Podniebne przystanie rozmieszczone były dość gęsto, ale na różnych wysokościach, dzięki czemu mogły przesuwać się po orbicie bez groźby kolizji. Niebo nad planetą nigdy nie otwierało się na dłuższą chwilę. Był to zdumiewający pokaz precyzyjnej nawigacji.
Z daleka Unimeron wydawał się nakryty gigantyczną siecią. Ione daremnie próbowała wyobrazić sobie wysiłek włożony w wyhodowanie konstrukcji ściśle otaczającej planetę. Nawet dla rasy tak bardzo zaawansowanej w biotechnologii i inżynierii podniebne przystanie musiały być nie lada osiągnięciem.
— Chwila do inicjacji odlotu — oznajmił pilot.
— Nagroda w ryzyku i odwadze — odpowiedziała esencja podniebnej przystani. — Pomyślności życzenie.
Na horyzoncie zaznaczała się linia terminatora, czerń wgryzająca się w jasną półkulę Unimerona. Lądy na zaciemnionej stronie globu upstrzone były regularną siatką zielonych światełek, przypominających ludzkie miasta. Na jednym z południowych kontynentów — tak rozciągniętym, że ginął poza zasięgiem sensorów statku — snuły się wzdłuż linii wybrzeża wstążki czerwonej mgiełki, wżynające się delikatnymi mackami w głąb lądu. Brzegi drżały zauważalnie jak skraj parasola ziemskiej meduzy, opływając nierówności terenu, a mimo to wciąż cechowały się zadziwiającą zwartością.
Nie kłębiły się ani nie rozdzielały jak zwyczajne chmury. Ten pejzaż zafascynował Ione: mgiełka wyglądała na żywą, jakby prądy powietrzne zostały zainfekowane przez biofluorescencyjne mikroorganizmy.
Jednak pilot statku Laymilów był wyraźnie zgorszony tym widokiem.
— Przykrość z nieszczęścia esencji klanu Galheith! — Kołysał ze wzburzeniem głowami, wydając ciche, pełne żalu świsty.
— Ocena rozmiarów szaleństwa?
— Brak poprawy — odpowiedziała ze smutkiem esencja podniebnej przystani.
Przystanie mruczały trwożnie, przelatując nad kontynentem.
Harmonia życia na Unimeronie została zachwiana, więc nie chciały już do swej kompozycji dodawać esencji klanu Galheith, która była zbyt przewrotna, zbyt antagonistyczna, za bardzo odmienna. Obca i sprzeczna z wypracowanym na planecie etosem harmonii.
W czerwonej mgle rozgorzało maleńkie białoniebieskie światełko, lecz natychmiast zgasło.
— Dysfunkcja rzeczywistości! — zawołał pilot ze zgrozą.
— Potwierdzenie.
— Ogrom grozy. Tragiczne żniwo badań esencji śmierci w klanie Galheith.
— Potwierdzenie.
— Eskalacja nieszczęścia, brak kontroli. Dysfunkcja rzeczywistości w przyroście lawinowym. Groźba wchłonięcia nadrzędnego nosiciela życia.
— Opór dJa dysfunkcji rzeczywistości. Nadzieja na bezpieczeństwo nadrzędnej esencji konstelacji ostrowów.
— Potwierdzenie. Nadzieja podtrzymana. — Pan statku sprawdził szybko stan pozostałych Laymilów uśpionych w gniazdachłonach. Dwa wątki myślowe splotły się dla dokonania oceny. — Stan panów esencji zadowalający. Nadzieja na pokonanie dysfunkcji rzeczywistości. Nadzieja na naprawienie szkód w klanie Galheith.
— Nadzieja łączona. Radość w szukaniu wspólnoty.
Tam, gdzie dał się niedawno widzieć rozbłysk, teraz paliła się puszcza. Ione uświadomiła sobie, że pomarańczowe światło musi oznaczać przynajmniej dziesięciokilometrową ścianę płomieni.
Statek kosmiczny przelatywał nad terminatorem. Przed nim podniebne przystanie uzyskiwały blady platynowy połysk, gdy naładowane cząstki elementarne z pasa radiacyjnego oblewały ich pajęczynowe ramiona.
— Inicjacja odlotu — oświadczył pan statku.
