Dwukrotnie już zmieniał okład z liści i strzepywał skłębioną masę czarnych skrzydełek. Muchy tłoczyły się wokół poparzonej skóry, jakby była jedynym źródłem pokarmu w całym opustoszałym świecie.
Zgodnie z odczytami bloku inercjalnego naprowadzania, w ciągu ostatnich trzech godzin przebył dwa i pół kilometra. Przedzieranie się wzdłuż rzeki przez dziewiczą puszczę było prawdziwą mordęgą. Kule ustawicznie grzęzły między wystającymi nad ziemię grubymi korzeniami. Giętkie, zwisające nisko gałęzie miały paskudny zwyczaj czepiania się deszczułek.
Po drodze zrywał owoce pnączy o pomarszczonej skórce, które żuł nieustannie, dostarczając organizmowi płynów i protein. Zdawał sobie jednak sprawę, że upłyną całe tygodnie, zanim dokądś dotrze w tym tempie.
Celem jego podróży było Durringham. Jakiekolwiek zasoby i bogactwa znajdowały się na tej poronionej planecie, z pewnością zostały zgromadzone w stolicy. Jego oddział miał zlecone zadania rozpoznawcze, a on nie widział powodu, dla którego miałby się od nich uchylać. Nie zamierzał siedzieć bezczynnie w dżungli i czekać na śmierć. Akcja ratunkowa i ewakuacyjna nie wchodziła już pewnie w rachubę. Pozostało tylko jedno honorowe rozwiązanie, które dawało mu motywację do działania; jeśli porwie się na to, co na pozór niemożliwe, i spełni swoje zamierzenie, może dokona czegoś wartościowego. Chas Paske chciał odejść z fasonem.
Zdawał sobie jednak sprawę, że nie wystarczy sama determinacja: musiał obmyślić łatwiejszy sposób podróżowania. Program medyczny pobudzał implanty do wstrzykiwania dużych dawek hormonów, blokady analgetyczne zamknęły już dwadzieścia procent włókien nerwowych. Chociaż miał udoskonaloną przemianę materii, nie mógł dłużej zużywać aż tyle energii.
Połączył się z blokiem naprowadzającym i przywołał mapę. Sto pięćdziesiąt metrów w dół rzeki, na jej przeciwnym brzegu, leżała wieś Wryde. Zgodnie z informacjami LDC, została założona przed dziewięciu laty.
To mu musiało wystarczyć.
Zerwał kolejny owoc i pokuśtykał dalej przez zarośla. Huk na niebie wiązał się dla niego z jedną niezaprzeczalną korzyścią: nikt nie usłyszy hałasu, gdy będzie się przeciskał przez splątaną gęstwinę.
Na długo przed zobaczeniem pierwszego domu spostrzegł światło — złotożółtą aureolę, która rozpościerała się malowniczo nad rzeką. Śnieżne lilie mieniły się w pełnej obfitości i krasie. Chas usłyszał ptaka, zdziwione trele beztroskiej gniazdółki. Położył się niedołężnie na ziemi i dalej już czołgał na brzuchu.
Wieś Wryde przeobraziła się w świetnie prosperującą, zasobną społeczność, jakich nie widywało się na planetach w pierwszym stadium zasiedlania. Miasteczko wyrosło na ślicznej sześciokilometrowej polanie w otoczeniu urokliwych terenów parkowych. Tutejsze domostwa zbudowano głównie z cegły, kamienia lub korala ziemnego, przy czym każdy z nich zachowywał styl eleganckiej, zadbanej rezydencji bogatego kupca lub farmera. Na głównej ulicy, a właściwie schludnym bulwarze, tętniło życie: ludzie mijali się w drzwiach sklepów, inni siedzieli przy stolikach pod oknami restauracyjek. Tam i z powrotem kursowały bryczki. Na końcu ulicy wznosił się imponujący ratusz z czerwonej cegły — czteropiętrowy z ozdobną wieżą zegarową. Na przedmieściach Chas dostrzegł boisko sportowe. Ubrani na biało zawodnicy grali w coś dziwnego, podczas gdy wokoło widzowie urządzili sobie piknik. Blisko dżungli, z tyłu parku, było jeziorko, a przy nim stało rzędem pięć wiatraków, których olbrzymie białe skrzydła obracały się miarowo mimo bezwietrznej pogody. Nad rzeką rzucały się w oczy okazałe domy, trawniki schodziły aż do samej wody. Każdy miał tu swoją przystań z krótkim pomostem lub szopą dla łodzi. Wśród leniwie spływających śnieżnych lilii przy nabrzeżu cumowały łódki wiosłowe i żaglówki. Większe jednostki powciągano na drewniane pochylnie.
