— Roztropnie mówisz — mruknął Laton.
— A póki co, dobrze byłoby zepsuć blok nadawczo — odbiorczy nadzorcy Mananiego. Obaj na tym skorzystamy. Bez względu na to, jak się wszystko potoczy, żaden z nas by nie chciał, żeby wieśniacy wołali do stolicy o ratunek. Czy nie mógłbym dostać fleksa z jakimś wirusem niszczącym procesory? Bo jeśli zwyczajnie rozwalę mu ten blok, z miejsca mnie oskarży.
Pojawiła się Anname, niosąc tackę ze stekiem i półlitrową szklanką mleka. Położyła ją Quinnowi na kolanach i spojrzała z obawą na Latona.
— Nie, moja droga — rzekł do niej Laton. — To z pewnością nie święty Jerzy, który przybył, aby cię uwolnić od ziejącego ogniem smoka.
Westchnęła lękliwie i poczerwieniała.
Quinn obrzucił ją wilczym spojrzeniem, pałaszując stek.
— Myślę, że to zdrowy układ — oświadczył Laton. — Zanim odejdziesz, jeden z moich ludzi przygotuje ci wirusa.
Quinn napił się łapczywie mleka i obtarł usta wierzchem dłoni.
— Świetnie.
Budowa kościółka w Aberdale stanęła w martwym punkcie.
Zbito i ustawiono tylko połowę ławek, mimo że Horst Elwes co pewien czas zabierał się do pracy z oheblowanymi deskami, przygotowanymi przez zesłańców z myślą o pozostałych ławach. Powątpiewał, czy te trzy, które osobiście sklecił w rzadkich chwilach wymuszonej wstydem pracowitości, udźwigną ciężar więcej niż czterech osób. Niemniej dach nie przeciekał, modlitewniki i szaty liturgiczne — owe niezbędne akcesoria kultu — cieszyły jego oko, ponadto dysponował na fleksach liczną kolekcją pieśni religijnych, których dźwięki dobywały się z bloku audio, wypełniając budynek. Pomimo swego nieczystego rodowodu kościółek stanowił jednak pewne źródło nadziei. Ostatnio stal się jego przytuliskiem.
Czy wzniesiono go na poświęconej ziemi, czy też nie — chociaż Horst wcale nie uważał, by to miało jakieś większe znaczenie — zesłańcy nigdy nie zaglądali do środka.
Coś wszakże zajrzało.
Horst stał przed ławką służącą za ołtarz z włosami zjeżonymi na rękach, jakby je objęło niezwykle silne pole elektrostatyczne.
W kościele dawało się wyczuć czyjąś obecność: niby eteryczna, narzucała się jednak z niemalże brutalną siłą. Czuł, że jest obserwowany… przez byt sędziwy, którego wiek wykraczał poza zdolność pojmowania zwykłego człowieka. Kiedy Horst po raz pierwszy zobaczył giganteę, ponad godzinę patrzył w niemym otępieniu na ową istotę starą już wtedy, gdy Chrystus stąpał po Ziemi. Tymczasem gigantea nawet się nie równała z tym niewiadomym bytem, zdawała się przy nim ledwie niemowlęciem. Długowieczność, prawdziwą długowieczność Horst uważał za rzecz przerażającą.
Nie wierzył w duchy. Zjawa była zresztą zbyt rzeczywista.
Rzec by można, nadwątlała kościółek, zacierała ostatnie ślady boskości, jakie tu się jeszcze zachowały.
— Czym ty jesteś? — wyszeptał w stronę delikatnego wietrzyka.
Na dworze zapadały ciemności, rozkołysane wierzchołki drzew odcinały się smoliście na tle różowozłotego nieba. Ludzie powracali z pól, spoceni i wycieńczeni, lecz z uśmiechem na twarzach. Głosy niosły się daleko nad polaną. W Aberdale panował niezmącony spokój; odnosił wrażenie, jakby niczego innego nie pragnął, gdy opuszczał Ziemię. — Czym jesteś? — powtórzył twardo. — To jest kościół, dom Boży. Nie ścierpię tu żadnego świętokradztwa. Tylko ci, co naprawdę żałują za grzechy, są tu mile widziani.
