Выбрать главу
* * *

Z gałęzi wciąż spływała woda po wcześniejszych opadach, kiedy Clive Jenson wprowadził Quinna Dextera na śliskie sploty korzeni gigantei. Pod olbrzymimi kosmatymi konarami panował wieczny półmrok. Ściekająca woda tworzyła potoczki, które szumiały i bulgotały w splątanych trzewiach pod jego nogami.

Omal nie skulił ramion, gdy pierwsze wielkie krople spadły mu na głowę. Zarodniki czy soki roślinne — w każdym razie coś organicznego — mieszały się z wodą, nadając jej lepkość. W cieniu nie dokuczał skwar; Quinn nie przebywał jeszcze na Lalonde w tak chłodnym miejscu.

Podeszli do olbrzymiego pnia. Korzenie zaczęły się wykręcać do góry i wyglądały jak fale rozbijające się o ścianę pionowego klifu. Wśród tego rozrośniętego wężowiska pojawiały się ciemne, nieregularne, pięciokrotnie wyższe od człowieka gardziele, zwężające się w głębi do cienkich jak nóż szczelinek. Do jednej z nich wkroczył Clive Jenson. Kiedy zniknął za zakrętem, Quinn wzruszył ramionami i ruszył w ślad za swoim przewodnikiem.

Po dziesięciu krokach podłoże się wyrównało, a ściany rozstąpiły na kilka metrów; szorstka, włóknista powłoka uchodząca za korę gigantei ustąpiła miejsca gładkiemu, nagiemu drewnu. Oszlifowanemu, zda! sobie sprawę Quinn. Jasny Bracie, wyrąbali sobie dom w drzewie! Ile wysiłku musiało ich to kosztować?

U góry błysnęło światełko. Minąwszy dwa zakręty, wszedł do jasno oświetlonego pomieszczenia. Miało piętnaście metrów długości, dziesięć szerokości i me wyróżniało się niczym szczególnym oprócz braku okien. Na jednej ze ścian wisiały na kołkach zielone sztormiaki. Drewno gigantei miało ciemnoorzechowe zabarwienie i szerokie słoje, co dawało złudzenie, jakby ściany zrobiono z wielkich dech. Biurko przypominające długi bufet barowy zostało wycięte z pojedynczego kloca. Stojąca za nim kobieta zmierzyła gościa obojętnym spojrzeniem.

Lubieżny uśmiech wykrzywił twarz Quinna. Wyglądała na dwadzieścia pięć lat, była od niego wyższa, miała czarną karnację, długie kasztanowate włosy i perkaty nosek. Bursztynowa bluzeczka bez rękawów i białe spódnico — spodnie ukazywały wszystkie kontury jej ciała.

Po jej ustach przemknął wyraz obrzydzenia.

— Nie bądź odrażający, Dexter.

— No, co? Przecież nic nie mówiłem.

— Nie musiałeś. Wolałabym się pieprzyć z serwoszympansem.

— A mógłbym chociaż popatrzeć?

Zmarszczyła brwi.

— Stój spokojnie, nie ruszaj się albo każę cię wypatroszyć.

— Sięgnęła po różdżkę sensytywną.

Nadal uśmiechnięty, Quinn podniósł ręce i pozwolił się zbadać tym przyrządem. Dwa metry dalej Clive stał na baczność zupełnie bez ruchu, jakby był chwilowo wyłączonym mechanoidem. Quinn czuł się nieswojo w jego obecności, lecz próbował nadrabiać miną.

— Jak długo tu jesteście? — zagadnął.

— Dość długo.

— Jak mam cię nazywać?

— Camilla.

— W porządku, Camilla, nie dąsaj się. O co w tym wszystkim chodzi?

— Laton ci powie. — Wydęła językiem policzek. — O ile nie zdecyduje się wcielić cię jak tego tu Clive’a.

Quinn rzucił okiem na nieruchomego człowieka.

— Jeden z kolonistów z hrabstwa Schuster?

— Zgadza się.

— Aha.

— Masz przyspieszone tętno, Dexter. Coś cię niepokoi?

— Nie. A ciebie?

Odłożyła różdżkę na stół.

— Możesz się teraz spotkać z Latonem. Jesteś bezradny, masz tylko dwa implanty i całą furę tupetu.

Wzdrygnął się na wzmiankę o implantach. Nie miał już żadnych asów w rękawie, choć i te niewiele znaczyły w tej rozgrywce.

— Ale dzięki nim jakoś tu dotarłem, nie?

Camilla ruszyła w stronę drzwi.

— Tylko czy stąd wyjdziesz?

