— Ile ceregieli przy zwykłym lądowaniu — zauważył „Udat”.
— Nie tak głośno, bo zranisz uczucia ludzi — napomniał go Meyer ciepłym tonem.
— Szkoda, że nie ma wielu takich statków jak ja. Twoja rasa powinna zerwać z przeszłością. A te mechaniczne jednostki należałoby włączyć do zbiorów muzealnych.
— Moja rasa, powiadasz? I w tobie są ludzkie chromosomy, nigdy o tym nie zapominaj.
— Jesteś pewien?
— Chyba czytałem o tym w którymś rdzeniu pamięciowym. Na pewno są w jastrzębiach.
— Aha. Jasne.
Meyer uśmiechnął się przy nieco wzgardliwej odpowiedzi „Udata”.
— Zdawało mi się, że lubisz jastrzębie.
— Owszem, niektóre tak. Ale myślą jak ich kapitanowie.
— A jak myślą kapitanowie jastrzębi?
— Nie lubią czarnych jastrzębi. Uważają, że sprawiamy kłopoty.
— Różnie to z nami bywa.
— Kiedy brakuje pieniędzy, ale to inna sprawa — stwierdzi! „Udat” z niejakim wyrzutem.
— Chciałbyś więcej czarnych jastrzębi, a mniej statków adamistow? Wtedy byłoby jeszcze trudniej o zarobek. A ja muszę opłacić ludzi.
— Przynajmniej spłaciliśmy kredyt, który zaciągnąłeś, żeby mnie kupić.
— To prawda. — I odłożyłem gotówkę na zakup nowego czarnego jastrzębia, gdy ciebie już nie będzie. Nie pozwolił jednak, by ta myśl umknęła z jego umysłu. „Udat” miał teraz pięćdziesiąt siedem lat, a przecież czarne jastrzębie żyły zazwyczaj od siedemdziesięciu pięciu do osiemdziesięciu. Meyer nie był do końca przekonany, czy po „Udacie” zechce pilotować drugi statek.
W każdym razie czekało ich jeszcze ćwierćwiecze wspólnych przygód, a na brak pieniędzy ostatnio nie musiał narzekać. Płacił jedynie za serwis urządzeń regulacji składu powietrza i czteroosobowej załodze. Mógł sobie pozwolić na przebieranie w zamówieniach. Nie to, co w ciągu pierwszych dwudziestu lat. Z obecnej perspektywy tamte dni wydawały mu się niezwykle szalone. Na szczęście moc zawarta w wielkim asymetrycznym kształcie „Udata” dawała im niezrównaną szybkość i zręczność. Bywało, że tylko dzięki temu wychodzili cało z opresji. Pewne tajne misje wiązały się z wielkim niebezpieczeństwem. Nie wszyscy jego koledzy powrócili z wypraw.
— I tak wolę rozmawiać z moimi krewniakami — oświadczył „Udat”.
— Rozmawiasz z Tranquillity?
— O tak, bez przerwy. Jesteśmy dobrymi przyjaciółmi.
— O czym rozmawiacie?
— Pokazuję mu miejsca, gdzie podróżowaliśmy. W zamian mogę zwiedzać jego wnętrze i popatrzeć, co tam wyprawiają ludzie.
— Naprawdę?
— Tak, to bardzo ciekawe. Ten Joshua Calvert, który nas wynajął, to według Tranquillity recydywista najgorszego gatunku.
— Tranquillity ma rację. Dlatego tak bardzo polubiłem Joshuę. Przypomina mi moje dni młodości.
— O, nie. Aż taki zdeprawowany to ty nigdy nie byłeś.
Dziób „Udata” z lekka się obrócił, wślizgując się zgrabnie pomiędzy dwa dozwolone korytarze lotów, zablokowane teraz przez cysterny z helem i statki lokalnego przewozu personelu. Dysk mamuciego kosmodromu zawierał w tej części większe przedziały dokowe, ponieważ tutaj dokonywano napraw i przeglądów technicznych. Tylko połowa z nich była zajęta.