I raptem jego wzburzone myśli pognały jak oszalałe poprzez pustą przestrzeń. Prędkość budziła trwogę. Wrzeszczał przerażony, gdyż wokół niczego nie było — ani ciała, ani gwiazd. Tak właśnie wyobrażał sobie bezwymiarową nicość panującą na zewnątrz statku kosmicznego, który skakał przez tunel.
Niespodziewanie ocknął się w kościele. Dwa metry przed nim żarzyła się w powietrzu maleńka rubinowa gwiazdka.
Zachichotał, zdumiony jej widokiem.
— Gwiazdko, gwiazdko, mrugnij jeszcze. Chciałbym wiedzieć, kto ty jesteś.
Gwiazdka znikła.
Przestał się uśmiechać i wybiegł z żałosnym jękiem na pogrążoną w półmroku polanę, depcząc miękką ziemię ogródka warzywnego, tratując bezwiednie rachityczne rośliny.
To jego śpiewy wywabiły ludzi z domów kilka godzin później.
Siedział na pomoście z butelczyną pędzonej pokątnie wódki. Wieśniacy patrzyli na niego z politowaniem.
— Demony! — krzyknął Horst, kiedy Powel Manani z pomocą innych stawiał go na nogi. — Już zdążyli przywołać okrutne demony!
Ruth obrzuciła go pogardliwym spojrzeniem, po czym wróciła do chaty.
Horsta położono na pryczy i podano mu jeden z jego własnych środków uspokajających. Nawet po zaśnięciu rzucał bełkotliwe przestrogi.
Lisylfa zaciekawili ludzie. Spośród stu siedemdziesięciu milionów samoświadomych gatunków, jakie poznał w czasie swoich wędrówek, dostrzec go potrafiło tylko trzysta tysięcy — czy to dzięki swym zdolnościom percepcyjnym, czy też rozwiniętej technice.
Ksiądz widocznie zauważył rdzeń osobowości napotkanej istoty, chociaż jej natury nie był w stanie pojąć. Wszystko wskazywało na to, że ludzie posiadają elementarną umiejętność zestrojenia się ze swoim energistycznym otoczeniem. Lisylf sięgnął do kompendium wiedzy sporządzonego na podstawie informacji z dostępnych w Aberdale bloków procesorowych i fleksów, które zawierały przeważnie rozpowszechniane przez Ruth Hilton kursy dydaktyczne. Tak zwane zdolności parapsychiczne uważano powszechnie za halucynacje bądź oszustwa popełniane dla osiągnięcia korzyści finansowych. Niemniej jednak historia rasy ludzkiej obfitowała w wiele wymownych incydentów i mitów. Ponadto silne, nie słabnące wierzenia religijne świadczyły o ogromnym parapsychicznym potencjale ludzkości, która przypisywała pewnym „nadnaturalnym” zdarzeniom pierwszorzędne znaczenie. Drzemały w niej z pewnością wielkie możliwości rozwoju energistycznej percepcji, wciąż jednak blokowanego przez logikę racjonalnego poznania.
Chociaż podobne sprzeczności nie były obce Lisylfowi, to po raz pierwszy zetknął się z rasą, której dwie przeciwstawne natury prowadziły z sobą tak zażartą walkę.
— I cóż o nim myślicie? — zapytał Laton przyjaciół, kiedy drzwi zamknęły się za Quinnem Dexterem.
— Psychopatyczny gówniarz o paskudnych sadystycznych upodobaniach — stwierdził Waldsey, naczelny wirusolog w grupie.
— Dexter ma chwiejny charakter — stwierdziła Camilla.
— Nie można ufać żadnym jego obietnicom. Głównym motorem napędowym jego działań jest obsesyjna chęć zemsty na Banneth. Nasze pomysły z nieśmiertelnością wcale go nie przekonały, są zbyt wyrachowane.
— Głosuję za tym, żeby się go pozbyć — dodał Salkid.
— Przychylam się do waszej opinii — oświadczył Laton.
— A szkoda. Miałem wrażenie, jakbym patrzył na miniaturową wersję samego siebie.
— Ty nigdy nie dawałeś się ponosić emocjom, ojcze — rzekła Camilla.
— Wszystko zależy od okoliczności. Nie pora jednak na czcze słowa. Musimy zadbać o nasze bezpieczeństwo. Według wszelkiego prawdopodobieństwa Quinn Dexter poinformował większość zesłańców, jeżeli nie wszystkich, że coś złego czyha w lesie. A to może utrudnić nam życie.