Выбрать главу

— Chwilowo czekamy. Na razie wygląda to na zanieczyszczone obłoki pary, która unosi się nad wodą. Jeżeli sensory wykryją radioaktywność, będziemy musieli zweryfikować procedury lądowania. Póki to się nie stanie, postępujcie zgodnie z planem.

— Aye, aye, komandorze — prychnął Joshua, kiedy kanał się zamknął.

— Zanieczyszczone obłoki, dobre sobie — rzekł Melvyn ze wzgardą.

— Atak biologiczny — zasugerował Ashly, zafrasowany. — Nic przyjemnego. Zauważcie, że to typowe u Latona. Ale z pewnością nic przyjemnego.

— Ciekawe, czy to jego sławny wirus mutagenny? — zapytał Dahybi.

— Raczej nie, tamten miał mikroskopijne rozmiary. No i nie świecił w ciemności. Myślę, że to pyl radioaktywny.

— Tak, tylko dlaczego nie rozwiewa się na wietrze? — wyraziła wątpliwość Sara. — Nie mówiąc już o tym, skąd się wziął.

— Wszystkiego dowiemy się w swoim czasie — stwierdził Warlow ze zwykłym sobie pesymizmem. — Po co się martwić na zapas?

— Święta racja — zgodził się Joshua.

„Lady Makbet” zbliżała się do planety ze stałym przyspieszeniem 1 g. Zaledwie flotylla wynurzyła się po ostatnim skoku w układzie Lalonde, statki rozleciały się promieniście z przyspieszeniem 5 g, żeby nie stanowić w zwartej grupie łatwego celu dla nieprzyjaciela.

Teraz leciały w szyku o kształcie koła średnicy dwudziestu tysięcy kilometrów. Pośrodku znajdował się „Gemal” i statki transportowe.

Sześć czarnych jastrzębi hamowało już ku niższej orbicie Lalonde, aby dokonać wstępnej oceny zagrożenia. Cholerne popisy, pomyślał Joshua. „Lady Makbet” z łatwością dorównałaby ich manewrom przy przyspieszeniu 6 g, gdyby nie powierzono jej zadań eskortowych.

Terrance Smith postępował z wielką ostrożnością mimo programów taktycznych działających w trybie nadrzędności. Brak odzewu z Durringham był złą wróżbą, choć w sumie można się było tego spodziewać. Co jednak napawało dowódcę floty największym strachem, to nieobecność na orbicie jakichkolwiek statków. Zniknęły zarówno frachtowce, jak i transportowce kolonizacyjne. Międzyorbitalne jednostki z Kenyona poruszały się bezwładnie po równikowej orbicie parkingowej na wysokości pięciuset kilometrów; systemy pokładowe były wyłączone, a nawet latarnie nawigacyjne, co kłóciło się z surowymi zaleceniami Komisji Astronautycznej. Nie było też śladu po leciwym satelicie obserwacyjnym, wykorzystywanym przez biuro szeryfa generalnego. Działały jedynie satelity centrum kontroli ruchu lotniczego i geostacjonarne platformy telekomunikacyjne, których procesory wysyłały monotonne, regularne sygnały. Znając kod wywołania transpondera, mógłby sprawdzić, czy satelity obserwacyjne typu ELINT są sprawne.

Po wstępnej ocenie sytuacji Smith zarządził zejście na pułap tysiąca kilometrów. Flotylla ruszyła. Okręty wojenne rozrzucały wokół siebie małe satelity, które miały utworzyć na wysokiej orbicie rozległą sieć czujników wykrywania dystorsji grawitonicznych.

Każdy statek kosmiczny wynurzający się w promieniu pięciuset tysięcy kilometrów od Lalonde zostałby natychmiast namierzony.

Mknąc ku planecie, czarne jastrzębie wystrzeliły pięć wojskowych satelitów telekomunikacyjnych. Silniki jonowe pchnęły je na orbitę geostacjonarną i tak ustawiły, żeby mogły odbierać sygnały z całej powierzchni planety, ze szczególnym uwzględnieniem Amariska.

W odległości dwudziestu tysięcy kilometrów od Lalonde czarne jastrzębie podzieliły się na dwie grupy i skierowały na siedemsetkilometrowe orbity o różnych nachyleniach do ekliptyki. Każdy z nich wypuścił zespół piętnastu satelitów obserwacyjnych, kul wielkości piłki futbolowej, które opadały, hamując, na dwustukilometrową orbitę; mogły przeczesywać szczegółowo równoległe pasy lądu o szerokości tysiąca kilometrów. Same czarne jastrzębie, których potężne pęcherze sensoryczne współpracowały z elektronicznymi skanerami, wnosiły spory wkład w obserwację Durringham i dorzecza Juliffe.

Celem przedsięwzięcia było opracowanie dla oddziałów zwiadowczych drobiazgowej mapy terenu o rozdzielczości poniżej dziesięciu centymetrów.