Olbrzymi czarny jastrząb zawisł tuż nad przedziałem MB 0-330, po czym obrócił się wolno wokół swej dłuższej osi, tak by górny kadłub skierował się prosto w studnię doku. W odróżnieniu od zwykłych jastrzębi, u których ładownia w dolnym kadłubie nie miała połączenia z toroidem załogi w kadłubie górnym.
„Udat” wszystkie swoje mechaniczne sekcje zawierał w podkowiastym module wrośniętym w grzbietową wypukłość. Mostek nawigacyjny i kajuty załogi mieściły się z przodu, podczas gdy dwie ładownie ulokowano w skrzydłach tej swoistej podkowy. W małym hangarze w lewej burcie krył się aeroplan.
Do sterówki weszła Cherri Barnes. Odpowiadała na „Udacie” za sprawy związane z załadunkiem towaru, dbała też o systemy mechaniczne statku. Miała czterdzieści pięć lat, śniadą karnację i szeroką twarz, na której często gościł wyraz zadumy. Dla Meyera pracowała od trzech lat.
Po przesłaniu serii datawizyjnych poleceń procesorom konsoli otrzymała obrazy z zamontowanych na kadłubie czujników elektronicznych. Trójwymiarowa wizualizacja, która pojawiła się w jej umyśle, pokazywała „Udata” zawieszonego nieruchomo trzydzieści metrów nad dokiem remontowym.
— Możesz nadawać — rzekł Meyer.
— Dzięki. — Otworzyła połączenie z siecią informatyczną doku. — MB 0-330, tu „Udat”. Zamówiony towar gotowy do odbioru. Czekamy na instrukcje wyładunku. Jak się za to zabierzesz, Joshua? Czas to pieniądz.
— To ty, Cherri? — zapytał Joshua datawizyjnie.
— Nikt inny nie zniżyłby się do rozmowy z tobą.
— Spodziewałem się was dopiero za tydzień, szybko się uwinęliście.
Meyer przesłał konsoli polecenie dostępu.
— Wynajmujesz najlepszy statek, więc najszybciej dostajesz towar.
— Zapamiętam to sobie — odparł Joshua. — Następnym razem, kiedy będę miał trochę szmalu, postaram się o jakiś przyzwoity statek.
— Zawsze możemy zabrać węzły gdzie indziej, kapitanie Mądralo, który nigdy nie wyściubił nosa poza Pierścień Ruin.
— To są moje węzły, genetyczny dziwolągu, zbyt strachliwy, żeby zarabiać na życie w Pierścieniu Ruin.
— Nie boję się Pierścienia Ruin, ale tego, jak Lord Ruin karze śmiałków, którzy zmykają poza układ, nie racząc zarejestrować w Tranquillity swoich znalezisk.
Nastąpiło niezwyczajnie długie milczenie. Meyer i Cherri wymienili zdziwione spojrzenia.
— Wyślę Ashly’ego w wielofunkcyjnym pojeździe serwisowym — powiedział w końcu Joshua. — I wszystkich was zapraszam dziś wieczór na przyjęcie.
— A więc to jest ta sławna „Lady Makbet”? — zapytał Meyer dwie godziny później. Towarzyszył Joshui w ciasnym centrum kontrolnym doku 0-330; z lewą stopą zakotwiczoną na czepniku, rozglądał się ciekawie po wnętrzu przez szklaną bańkę ściany. Pośrodku na platformie spoczywał siedemdziesięciometrowy statek, nagi w próżni kosmosu. Zdarto z niego płyty kadłubowe, odsłaniając instalacje, zbiorniki i silniki — fantastycznie powikłane, srebrzystobiałe trzewia. Wszystkie urządzenia zawierały się w obrębie heksagonalnej konstrukcji nośnej. Nad każdym skrzyżowaniem żeber umieszczono węzeł modelujący. Od węzłów w stronę środka statku pełzły wiązki czerwono — zielonych kabli nadprzewodnikowych, podłączonych bezpośrednio do generatorów termonuklearnych. Meyer nie pomyślał o tym wcześniej, ale soczewkowate węzły swym kształtem do złudzenia przypominały jastrzębie.
Inżynierowie w czarnych skafandrach Sil przeskakiwali z plecakami manewrowymi z miejsca na miejsce po obnażonym szkielecie nośnym, przeprowadzając testy i wymieniając podzespoły.