Выбрать главу

– Jeszcze nie wiem.

Pożałowała tych słów. Zdała sobie sprawę, że sama umożliwiła mu następny ruch. I jak się można było spodziewać, skorzystał z okazji.

– Jeszcze raz zapytam kuratora, czy mogę tu przyjechać. Jeżeli się dowie, że będę się musiał zająć rodziną, może się zgodzi.

– Nie masz tu już rodziny.

– Wiem, że jesteś na mnie zła, dziecko. Ale wynagrodzę ci to. Cisnęła książkę na podłogę.

– Sześć lat i ani słowa. Żadnego telefonu. Żadnego listu. – Wściekła poczuła, jak łzy napływają jej do oczu. Otarła je drżącymi dłońmi.

– A dokąd miałem pisać? – szepnął. – Gdzie miałem dzwonić? Przez całe sześć lat próbowałem się z tobą skontaktować. Pokażę ci gruby plik listów, jakie mi odesłali do więzienia. Chyba ze sto. Próbowałem wszystkiego, ale po prostu nie mogłem cię znaleźć.

– Dzięki za przeprosiny. Jeżeli to były przeprosiny. Ale chyba powinieneś już iść.

– Nie, dziecko, pozwól…

– Żadne „dziecko”. Żadna „Genie”, żadna „córka”.

– Wynagrodzę ci – powtórzył. Otarł oczy.

Widząc jego smutek, niczego nie poczuła. Niczego poza wściekłością.

– Wyjdź!

– Ależ, dziecko…

– Nie. Zostaw mnie!

Detektyw z Karoliny Północnej, fachowiec doskonale znający się na ochronie, jeszcze raz wykonał swoje zadanie spokojnie i bez wahania. Wstał i cicho, lecz stanowczo wyprowadził jej ojca na korytarz. Posłał dziewczynie pełen otuchy uśmiech i zamknął za sobą drzwi, pozostawiając Geneve samą.

Rozdział 36

Kiedy dziewczyna i jej ojciec byli na górze, Rhyme z zespołem analizował informacje o potencjalnych napadach na sklepy jubilerskie.

Ale bez powodzenia.

Materiały, które przyniósł Fred Dellray, na temat planów prania brudnych pieniędzy związanych z biżuterią, dotyczyły drobnych przestępstw popełnionych poza środkowym Manhattanem. Nie mieli też żadnych raportów z Interpolu ani lokalnych organów ścigania, w których znalazłyby się jakieś istotne dla sprawy informacje.

Zawiedzony kryminalistyk pokręcił głową, gdy nagle zadzwonił telefon.

– Tu Rhyme.

– Lincoln? Mówi Parker.

Ekspert grafolog, który analizował list znaleziony w kryjówce Boyda. Parker Kincaid i Rhyme wypytali się nawzajem o zdrowie i rodzinę. Rhyme dowiedział się, że partnerka Kincaida, agentka FBI Margaret Lukas, a także jego dzieci, Stephie i Robby, mają się doskonale.

Kiedy przywitała się z nim Sachs, Kincaid przystąpił do rzeczy.

– Zacząłem pracować nad tym listem, kiedy tylko przysłaliście mi skan. Mam profil autora.

Prawdziwa analiza grafologiczna nie ma na celu określenia cech osobowości na podstawie charakteru pisma; pismo jest istotne tylko wówczas, gdy porównuje się dwa dokumenty, na przykład w razie podejrzeń o fałszerstwo. To jednak w tym momencie nie interesowało Rhyme’a. Mówiąc o profilu, Parker Kincaid miał na myśli ustalenie cech charakterystycznych autora na podstawie języka – „specyficznego”, jak zauważył wcześniej Rhyme. Analiza bywała wyjątkowo przydatna w identyfikowaniu podejrzanych. Na przykład badanie gramatyki i składni listu z żądaniem okupu, jaki otrzymał Lindbergh, pozwoliło określić precyzyjny profil porywacza, Brunona Hauptmanna.

Z entuzjazmem, jaki zawsze było słychać w jego głosie, gdy mówił o pracy, Kincaid ciągnął:

– Znalazłem parę ciekawych szczegółów. Macie ten list pod ręką?

– Leży przed nami.

Czarna dziewczyna, piąte piętro w tym oknie, 2 październik, około 0830. Widziała furgonetkę dostafczą, mój, jak był zaparkowany w alei za Gełdą biżuterii. Widziała tyle żeby odgadnąć plany moje. Zabij ją.

– Po pierwsze, autor jest cudzoziemcem – mówił Kincaid. – Widać to po nieporadnej składni i błędach ortograficznych. Jest jeszcze zapis godziny – według dwudziestoczterogodzinnego zegara – w Ameryce raczej rzadko spotykany. Następna ważna sprawa, napisał…

– Albo napisała – wtrącił Rhyme.

