Выбрать главу

— Pragnę dostać Banneth w swoje ręce, a ona mieszka trzysta lat świetlnych stąd, więc chyba jednak nie możesz.

— Mam na myśli to, czego naprawdę pragniesz, Dexter. Czego wszyscy pragniemy.

— Niby czego?

— Nieśmiertelności, że tak się wyrażę.

— Bzdury. Nawet ja wiem, że to niemożliwe. Saldanom udaje się wyciągnąć góra dwieście lat, a mają kupę forsy i najlepszych genetyków.

— To dlatego, że podchodzą do rzeczy z niewłaściwej strony.

Myślą jak adamiści.

Nie podobało się Quinnowi, że rozmowa schodzi na takie tematy. Nie po to tu przyszedł. Wyobrażał sobie, że będzie się rozwodził nad sposobami ujarzmienia Aberdale, a szef zrozumie jego racje. Teraz jednak musiał myśleć o tak fantazyjnych pomysłach jak życie wieczne i próbować znaleźć wymówkę, dlaczego nie odpowiadałoby mu coś takiego. Co było absurdalne, bo przecież by odpowiadało. Chociaż Laton i tak pewnie chwalił się na wyrost.

Chyba że wchodziła w grę jakaś niezwykle zaawansowana technologia, a dziewczęta wykorzystywano do eksperymentów biologicznych. Boży Bracie, cóż szkodzi posłuchać?

— A. jaki jest pana sposób? — zapytał niechętnie.

— Kombinacja więzi afinicznej i przetwarzania równoległego wrażeń myślowych. Wiesz chyba, że z chwilą śmierci edeniści przekazują wspomnienia komórkom neuronowym habitatu?

— Obiło mi się o uszy.

— To również pewien rodzaj nieśmiertelności, choć w moim odczuciu wysoce niedoskonały. Samoświadomość zanika już po kilku stuleciach. Słabnie wola życia. I nie ma się czemu dziwić, skoro żadne fizyczne działania nie podtrzymują tej siły witalnej, która pcha nas naprzód. Pozostaje obserwować, żyć osiągnięciami potomków. Jakiż w tym urok? Zająłem się więc koncepcją przelewania wspomnień do świeżego ciała. Na przeszkodzie bezpośredniego transferu staje od razu kilka problemów. Po pierwsze, potrzebny jest pusty mózg, zdolny pomieścić wspomnienia osoby dorosłej. Mózg noworodka byłby pusty, ale też pozbawiony możliwości pomieszczenia dorosłej osobowości, wspomnień nagromadzonych w ciągu półtora wieku życia, które czynią nas takimi, jakimi jesteśmy. Zacząłem więc badać strukturę neuronową, aby sprawdzić, czy nie można jej udoskonalić. W tej dziedzinie nauka wciąż ma wiele do zrobienia. Powiększono objętość mózgu, aby dobrze służył człowiekowi przez sto pięćdziesiąt lat, podwyższono o kilka procent średni iloraz inteligencji, lecz samej strukturze genetycy nie poświęcili należytej uwagi. Zaabsorbował mnie pomysł z równoległym przetwarzaniem myśli, spotykanym na co dzień w habitatach edenistów. One mogą prowadzić milion rozmów równocześnie, ponadto nadzorować biosferę, zajmować się administracją i tysiącem innych spraw, a przecież mają tylko jedną świadomość. Tymczasem my, nieszczęśni śmiertelnicy, możemy rozważać lub robić tylko jedną rzecz w danej chwili. Podjąłem się tak przeprofilować sieć neuronową, aby dokonywała wielu świadomych operacji równocześnie. Znalazłem klucz. Zrozumiałem, że gdyby nie istniały ograniczenia co do liczby dokonywanych operacji, można by się też pokusić o posiadanie wielokrotnych niezależnych jednostek, połączonych więzią afiniczną, dzielących z sobą wspólną świadomość. W ten sposób, jeśli jedna umrze, nie nastąpi utrata świadomości, osobowość pozostanie nienaruszona, a nowa wytworzona jednostka zastąpi tę zużytą.

— Jednostka? — zdziwił się Quinn. — Ma pan na myśli osobę?

— Mam na myśli ludzkie ciało ze zmodyfikowanym mózgiem, połączone z dowolną liczbą replik więzią afiniczną. Oto dzieło, któremu na wygnaniu poświęcam się bez reszty. Osiągając pewne znaczące postępy, muszę dodać, pomimo trudności, z jakimi borykam się w tej dziczy. Mózg przetwarzający równolegle myśli został już zaprojektowany i obecnie dokonują się odpowiednie modyfikacje ogniw łańcucha DNA mojej plazmy zarodkowej. Potem w egzołonach będą się rozwijać moje klony. Ich myśli podłączą się już z chwilą zapłodnienia, poczują i zobaczą wszystko to, co ja czuję i widzę.

