— To na nic…
Samuelowi wydawało się, że widzi cień rzucany przez chmurę sunącą po wieczornym niebie. Tuba świetlna ciągle jeszcze roztaczała wątłą perłową poświatę, w której woda skrzyła się delikatnie.
O tej porze chmura powinna wyglądać właśnie jak czarna plama.
Wtem dał się słyszeć hałas: odległy grzmot trwał kilka sekund i urwał się raptownie. Pośrodku czarnego skrawka zalśniła jasna gwiazda, wypełniając habitat zimnym, białym światłem.
Na tle zalanej bielą tafli zbiornika odcinała się wyraźnie sylwetka kobiety — w czarnym skafandrze przedstawiała sobą idealnie monochromatyczny obraz.
Przez kilka bezcennych sekund Samuel stał jak sparaliżowany.
Ze środka gasnącej gwiazdy, płynąc bezgłośnie w stronę Mzu, wynurzył się czarny jastrząb: kształt zbliżony do spłaszczonego jajka z podkowiastą sekcją mieszkalną, wbudowaną wokół tylnego wybrzuszenia na grzbiecie. Błękitny polipowy kadłub poznaczony był siateczką w kolorze królewskiej purpury.
— Jasny gwint! — wyszeptała Pauline ze zgrozą. — Skoczył do środka. Skoczył prosto do pieprzonego habitatu!
— Łapcie tę cholerę, bo nam zwieje! — Monica pierwsza zerwała się do biegu.
— Stój! Wracaj! — wrzasnął Samuel, ale i Pauline wyskoczyła już spomiędzy drzew za agentką ES A; wzmacniane mięśnie pozwalały jej gnać z niewiarygodną prędkością. — Niech to diabli! — I on ruszył za kobietami.
Meyer dostrzegł nad brzegiem jeziora niską postać w skafandrze, a „Udat” skręcił posłusznie w jej stronę. Dowódca miał nerwy napięte jak struny. Skok do wnętrza habitatu! To musiał być chyba najbardziej zwariowany numer kaskaderski w dziejach lotów kosmicznych! A jednak im się udało!
— Jesteśmy w środku, lecz to dopiero polowa zadania — zauważył rzeczowo „Udat”.
— Jakbym nie wiedział.
— CO TY WYPRAWIASZ?! — zagrzmiało w myślach czarnego jastrzębia wściekłe pytanie Tranquillity.
Meyer skrzywił się i nawet spokojny dotąd „Udat” się spłoszył.
— Ta kobieta jest prześladowana. Służby bezpieczeństwa Kulu uważają ją za politycznego dysydenta — odparł Meyer, walcząc ze strachem. — Kto jak kto, ale lone Saldana nie powinna czegoś takiego popierać. Zabieramy ją tam, gdzie będzie bezpieczna.
— NIE WYRAŻAM ZGODY! MACIE SIĘ WYCOFAĆ!
„UDAT”, NATYCHMIAST WRACAJ!
Siła mentalnej presji, jaką wywierała osobowość habitatu, była przeogromna. Meyer miał wrażenie, że ktoś wbił mu hak do głowy i stara się wyrwać mózg. Stęknął, wpijając palce w fotel amortyzacyjny. Tętno dudniło mu w skroniach.
— STÓJCIE!
— Nie zatrzymuj się — wycharczał. Krew ciekła mu z nosa.
Neuronowy nanosystem uruchomił szereg fizjologicznych obejść.
Alkad brnęła po płyciźnie, kiedy czarny jastrząb opadał, zakręcając zwinnie wokół jednej z wysepek. Dopiero teraz przekonała się, jak wielkie jest to technobiotyczne stworzenie. Widok tak potężnego kadłuba, manewrującego lekko w powietrzu, zapierał dech w piersi. Na okrągłym nosie statku osadzała się pajęczyna szronu, gdy polip nawykły do chłodów otwartej przestrzeni stykał się z parą wodną. Pod wpływem pola dystorsyjnego wielka połać zbiornika pod kadłubem wzburzyła się i spieniła. Alkad doznała nagle wrażenia, jakby poziom kołysał się na boki. „Udat” obrócił się o 90 stopni i gwałtownie pochylił, tak aby lewe ramię podkowiastego modułu mieszkalnego znalazło się tuż nad lustrem jeziora. Otworzyła się grodź komory śluzowej. Wewnątrz stała Cherri Barnes w skafandrze kosmicznym. Przed wypadnięciem chroniły ją pomarańczowe taśmy z włókna krzemowego. Rozwinęła drabinkę sznurową.
Na plaży pięć postaci pędziło po wydmach.
— Zabijcie ją! — rozkazała Ione.