– Moim zdaniem to raczej mężczyzna – odparł Kincaid. – Zaraz wam powiem dlaczego. Otóż napisał „był zaparkowany”, mając na myśli furgonetkę. To słowo występuje w rodzaju męskim w kilku językach. Ale kluczowym fragmentem jest dwuczłonowa grupa rzeczownikowa w konstrukcji dzierżawczej.

– W czym? – zapytał Rhyme.

– W konstrukcji dzierżawczej – oznaczającej przynależność. Twój sprawca napisał w pewnym miejscu „furgonetkę dostawczą, mój”.

Rhyme zerknął na list.

– Mam.

– Ale potem napisał „plany moje”. To mi nasuwa wniosek, że jego ojczystym językiem jest arabski.

– Arabski?

– Z dziewięćdziesięcioprocentowym prawdopodobieństwem. W arabskim jest konstrukcja dopełniaczowa zwana idafah. Formę dzierżawczą tworzy się zwykle, mówiąc „samochód John”, co oznacza „samochód Johna”. Albo, jak w liście, „plany moje”. Ale zasady gramatyki arabskiej wymagają, żeby określić posiadaną rzecz tylko jednym słowem – „furgonetka dostawcza” byłaby niepoprawna w arabskim. To dwuczłonowa fraza, więc w tym wypadku nie można użyć idafah. Pisze więc po prostu „furgonetkę dostawczą, moją”.

– Świetnie, Parker – powiedziała Sachs. – Subtelna robota. W głośniku rozległ się cichy śmiech.

– Wiesz, Amelio, wszyscy w branży od kilku lat wkuwają arabski.

– Dlatego sądzisz, że to mężczyzna.

– A ile znasz arabskich kobiet-przestępców?

– Niewiele… Coś jeszcze?

– Przyślijcie mi więcej próbek, to będę mógł porównać.

– Być może skorzystamy z propozycji. – Rhyme podziękował Kincaidowi i zakończył rozmowę. Pokręcił głową, patrząc na tablice dowodów. Po chwili parsknął drwiącym śmiechem.- Co o tym myślisz, Rhyme?

– Wiesz, co on chce zrobić? – spytał złowróżbnym tonem kryminalistyk.

Sachs skinęła głową.

– Nie chce okraść giełdy. Chce ją wysadzić.

– Aha.

– No jasne – rzekł Dellray. – Zgłoszenia o zamachach terrorystycznych na izraelskie placówki w okolicy.

– Strażnik naprzeciwko muzeum mówił, że codziennie przychodzą transporty z Jerozolimy… – powiedziała Sachs. – Dobra, zajmę się ewakuacją i przeszukaniem giełdy. – Wyciągnęła telefon.

Spojrzawszy jeszcze raz na tablicę dowodów, Rhyme rzekł do Sellitta i Coopera:

– Falafel i jogurt… i furgonetka dostawcza. Dowiedzcie się, czy niedaleko giełdy są jakieś restauracje kuchni bliskowschodniej, a jeżeli tak, to kim jest dostawca i kiedy przyjeżdża. I jakim samochodem.

Dellray pokręcił głową.

– Pół miasta się tym zajada. Gyros i falafel możesz kupić na każdym rogu. Musi być ze… – Agent urwał, gdy napotkał wzrok Rhyme’a.

– Wózki!

– Wczoraj widziałem kilka przed muzeum – rzekł Sellitto.

– Idealny punkt obserwacyjny – rzucił Rhyme. – I jaka doskonała przykrywka. Dostarcza im towar codziennie, więc nikt na niego nie zwraca uwagi. Chcę wiedzieć, kto jest dostawcą ulicznych sprzedawców. Do roboty!

Według wydziału zdrowia tylko dwie firmy zajmowały się dostawami bliskowschodniego jedzenia dla ulicznych sprzedawców w okolicy giełdy jubilerskiej. Jak na ironię, większa z nich należała do dwóch Żydów, braci, którzy mieli rodzinę w Izraelu i uczestniczyli w życiu religijnym miejscowej synagogi; zostali raczej wykluczeni z kręgu podejrzanych.

Druga firma nie była właścicielem wózków, ale sprzedawała kilkudziesięciu handlarzom ulicznym na środkowym Manhattanie gyros, kebaby, falafel oraz przyprawy i napoje (a także barbarzyńskie, choć przynoszące duży zysk, hot dogi wieprzowe). Przedsiębiorstwo miało siedzibę w restauracji na Broad Street, a jej właściciele wynajmowali prywatnego dostawcę, który krążył po mieście.