Выбрать главу

Zapłonęły silniki napędowe „Lady Makbet”, pchając statek w stronę rozproszonych szczątków stacji kosmicznej. Panele termozrzutu chowały się szybko do kadłuba, gdy rosło przyspieszenie.

Czujniki śledziły ślady silników termojądrowych dwóch statków oddalonych o czterdzieści tysięcy kilometrów. Joshua zastanawiał się, kiedy wróg połapie się, że ktoś z tyłu podejmuje akcję ratunkową. Jeśli posługuje się czujnikami w ten sam sposób co napędem, to pewnie nigdy ich nie zobaczy. „Maranta” poruszała się z przyspieszeniem 0,5 g.

Melvyn i Sara uporali się z usterką w silniku napędowym, zastrzegając się jednak, że przeprowadzili tylko prowizoryczną naprawę. Joshua nadał statkowi przyspieszenie 5 g i przy takim pozostał.

— Wystrzeliwują osy — powiedział Dahybi.

Joshua patrzył, jak komputer pokładowy rysuje fioletowe wektory lotu.

— A to dziwne… — Sześć os bojowych okrążyło Aethrę, ustawiając się w luźnym pierścieniu. V odległości stu kilometrów od habitatu statki wyłączyły silniki. Dwa myśliwce tymczasem odpaliły podpociski, które pomknęły w stronę obracającego się wolno cylindra.

— Pociski kinetyczne — zauważył Joshua. — Co oni wyprawiają?

Rdzawoczerwoną powierzchnią polipa ubarwiły pomarańczowe rozbłyski wybuchów.

— Chcą zranić habitat — stwierdziła twardo Sara. — Nie unicestwią go takim atakiem, lecz spowodują wielkie zniszczenia. Zupełnie jakby celowo chcieli go okaleczyć.

— Okaleczyć? — zdziwił się Dahybi. — Tylko po co? Można okaleczyć ludzi lub zwierzęta. Ale nie habitaty. One nie odczuwają bólu jak na przykład ssaki.

— Sam widzisz, co robią — upierała się Sara.

— Chyba rzeczywiście masz rację — poparł ją Joshua.

„Maranta” znowu uruchomiła silniki, a kilka sekund potem w jej ślady poszedł drugi statek.

— Zobaczyli nas — zawyrokował Joshua. Stało się to dopiero po ośmiu minutach, co świadczyło o ich mizernych umiejętnościach detekcyjnych. „Lady Makbet” pokonała już ponad połowę drogi do szalup z rozbitkami, zostało jej jeszcze niespełna dwadzieścia tysięcy kilometrów. Pozostałe statki znajdowały się tylko pięćset kilometrów od źródeł sygnałów ratunkowych. — Zaraz zrobi się gorąco. — Wystrzelił osiem os bojowych i zwiększył przyspieszenie „Lady Makbet” do 7 g. Myśliwce bezpilotowe pognały przodem z przyspieszeniem 25 g. W odpowiedzi wrogie statki pchnęły do walki formację dwunastu os bojowych.

— Cholera! — krzyknął Joshua. — Zbliżają się do Aethry.

— Sprytnie — rzekł Melvyn. — Nie możemy użyć głowic nuklearnych, gdy będą w pobliżu habitatu.

— Nie, ale możemy palnąć w nich promieniowaniem gamma.

— Przesłał myśliwcom ciąg zaszyfrowanych instrukcji. — To nam da czas na dotarcie do szalup. Na razie żadna osa bojowa nie kieruje się na nie. — Zastanowił się głęboko. — Sara, nadaj spójną wiązką ostrzeżenie dla rozbitków. Niech wyłączą natychmiast sygnał ratunkowy. Każdy, kto ma na tyle pomieszane w głowie, żeby okaleczyć habitat, nie zawaha się przed zdmuchnięciem szalup.

Pierwsze starcie myśliwców bezpilotowych odbyło się pięć tysięcy kilometrów od Aethry: na przestrzeni sześciuset kilometrów rozlała się postrzępiona rozeta plazmy. Joshua zobaczył, że kilku napastników przedarło się bez uszczerbku, więc wystrzelił następnych pięć myśliwców, z których trzy miały ustawić się w szyku obronnym. Kierunek sił ciężkości na mostku zmienił się nagle, kiedy rozpoczął manewr uniku.

* * *

Dzieci płakały zarówno na głos, jak i w myślach. Gaura nadał kilka uspokajających zdań w ogólnodostępnym paśmie afinicznym, wspierając wysiłki innych dorosłych. Ciekawe tylko, kto pocieszy mnie, pomyślał.