Sierżanci wyciągnęli z kabur pistolety laserowe. Alkad Mzu zaczepiła już stopę o najniższy szczebel drabinki.
Wtedy działko maserowe „Udata” otworzyło ogień.
Monica Faulkes mknęła po piasku jak błyskawica; rozkazy neuronowego nanosystemu i wzmacniane mięśnie tworzyły harmonijną całość, dzięki czemu ciało bez trudu pokonywało drogę — w dziewięć sekund przebiegła sto pięćdziesiąt metrów. Działający w Tranquillity agenci ESA mieli wyraźne rozkazy: za wszelką cenę nie dopuścić, aby Alkad Mzu opuściła habitat. Monica powątpiewała, czy zdąży dobiec na czas do czarnego jastrzębia: uciekinierka rozpoczęła już mozolną wspinaczkę po rozkołysanej drabince. Agentka zastanawiała się, który z zaimplantowanych do jej ciała rodzajów broni może być w tych warunkach skuteczny. Kłopot polegał na tym, że większość z nich przystosowano do nie rzucającego się w oczy działania z bliskiej odległości. Na domiar złego przeszkadzał jeszcze ten cholerny skafander Sil. Musiałaby użyć mikrorzutki z nadzieją, że czubek przekłuje się do ciała. Zauważyła, że biegnący obok sierżanci sięgają po pistolety laserowe.
Metrowej szerokości kolumna powietrza zajaśniała bladym fioletem, rysując prostą linię od srebrzystej bańki pod dolnym kadłubem czarnego jastrzębia do jednego z sierżantów. Technobiotyczny serwitor eksplodował w kłębach pary i węglowych odłamków. Piętnaście metrów za nim, gdzie wiązka uderzyła w plażę, spłacheć piasku zamieniła się w szklistą kałużę, która mieniła się różowozłotymi kolorami.
Przeczulone nerwy Moniki sprawiły, że rzuciła się na ziemię, gdy tylko pojawił się promień. Upadając na miękki piasek, wyżłobiła dwuipółmetrową bruzdę. Usłyszała za sobą niemal jednoczesny odgłos dwóch padających ciał, gdy Samuel i Pauline poszli za jej przykładem. Drugi sierżant, trafiony maserem, rozpadł się z hałasem na czarne ziarenka. W myślach Moniki panował zamęt, gdy czekała z głową zarytą w piasek. Przynajmniej koniec nadejdzie szybko przy tej sile ognia…
Wiatr zawył nad wydmami.
Samuel uniósł głowę i zobaczył, jak potwierdzają się jego najgorsze obawy: wokół nosa statku otwierał się wlot tunelu czasoprzestrzennego. Alkad Mzu wspięła się już do połowy drabinki.
— Nie możesz jej stąd zabrać — poprosił czarnego jastrzębia.
— Nie wolno ci!
Wlot się poszerzył — pożerający światło tunel z dnem w nieskończoności. Do środka wdarło się powietrze.
— Trzymajcie się! — krzyknął Samuel do kobiet.
— WRACAJ! — rozkazało Tranquillity.
Meyer, którego umysł połączony był z umysłem „Udata”, skurczył się pod kategorycznym żądaniem habitatu. Nie mógł tego dłużej wytrzymać. Pełen furii głos grzmiał w jego czaszce — zdawałoby się — przez wiele dni, kalecząc jego neurony zawartą w nim wściekłością. Rezygnacja tak bardzo nęciła: do diabła z Mzu, po co za nią cierpieć? Wtem jednak poczuł potężną deformację lokalnej przestrzeni, wytworzoną przez komórki modelowania energii „Udata”. Otworzyła się przed nim pseudootchłań wiodąca do wolności.
— Leć już! — ponaglił.
Zimna zewnętrzna pustka, która wdzierała się do jego umysłu, pogrążyła go w cudownym błogostanie.
W dzikich, huraganowych podmuchach wichury Alkad kręciła się na zdradliwej drabince z włókna krzemowego niczym urwane śmigło.
— Zaczekaj! — krzyknęła datawizyjnie z rosnącym przerażeniem. — Masz zaczekać, aż znajdę się w komorze śluzowej! — Jej przełożone na cyfry oburzenie nie wywarło na „Udacie” żadnego wrażenia. Powietrze wynosiło ją do góry, jakby straciła ciężar; huśtało nią na boki z taką siłą, że drabinka wychylała się do poziomego położenia. Oscylująca grawitacja wyczyniała diabelskie harce z błędnikami w jej uszach. Świszczący wiatr próbował oderwać ją od drabinki. Neuronowy nanosystem zwierał mięśnie w rękach i goleniach, aby nie zwolniła uchwytu. Czuła, jak pękają wiązadła.