Moja osobowość zamieszka w każdym z nas w równym stopniu, taka ujednorodniona wieloosobowość. Początkowe ciało rozsypie się w proch, lecz ja przetrwam. Śmierć będę wspominał jak zdarzenie z przeszłości. Śmierć umrze. Zamierzam objąć sobą cały ten świat, aż dostaną mi się wszystkie jego zasoby wraz z przemysłem i ludnością. Wtedy nabierze kształtu nowa forma ludzkiej społeczności, którą nie rządzi ślepy i bezwzględny biologiczny imperatyw reprodukcji. Będziemy lepiej zorganizowani, bardziej rozważni. Wyobrażam sobie ostatecznie wcielić do siebie technobiotyczne twory; tak samo jak ludźmi, będę również statkami kosmicznymi i habitatami. Życie nieskończone, nie podlegające fizycznym ograniczeniom.

Osiągnę transcendencję, Quinn. Czyż to nie jest marzenie warte realizacji? I ty możesz mieć w nim swój udział. Dziewczęta z osad zapewnią nam dosyć komórek rozrodczych, byśmy wszyscy mogli się sklonować. Modyfikacja DNA to prosta sprawa, a każdy z twoich klonów będzie mógł się swobodnie rozmnażać. Dołącz do nas.

Quinn, jeśli chcesz żyć wiecznie. Jeszcze zdążysz wyrównać rachunki z Banneth; przemnożony przez dziesięć, przez dwadzieścia, obiegniesz jej arkologię całą armią sobowtórów i dokonasz zemsty. Czy to cię nie przekonuje, Quinn? Czy to nie ciekawiej niż biegać nocą po dżungli i kroić ludziom bebechy za parę tysięcy fuzjodolarów?

Tylko dzięki ogromnej sile woli udało się Quinnowi zachować na twarzy maskę obojętności. Żałował, że tu w ogóle przyszedł, że rozgryzł tego sokoła. Boży Bracie, jakżeż tego żałował. Banneth była nikim w porównaniu z tym szajbusem, Banneth była w porównaniu z nim wzorem zdrowego rozsądku. A jednak w tych pierdołach, wbijanych mu do głowy przez Latona, dostrzegał pewną okrutną logikę, która wciągała go niby taniec czarnej wdowy.

Wprawdzie sam łudził zesłańców wizją nieśmiertelności, lecz nie z takim demonicznym rozmachem, drapieżnym wciąganiem do konspiracji, paleniem wszelkich mostów. Teraz już wiedział, że Laton nigdy mu nie pozwoli dotrzeć do kosmodromu w Durringham, nie mówiąc już o zaokrętowaniu się na orbitujący statek. Nie teraz, nie po tym, co tu zostało powiedziane. Jeżeli pragnął wyjść z tego drzewa — z tego pomieszczenia! — z mózgiem wciąż należącym do niego, pozostawało mu wyrazić zgodę. Przy czym musiało to być najbardziej przekonujące wyrażenie zgody w jego życiu.

— A co do tej sztuczki z mnożeniem osobowości, to czy będę musiał wyrzec się moich przekonań? — zapytał.

Laton uśmiechnął się blado.

— Twoje przekonania zostaną wzmocnione, na zawsze zachowane we wspólnocie jednostek, żywe przez tysiąclecia. Mógłbyś nawet wyjść z ukrycia i jawnie nawracać ludzi. Czy stałoby się coś wielkiego, gdyby poszczególne jednostki trafiły do więzienia lub zostały stracone? Istota twej osobowości nie zginie.

— A płeć? Chyba zostanę przy swojej płci?

— Tak, choć z jedną małą różnicą: każdy gen będzie dominujący. Każde poczęte przez ciebie dziecko stanie się kolejną jednostką.

— Dokąd pan zaszedł w tych pracach nad myślącym równolegle mózgiem? Wyhodował pan choć jeden, żeby zobaczyć, czy działa?

— Przeprowadziliśmy symulację numeryczną w technobiotycznej macierzy procesorowej. Program analityczny potwierdził pełną sprawność mózgu. To standardowa technika, za jej pomocą genetycy zaprojektowali kiedyś jastrzębie. I co, działają?

— Jasne. W porządku, jestem zainteresowany, nie przeczę. Boży Bracie, życie wieczne, kto by tego nie chciał? Zrobimy tak: nie będę się starał uciec stąd na Ziemię, póki te pańskie klony nie wyjdą z egzołona. Jeśli sprawdzą się, jak pan przewiduje, piszę się na to bez gadania. Jeśli nie, przedyskutujemy całą sprawę od nowa. Cholera, mogę chyba poczekać kilka lat, skoro inaczej się nie da.