Выбрать главу

— W czym problem? — zdziwił się Salkid. — Sprzątnijmy całą bandę. — Byłemu kapitanowi czarnego jastrzębia najbardziej na wygnaniu doskwierała bezczynność. — Poprowadzę wcielonych. To będzie czysta przyjemność.

— Salkid, nie błaznuj — rzekł Laton. — Sami nie damy rady rozprawić się ukradkiem z zesłańcami. Tak zuchwałe przedsięwzięcie, gdy jeszcze nie zatarła się pamięć o zniknięciu rodzin, ściągnie nam na kark całą masę kłopotów.

— No to co robimy?

— Po pierwsze zaczekamy, aż Quinn Dexter uszkodzi blok nadawczoodbiorczy nadzorcy Mananiego. Potem napuścimy na zesłańców mieszkańców wioski.

— Tylko jak? — zapytał Waldsey.

— Skazańcy są czcicielami diabła, o czym wie ksiądz. Postaramy się tylko, żeby ta wiedza dotarła również do innych, to w sposób, który wstrząśnie osadą.

12

Idria krążyła po lekko spłaszczonej orbicie w pasie planetoid układu Nowej Kalifornii, oddalona średnio o siedemdziesiąt milionów kilometrów od gwiazdy typu G5. Ta żelazo — kamienna skała wyglądała jak pomarszczona, łuszcząca się brukiew, miała siedemnaście kilometrów w najszerszym miejscu i jedenaście wzdłuż krótkiej osi obrotu. Nad czarną, nierówną powierzchnią wisiał pierścień trzydziestu dwu stacji przemysłowych, nienasyconych odbiorców surowca, który bez ustanku wywoziły masowce z nieobrotowego kosmodromu.

Zróżnicowanie złóż zachęcało do inwestowania pokaźnych sum w tę skałę. Idria mogła się pochwalić rzadką kombinacją minerałów, a wszystko, co rzadkie, zawsze przyciąga pieniądze.

W roku 2402 statek badawczy natrafił tu na długie, poprzeplatane rudami zwyczajnych metali żyły mineralne o ciekawym zestawieniu składników, przede wszystkim siarczków, krzemionek i tlenków glinu. Na posiedzeniu zarządu najbliższej planety stwierdzono, że owa szczególna koncentracja warstw minerałów krystalicznych gwarantuje opłacalność wydobycia. W roku 2408 pojawili się górnicy z ciężkim sprzętem i rozpoczęto drążenie szybów w głąb planetoidy. Wkrótce powstały stacje przemysłowe, rafinujące i przetwarzające na miejscu urobek. Rosła liczba ludności, poszerzano komory, przystąpiono do tworzenia biosfery.

W roku 2540 główna pieczara miała już pięć kilometrów długości i cztery szerokości, a prędkość obrotową Idrii tak zwiększono, by przyspieszenie grawitacyjne przy powierzchni osiągnęło połowę wartości standardowej. Dziewięćdziesiąt tysięcy mieszkańców tworzyło społeczność samowystarczalną w większości dziedzin życia. Idria uzyskała autonomię i zdobyła fotel w Zgromadzeniu układu. W rzeczywistości jednak osiedle należało do pewnej spółki o nazwie Lassen Interstellar.

Spółka działała w przemyśle wydobywczym i transportowym, zajmowała się operacjami finansowymi, produkcją sprzętu wojskowego i części do statków kosmicznych, nie licząc wielu innych przedsięwzięć. Stanowiła typowy dla Nowej Kalifornii konglomerat, produkt niezliczonych fuzji i zmian w koncepcji zarządzania; wywodziła się w prostej linii ze staruszki Ziemi, gdzie na zachodnim wybrzeżu Ameryki rozwinął się jej zalążek. Kierownictwo korporacji było zagorzałym wyznawcą reguł skrajnego kapitalizmu: agresywnej ekspansji, bezpardonowej walki o zamówienia rządowe, wiecznych żądań o dodatkowe ulgi podatkowe, otwierania ekspozytur w całej Konfederacji, gnębienia konkurencji przy każdej sposobności.

W Nowej Kalifornii powstały tysiące podobnych spółek — korporacyjnych tygrysów, których zdobycze podnosiły standard życia w układzie. Drapieżnie i brutalnie walczyły o rynki zbytu.