Każdy normalny człowiek chciałby należeć do takiej społeczności: małomiejska przytulność, wielkomiejska stabilizacja. Nawet Chas, leżąc w błocie pod krzakiem na przeciwnym brzegu rzeki, przyglądał się temu miejscu z niejaką tęsknotą. Miasteczko swym wyglądem zaszczepiało w sercu nadzieję, że są miejsca, gdzie złota epoka nigdy nie przemija.
Implanty wzrokowe pokazywały mu smagłe, uśmiechnięte twarze mieszkańców, którzy spokojnie zajmowali się swoimi sprawami. Nie dało się wszakże zauważyć, żeby ktokolwiek — człowiek, mechanoid czy technobiotyczny serwitor — pracował w nienagannie utrzymanych ogrodach czy zamiatał ulicę. Jeśli już ktoś sprawiał wrażenie zapracowanego, to chyba jedynie właściciele kafejek, którzy zawsze jednak byli roześmiani, żartując sobie wesoło z klientami. Sami generałowie i ani jednego szeregowca, pomyślał Chas. To nie może być prawda.
Ponownie połączył się z blokiem naprowadzającym. Kiedy przed oczami zabłysła mu zielona siatka odniesienia, skupił wzrok na pomoście na drugim końcu polany. Blok obliczył jego dokładne współrzędne i naniósł je na mapę.
Gdy sprawdził odczyty fizjologiczne, neuronowy nanosystem ostrzegł, że zapas hemoglobiny wyczerpie się po trzydziestu minutach. Organizm nie produkował jej teraz w normalnych ilościach.
Po raz ostatni skonsultował się z blokiem inercjalnego naprowadzania. Pół godziny powinno mu wystarczyć.
Chas podczołgał się do brzegu i zsunął niezgrabnie do rzeki niczym schorowany krokodyl. Dwadzieścia minut później pomału rozsunął śnieżne lilie i wynurzył twarz z wody. Blok działał bez zarzutu, naprowadził go dokładnie na wskazany pomost. Dwa metry dalej czysta niebieska łódeczka napinała z lekka cumę. W pobliżu nikogo nie było. Wyciągnął rękę i nożem rozszczepieniowym przeciął linę, której koniec złapał nad lustrem wody.
Łódka zaczęła dryfować razem ze śnieżnymi liliami. Chas znowu się zanurzył.
Czekał tak długo, jak to było możliwe — póki nanosystemowy program monitorujący funkcje fizjologiczne organizmu nie zaalarmował go o drastycznym niedoborze tlenu. Dopiero wtedy zdecydował się wynurzyć.
Wieś zniknęła za zakrętem, chociaż blask oświetlający podmiejskie błonia sączył się jeszcze między drzewami, padając na przeciwny brzeg rzeki. Gdy Chas spojrzał na swoją wykradzioną zdobycz, zamiast zgrabnej łódeczki ujrzał nędzną płaskodenną krypę, podobną w sumie do tratwy. Cieniutkie nadburcia, które dodano chyba później pod wpływem jakiegoś ekscentrycznego pomysłu, kruszyły się na jego oczach niczym zgniły korek. Łódka pozostawiała ciemny, mazisty ślad na liściach śnieżnych lilii.
Chas przyglądał jej się dłuższą chwilę w obawie, że ulegnie dalszemu rozpadowi. Przezornie opukał nadgniłe drewno, a potem z wielkim wysiłkiem, niemal wywracając łódkę do góry dnem, na poły wspiął się, a na poły wtoczył do środka.
Długi czas leżał nieruchomo, zanim dźwignął się niezgrabnie na łokciach. Łódkę powoli znosiło do brzegu. Po wodzie ciągnęły się, wczepione w łubki, długie i śliskie liście dwupłatka. Ranę na udzie oblazły rzeczne żuki. Pakiety nanoopatrunku z trudem radziły sobie z filtrowaniem krwi z zanieczyszczeń.
— A tak, to wszystko w porządku… — Jego ochrypły głos odciął się wyraźnym dysonansem od głuchego huku wyładowań.
Jak mógł, tak odpędzał i rozgniatał natarczywe owady. Oczywiście, w łódce nie było wioseł. Rozciął pnącza wiążące łubki i za pomocą jednej z deszczułek odepchnął się na środek nurtu. Sporo się nabiedził, walcząc z oporem śnieżnych lilii, lecz opłaciło się, bo łódka niesiona prądem poruszała się znacznie szybciej. Ułożył ciało w możliwie wygodnej pozycji i z rosnącą niecierpliwością przyglądał się mijanym drzewom. Kiedyś z zamiłowania studiował historię wojskowości, więc znał sens powiedzenia, jakie funkcjonowało na staruszce Ziemi: Wszystkie drogi prowadzą do Rzymu.