Szalupa ratunkowa miała zwarte kształty cylindra o długości dziesięciu metrów i szerokości czterech. Nie wyposażono jej w układ napędowy, tylko w silnik startowy na paliwo stałe, który błyskawicznie wyrzucał ją poza strefę zagrożenia, oraz odrzutowe silniki sterujące pozwalające jej zachować stabilność, gdy rozbitkowie czekali na pomoc. Jak wszystko na stacji kosmicznej, szalupa była przestronna i dobrze wyposażona. Oprócz ośmiu miejsc siedzących wewnątrz znajdowały się szafki z dwutygodniową rezerwą żywności oraz miesięczny zapas tlenu. Dla edenistów nawet katastrofa była czymś raczej niewygodnym aniżeli niebezpiecznym.

Cóż za arogancja, przeklinał w duchu. Bezrozumna, ślepa wiara w technologiczną potęgę.

W środku stłoczyło się czternastu dorosłych i pięcioro dzieci. Nie mieli czasu szukać drugiej szalupy. Z nonszalancją, która w konsekwencji okazała się zgubna, konstruktorzy przy projektowaniu stacji brali pod uwagę jedynie katastrofy naturalne. Nawet gdyby meteoryt uderzył w koło, większa jego część pozostałaby nienaruszona, a ewakuacja przebiegałaby bez paniki.

Nigdy jednak, nawet w teoretycznych rozważaniach, nie pojawiła się ewentualność, że statki zwariowanych adamistów mogą pociąć stację na kawałki działkami laserowymi.

Wypadki potoczyły się tak szybko. Teraz mała Gatje i Haykal z przerażeniem w oczach tulili się do matki. Było duszno, cuchnęły — i wymiociny. Gdy pociski kinetyczne wbijały się głęboko w powłokę Aethry, habitat dawał bezgłośny wyraz swej udręce, docierający do wrażliwych umysłów dzieci. Na wspomnienie przedśmiertnych konwulsji dziewczynki, która zginęła w wyniku dekompresji wybuchowej, od stóp do głów przechodziły go zimne dreszcze. Stres psychiczny ostatnich piętnastu minut pozostawi zapewne ciężki uraz w jego świadomości, niełatwy do wyleczenia nawet w zrównoważonym umyśle edenisty.

Poczuwał się do winy. Jako dyrektor stacji, powinien był pomyśleć o środkach ostrożności. Wiedział o rozruchach na Lalonde, a jednak nic nie zrobił.

— To nie twoja wina — odezwał się łagodnie habitat w jego myślach. — Kto mógł coś takiego przewidzieć?

— Ja.

— Informacje, jakie otrzymałeś, nie zapowiadały takiego niebezpieczeństwa.

— Miałem dość informacji od „IIexa”. Kiedy odlatywał z Lalonde, na planecie panował chaos.

— Te statki nie są z Lalonde. To rekrutowani nie wiadomo gdzie najemnicy.

— Mimo wszystko powinienem był coś zrobić. Ulokować ludzi w apartamentach bliżej szalup ratunkowych. Cokolwiek!

Co z Candre i innymi?

— Mam ich. Ale jeszcze nie nadeszła pora, żebym tworzył wieloskładnikową osobowość na bazie swojej świadomości.

— To prawda. A co z tobą? Jak się czujesz?

— Balem się i złościłem, lecz został tylko żal. Smutny to wszechświat, w którym pełno bezpodstawnej nienawiści.

— Przykro mi, że powołaliśmy cię do istnienia. Zasłużyłeś na lepszy los.

— A ja się cieszę, że żyję. Moje życie jeszcze się nie kończy.

Największy krater ma tylko dwadzieścia metrów głębokości. Za to straciłem dużo płynu pokarmowego, a narządy trawienia minerałów zostały zniszczone przez fale uderzeniowe.

Gaura zacisnął silniej palce na klamrze, której się trzymał. Nie doświadczył dotąd wściekłości i beznadziei, teraz wszakże ogarnęły go z zastraszającą siłą.

— Szkody fizyczne można naprawić. I zostaną naprawione, bądź tego pewien, póki żyje choć jeden edenista.

— Dziękuję, Gaura. Jesteś dobrym nadzorcą. Czuję się zaszczycony, że ty i twoi ludzie towarzyszycie początkom mojego intelektu. Pewnego dnia Gatje i Haykal będą biegać po moim parku. Z radością posłucham ich śmiechu.

Przez pancerną szybę iluminatora wpadł do środka snop nieznośnie białego światła. Przestrzeń kosmiczną rozjaśniła kolejna seria eksplozji termojądrowych. Dzieci znów zaniosły się płaczem.