Zgromadzenie Ogólne Konfederacji przyjmowało sporo wniosków o wydanie zakazu na eksport podejrzanych towarów i zarządzało śledztwa w sprawie niektórych indywidualnych kontraktów. Nowa Kalifornia zawdzięczała swą sławę osiągnięciom techniki, toteż istniał duży popyt na produkowany tu sprzęt bojowy. Przedsiębiorstwa nie zawracały sobie głowy tym, do czego będzie on wykorzystany: gdy tylko znaleziono kupca, sporządzono umowę i zebrano fundusze, nic już nie mogło przeszkodzić w transakcji. Ani urzędnicy wydający licencje wywozowe, ani tym bardziej wścibscy inspektorzy Konfederacji. Wobec powyższego przewóz towarów mógł być kłopotliwy, zwłaszcza w przypadku pokątnych kontraktów z którymś z układów planetarnych objętych niezrozumiałym embargiem. Kapitanowie decydujący się na takie trasy mogli się spodziewać wysokich zarobków. A podobne wyzwania zawsze przyciągały szczególnego rodzaju typy.

* * *

„Lady Makbet” spoczywała na platformie dokowej w jednej spośród przeszło trzydziestu stacji przemysłowych rozmieszczonych na orbitach wokół Idrii. Otwarte w przedniej części kadłuba wrota okrągłej ładowni dawały dostęp do metalowej jaskini, pełnej zacisków do mocowania ładunku, gniazd interfejsowych systemów regulacji otoczenia, prętów usztywniających omotanych wiązkami kabli sygnałowych i zasilających; wszystko to było owinięte matową złotą folią i słabo oświetlone.

Zbudowany z kompozytu i karbotanu, opleciony siecią przewodów i rur przedział dokowy przypominał wyglądem krater. Reflektory wiszące na okrągłych ścianach rzucały snopy białego światła na posępny kadłub statku kosmicznego, zastępując wątły blask słońca, gdy stacja pogrążała się w cieniu planetoidy. Naokoło obrzeża doku stało kilka szkieletowych urządzeń przeładunkowych, które wyglądały jak wieże rusztowań nie rozebrane po budowie stacji. Każde z nich miało długie, czteroprzegubowe ramię do załadunku towarów. Ramionami sterowało się z konsol umieszczonych wewnątrz przezroczystych baniek sterczących z karbotanowych pancerzy niby błyszczące wąsonogi.

Uczepiony kabłąka w pomieszczeniu inspektora Joshua Calvert wisiał z nosem przy półokrągłej szybie antyradiacyjnej, obserwując, jak ramię dźwignicy przenosi następny zasobnik. Kontenery miały dwa metry długości: cylindry ciśnieniowe z lekko zaokrąglonymi końcami; przed nagłymi skokami temperatury w przestrzeni kosmicznej chroniła je gruba, biała powłoka z kompozytu.

Naniesiono na nie geometryczne logo z orłem Lassen Interstellar i rządki drobnych czerwonych literek. Zgodnie z opisem, zawierały cewki indukcyjne do magnetycznego ściskania supergęstej plazmy w tokamakach. Dziewięćdziesiąt procent zasobników rzeczywiście zawierało to, co wymieniały wykazy, lecz w pozostałych schowano mniejsze, bardziej zwarte cewki, które wytwarzały jeszcze silniejsze pole magnetyczne stosowane w komorach utrzymania antymaterii.

Ramię dźwignicy opuściło zasobnik do ładowni „Lady Makbet”, gdzie unieruchomiły go zaciski mocujące. Joshuę dręczył ciągły niepokój. W granicach układu Nowej Kalifornii cewki te nie były zakazanym towarem, przy czym mylne oznaczenia nie odgrywały tu żadnej roli. W przestrzeni międzygwiezdnej legalność ich przewozu budziła już szereg poważnych zastrzeżeń, aczkolwiek przyzwoity prawnik umiałby oczyścić go z zarzutów. Jednakże w układzie Puerto de Santa Maria, dokąd się udawał, takich jak on witano słowami: Wdepnąłeś w gówno, synku, z którego już nie wyjdziesz.

Sara Mitcham ścisnęła jego dłoń.

— Czy to nam naprawdę potrzebne? — zapytała półszeptem.

Tutaj, w przezroczystej półkuli, ściągnęła watowany ochraniacz na głowę, przez co jej jasnobrązowe włosy falowały ospale w nieważkości. Zaciskała wargi, zmartwiona.

— Niestety. — Pogłaskał palcem wewnętrzną część jej dłoni; często używali tego sygnału na pokładzie „Lady Makbet”. Sara była kochanką z dużym temperamentem, toteż długie godziny upłynęły im na eksperymentach w klatce. Tym razem jednak nie poprawił jej humoru.