W komorze napędu termonuklearnego zjonizowane paliwo poddane zostało skurczowi magnetycznemu. Powiększał się wolno strumień plazmy. Do mózgu Laymila płynęły informacje, rozwiązania równań, obwody elektroniczne i neurony w gniazdachłonach odbierały instrukcje. Nie było miejsca na wątpliwości, na zastanowienie. Tego rodzaju pojęcia nie miały racji bytu.
Sylwetka Unimerona malała. Pan statku skupił uwagę na konstelacji kosmicznych ostrowów i ich cichej pieśni powitalnej, o ileż słabszej od radosnego ducha nadrzędnego nosiciela życia.
Nagranie dobiegło końca.
Ione zamrugała kilkakrotnie, chcąc uwolnić się od natarczywych, przesyconych zielenią obrazów. Trudniej było otrząsnąć się z wrażeń i emocji.
— Cóż to takiego ta dysfunkcja rzeczywistości? — zapytała. — Pan statku wydawał się nią śmiertelnie wystraszony.
— Nie wiemy — odparł Parker Higgens. — Nie ma o niej wzmianek w pozostałych nagraniach.
— Dysfunkcja rzeczywistości to termin odnoszący się do gwałtownego, agresywnego naruszenia harmonii życia Laymilów — odezwała się Lieria. — Natura klanu Galheith radykalnie się odmieniła. Po zapoznaniu się z nagraniem można jednak odnieść wrażenie, iż mamy do czynienia nie tylko z mentalną reorientacją, ale i miejscowym zaburzeniem struktury fizycznej. Przykład: rozbłysk energii.
— Użyto broni? — Przyjrzała się bacznie obu astronomom.
Kempster podrapał się po swym śladowym zaroście.
— Ten rozbłysk z pewnością zapoczątkował pożar, więc jestem zmuszony odpowiedzieć twierdząco. Ale największy nawet pożar nie może się równać z unicestwieniem planety.
— Gdyby sprawcy tego zaburzenia opanowali esencję życia całego świata, co wydaje się bardzo prawdopodobne — powiedziała Malandra Sarker — to mieliby do swej wyłącznej dyspozycji ogromne zaplecze przemysłowe Unimerona. Tak zaawansowana technologicznie rasa, skupiona na przygotowaniach do wojny, osiągnęłaby ogromną wydajność w produkcji uzbrojenia.
— A ja na to patrzę inaczej — rzekł Renato Vella. — Niechby nawet zbudowali wielką flotę wojenną, niechby wyprodukowali setki tysięcy głowic nuklearnych, może nawet z ładunkiem antymaterii, to i tak uważam, że energia potrzebna do doszczętnego zniszczenia planety wykracza poza ten poziom zaawansowania technologicznego. Oni nie byli dużo bardziej rozwinięci od nas.
— Przypomniał mi się „Alchemik” — zwróciła się Ione do osobowości habitatu. Wspomniała o tym z pewnymi skrupułami, bojąc się, że Lieria przechwyci jej myśl. — Jak to kiedyś powiedział kapitan Khanna? Czasem wystarczy jedno wspaniałe olśnienie. Początkowo Laymilowie mogli nie dysponować odpowiednimi środkami, ale co powiesz o mentalnym potencjale planetarnego umysłu, skoncentrowanego na projektowaniu broni?
— Nasuwają się niepokojące wnioski — przyznało Tranquillity. — Dlaczego jednak mieliby jej użyć przeciwko sobie?
— Dobre pytanie. Nawet jeśli wynaleźli broń, dlaczego mieliby jej użyć przeciwko sobie?
Naukowcy spojrzeli na nią, zbici z tropu. Oto dziecko jednym prostym, niewinnym pytaniem obala logikę dorosłych.
— Zakładaliśmy, że planeta została zniszczona — powiedział Renato Vella z uśmiechem. — A może ją po prostu przenieśli?
Kempster Getchell zachichotał.
— Ależ ty masz genialne pomysły, chłopcze.
— Pewnie trzeba by na to mniej energii niż na jej całkowite rozbicie.
— Celna uwaga.
— Wiemy przecież, że potrafili budować olbrzymie konstrukcje w przestrzeni kosmicznej.
— Tylko nie odbiegajmy od sedna sprawy — wtrącił szorstko Parker Higgens. — Wydaje nam się, że ta dysfunkcja rzeczywistości, czymkolwiek ona jest, odpowiada zarówno za zniknięcie planety Laymilów, jak i samobójstwo kosmicznych ostrowów. Teraz nasze główne zadanie polega na ustaleniu, jaka jest jej natura i czy ciągle istnieje.