W górę pnia pięły się szerokie, spiralne schody. Quinn dostrzegał wyloty korytarzy i przejścia do rozmaitych pomieszczeń.

Na całym tym poziomie urządzono swego rodzaju miasteczko wodne. W powietrzu unosiły się kłęby pary, mężczyźni i kobiety brodzili w wodzie lub wylegiwali się na leżakach; jeden leżał plackiem, a kobieta w średnim wieku robiła mu masaż z kamienną miną; Quinn już wiedział, co to oznacza. Uświadomił też sobie, czego mu tu brakuje: niektórzy się śmiali, lecz nikt nic nie mówił.

Serwoszympansy krążyły po korytarzach z tajemniczymi misjami; miały zwykle półtora metra wzrostu, wypielęgnowaną złocistą sierść i poruszały się niemal jak ludzie. Gdy im się bliżej przyjrzał, zauważył, że nie chodzą na łapach swoich protoplastów z ziemskiej dżungli, ale na porządnych stopach.

To przecież twory edenistów! Jasna dupa, co tu się dzieje?

Camilla poprowadziła go w głąb nie wyróżniającego się niczym korytarza. Grube drewniane drzwi umocowane na zawiasach z syntetycznego mięśnia odemknęły się przed nim bezszelestnie — Jaskinia lwa, Dexter. Właź do środka.

Drzwi zamknęły się równie cicho, jak się otworzyły. Qumn znalazł się w przestronnym pomieszczeniu o sklepionym suficie, umeblowanym bardzo skromnie: było tu biurko o szklanym blacie i metalowych nogach, stół jadalny także ze szklanym blatem, dwie ustawione naprzeciwko siebie kanapy — przy czym wszystkie te sprzęty rozmieszczono tak, aby zachować między nimi jak największą odległość. Na jednej ze ścian wisiał ogromny ekran holograficzny z widokiem na dżunglę. Kamera śledziła okolicę z miejsca położonego wysoko nad wierzchołkami drzew, pokazując nieprzerwany kobierzec listowia; puchate strzępy obłoków dryfowały dołem bez ładu i składu. Pośrodku pomieszczenia stała trzymetrowa stalowa żerdź z grzędą dla sokoła, który uważnie ich obserwował. Na Quinna czekały dwie osoby: mężczyzna za biurkiem i młodziutka dziewczyna stojąca obok kanapy.

Laton wstał z krzesła. Był to jeden z najwyższych ludzi, jakich Quinn kiedykolwiek widział: dobrze zbudowany, o cynamonowym kolorze skóry, który wyglądał bardziej na opaleniznę niż naturalny pigment. Miał foremną twarz o nieco orientalnych rysach, szarozielone głęboko osadzone oczy, krótką bródkę, hebanowe włosy spięte z tyłu w mały warkoczyk. Za całe okrycie służyła mu zielona, jedwabna tunika przewiązana paskiem w talii. Trudno było określić jego wiek: mieścił się zapewne w granicach od trzydziestu do stu lat. Nie ulegało najmniejszej wątpliwości, że Laton jest produktem wielu genetycznych modyfikacji.

Właśnie kogoś takiego Quinn spodziewał się zobaczyć, kiedy Clive Jenson ściągał kaptur kombinezonu. Człowieka z niezachwianą pewnością siebie, umiejącego zjednywać stronników.

— Quinn Dexter, wywołałeś spore poruszenie wśród moich kolegów. Niewielu tu przyjmujemy gości, czego nietrudno się domyślić. Usiądź, proszę. — Laton wskazał na purpurową kanapę, przy której stała dziewczyna. — Miałbyś na coś ochotę, skoro już tu jesteś? Na porządnego drinka? A może porządny posiłek?

Kochane Aberdale nie opływa jeszcze w dostatki.

Rozsądek nakazywał Quinnowi odmówić, lecz propozycja okazała się zbyt kusząca. Pal licho, niech tam go uważają za żarłoka i grubianina.

— Poproszę o średnio wypieczony stek, do tego frytki i sałatkę warzywną, żadnej musztardy. I szklankę mleka. Nigdy nie sądziłem, że zatęsknię do mleka. — Wywołał na usta flegmatyczny (miał nadzieję) uśmiech, gdy wielkolud zasiadł na drugiej kanapie. Odgrywanie zimnego drania nie będzie przy nim takie łatwe, pomyślał.

— Oczywiście, nie powinno być z tym problemu. Wykorzystujemy gruczoły wydzielające jedzenie, takie jak w drapaczach gwiazd, tylko przystosowane do pobierania soków gigantei. Smak wyda ci się całkiem znośny. — Laton podniósł głos: — Anname, zajmij się tym, proszę.