drzwiami.

Geneva nie wspomniała o tym ani słowem.

Uśmiechnął się do niej.

– Masz bardzo ładny dom.

– Już tam nie mieszkam.

– Nie? To gdzie?