— To się nie mieści w głowie — stwierdził Idzerda, dowódca czarnego jastrzębia „Cyanea”, w rozmowie z Terrance’em Smithem po otrzymaniu wyników pierwszych obserwacji. — Czerwona chmura jest zupełnie nieprzezroczysta, może z wyjątkiem brzegów, gdzie się przerzedza. Ale nawet w tych miejscach uzyskujemy bardzo zniekształcone obrazy tego, co jest pod spodem. Trudno tu w ogóle mówić o chmurach. To nie porusza się jak chmury. Zupełnie jakby w powietrzu zastygła błona z komórek elektroforescencyjnych. Analiza spektrograficzna nic nie daje przy tym świetle. W dodatku zauważyliśmy pewną osobliwość. Po porównaniu zdjęć ze starymi nagraniami kartograficznymi satelity obserwacyjnego okazało się, że chmury są najjaśniejsze nad miastami i wioskami. Durringham błyszczy tak, jakby pod spodem schowana była gwiazda. Nie sposób powiedzieć, co się dzieje na dole. Widzimy jedynie kilka wsi daleko na wschodzie, gdzie chmury już tak nie błyszczą. Z tymi wsiami jest coś nie tak.

— Coś nie tak? — zdziwił się Terrance Smith.

— Przecież to te najpóźniej założone, najbardziej prymitywne, prawda?

— Owszem.

— A jednak widać domy z kamienia, ogrody, budowle z kopułami, utwardzane drogi, nawet wiatraki, których nie ma na zdjęciach zrobionych miesiąc temu.

— To nie może być prawda.

— Właśnie. A zatem mamy do czynienia z hologramami lub iluzją ładowaną bezpośrednio do procesorów satelitów obserwacyjnych przez te przemyślne systemy zakłócania, o których pan mówił.

Chociaż trudno pojąć, jak można zakłócić pracę sensorów optycznych czarnego jastrzębia. Kto wytworzył tę chmurę, ten musi dysponować niewiarygodną techniką projekcyjną. Tylko co z tego ma?

Na co mu ta iluzja? Tego właśnie nie rozumiemy.

— A co z punktami dystrybucji energii? Pewnie potrzeba jej mnóstwo do wytworzenia tego rodzaju warstwy maskującej.

— Nie znaleźliśmy ani jednego. Po zaburzeniach pola magnetycznego powinniśmy rozpoznać każdy generator termonukleamy, i to bez względu na zakłócenia radioelektroniczne. — Udało się zlokalizować źródło zakłóceń?

— Przykro mi, ale jest bardzo rozproszone. Wiadomo tylko, że to jakiś system naziemny. Oddziałuje na satelity i na nas, kiedy przelatujemy nad Amariskiem.

— Czy te czerwone chmury są radioaktywne?

— Nie, o tym jesteśmy przekonani. Nie stwierdzono emisji promieniowania alfa, beta ani gamma.

— A jak tam zanieczyszczenia biologiczne?

— Brak danych. Nie próbowaliśmy jeszcze pobierać próbek.

— Zajmijcie się tym. Muszę wiedzieć, czy mogę bezpiecznie posłać na ziemię jednostki rozpoznawcze.

W czasie drugiego przelotu nad kontynentem „Cyanea” wystrzelił dwa próbniki atmosferyczne, będące zmodyfikowaną wersją modelu wykorzystywanego przy badaniach nowo odkrywanych planet: trzymetrowe roboty z trójkątnymi skrzydłami i cylindrycznym korpusem szczelnie wypełnionym aparaturą pomiarową i mechanizmami do pobierania próbek biologicznych.

Oba ustawiły się osłonami ciepłochronnymi do dołu, wykonując manewr hamowania atmosferycznego podczas spadania łukiem ku powierzchni planety. Kiedy zeszły do prędkości poddźwiękowej, u wierzchołków otworzyły się wloty czerpaków powietrza i zabuczały cicho silniczki kompresorów. Zgodnie z planem misji, zagłębiły się w skraj czerwonej chmury piętnaście kilometrów na południowy wschód od Durringham. Do nowo zbudowanej sieci satelitów telekomunikacyjnych popłynęły pierwsze zaszyfrowane informacje.

Powietrze było wyjątkowo czyste, wilgotność spadła o trzydzieści procent poniżej przeciętnej w tym rejonie. Terrance Smith odbierał nie obrobiony obraz przekazywany przez kamerę na czubku jednego z próbników, który — wydawałoby się — płynął nad powierzchnią czerwonego karła. Czerwonego karła z lazurową atmosferą. Chmura, czy może mgła, była zupełnie jednolita, jakby czoło fali elektromagnetycznej zatrzymało się i uzyskało masę, a potem ktoś wypolerował je do połysku rubinu. Nie było na czym skupić wzroku, żadnych punktów odniesienia, żadnych pyłków czy zaródników. Jasność absolutnie niezmienna. Optycznie nieprzenikliwa warstwa zawieszona dwa kilometry nad ziemią. Grubość nieznana.