— Nie teraz, cholera jasna! — wykrzyknął Terrance, piorunując Olivera wściekłym spojrzeniem. — Wymyśl pan coś konstruktywnego, a jak nie, to się zamknij! — Neuronowy nanosystem połączył go z procesorem komunikacyjnym, otwierając bezpośrednie kanały łączności z pozostałymi okrętami. — Uwaga, to ostrzeżenie o niebezpieczeństwie — przesłał datawizyjnie, choć wymawiając to bolesne zdanie, zastanawiał się, jak wielu z tych, którzy go słuchają, jest jeszcze pod jego rozkazami.
Na mostku „Lady Makbet” zapanowała grobowa cisza, gdy przebrzmiał wydobywający się z projektora AV głos Terrance’a Smitha.
— No, tak! — jęknął Joshua. — Tego nam tylko było trzeba.
— Zdaje się, że „Datura” i „Gramine” przygotowują się do skoku — powiedziała Sara. — Chowają czujniki i panele termozrzutu.
— Zmarszczyła brwi. — Przynajmniej większość z nich. I ciąg silników mają bardzo nierówny. Za cztery minuty oddalą się na pięć tysięcy kilometrów od planety i wyjdą poza obręb pola grawitacyjnego.
— Siły inwazyjne są zbyt potężne — stwierdził Joshua. — Z tym, co mamy, na pewno nie uratujemy Lalonde.
— Na to wychodzi — mruknął Dahybi, przygnębiony.
— No, dobrze. — W umyśle Joshui pojawiły się nagle dziesiątki wektorów lotu. Wyświetliły się współrzędne skoku do pobliskich zamieszkanych układów planetarnych.
Porzucasz Kelly w potrzebie, odezwał się jakiś głos w jego głowie.
Sama chciała.
Ale nie wiedziała, w co się pakuje.
Polecił komputerowi pokładowemu złożyć panele termozrzutu.
W pełnym rozłożeniu panele nie wytrzymałyby dużego przyspieszenia. A skoro miał uciec, chciał to zrobić szybko.
— Odlatujemy zaraz po powrocie Ashly’ego — oświadczył.
— A co z najemnikami? — spytał Warlow. — Polegają na nas, przecież mamy rozwalić namierzone bazy wroga.
— Wiedzieli, w co się pchają.
— Kelly jest z nimi.
Joshua zacisnął usta. Załoga patrzyła na niego z mieszaniną troski i współczucia.
— Myślę także o was — powiedział. — Nieprzyjaciel dobierze się do naszej skóry. W takiej sytuacji nie mogę od was wymagać, żebyście zostali. Jezu, zrobiliśmy, co tylko było w naszej mocy. Nie będzie już więcej majopi. A przecież to z powodu drewna tu jesteśmy, nie?
— Chociaż spróbujmy ich stamtąd wyciągnąć — rzekła Sara.
— Zróbmy jeszcze jedno okrążenie. Chyba nic nam się nie stanie w ciągu tych stu minut.
— Tak, tylko jak powiedzieć Ashly’emu, że ma tam jeszcze raz lądować? Nieprzyjaciel pewnie już czeka na jego powrót.
— Jeśli Ashly się nie zgodzi, ja siądę za sterami — zaofiarował się Melvyn.
— Ona jest moją przyjaciółką, a kosmolot należy do mnie — powiedział Joshua.
— Jeśli na orbicie zaczną się kłopoty, Joshua, będziemy cię potrzebować — rzekł Dahybi. Szczupły specjalista od węzłów był niezwyczajnie stanowczy. — Jesteś najlepszym kapitanem, jakiego znam.
— Hej, niepotrzebnie się rozklejacie — powiedział Warlow. — Wszyscy wiemy, że Ashly zgodzi się pilotować kosmolot.
— Racja — przyznał Joshua.
— Joshua! — krzyknął raptownie Melvyn.
Lecz i Calverta zaalarmował już neuronowy nanosystem, że satelity systemu ostrzegania przed zmianami grawitonicznymi wykryły dziewięć otwierających się gwałtownie szczelin w przestrzeni.
W odległości trzydziestu pięciu tysięcy kilometrów od Lalonde wynurzyła się dowodzona przez Mereditha Saldanę eskadra jastrzębi z 7. Floty Sił Powietrznych.
Technika walki radioelektronicznej, która uszkadza nie tylko procesory, ale i obwody zasilania? Do licha ciężkiego, z czym my tu walczymy?
Przez okienko kontrolne w klapie włazu na pokład pasażerski wpadła pojedyncza smuga zielonego światła. Pod spodem coś się ruszało.
— Erick, co tam się dzieje? — zapytał datawizyjnie Andre Duchamp.
W kanale łączności z procesorem zarządzającym siecią pokładu pojawiały się liczne zakłócenia. Nanosystem Ericka musiał przetwarzać sygnał od kapitana w programie rozpoznawczym, inaczej byłby niezrozumiały.
— Na całym statku mamy spadki mocy! — ostrzegła Madeleine.
Erick odepchnął się od drabinki i złapał za uchwyt włazu. Z najwyższą ostrożnością przybliżył twarz do piętnastocentymetrowego okienka, aż padł na niego snop światła. Sekundę później frunął już w powietrzu, młócąc szaleńczo rękami i nogami, krzycząc z trwogi. Wyrżnął plecami o sufit, odbił się i odruchowo przylgnął do drabinki.
Spojrzał w otchłań piekieł. Zaludniona była groteskowymi postaciami o odrażających kościstych twarzach, długich patykowatych rękach i wielkich sękatych dłoniach. Nosiły rzemienne uprzęże spięte złotymi kółkami. Przynajmniej tuzin wyłonił się już z luku śluzowego. Szczerzyły drobne, zaostrzone zęby.
Trzy typy nachylały się nad Bevem, rozrywając jego kombinezon pożółkłymi pazurami. Głowę miał odchyloną i usta rozdziawione w nieopisanym przerażeniu, gdy z rozciętego brzucha wypływały sznury półprzeźroczystej jasnoniebieskiej galarety. Śmiertelny strach wyzierał mu z oczu.
— Widziałeś to? — jęknął Erick.
— Niby co takiego? Merde — Cała sieć wariuje, są przerwy w ścieżkach danych. Zaraz stracę, nad nią kontrolę.
— Święty Boże, to ksenobionty! Cholerne, pieprzone ksenobionty!
— Erick, infant, dziecko drogie, uspokój się nareszcie.
— Oni go zabijają! Robią to z przyjemnością!
— Opamiętaj się! Jesteś oficerem na moim statku. Musisz się opanować. Melduj, co się stało!
— Jest ich dwunastu, może piętnastu. Humanoidzi. Dorwali Beva. Boże, kroją go na kawałki. — Erick uruchomił w trybie nadrzędności program uspokajający i od razu poczuł, że może równo oddychać. Jakkolwiek wydawało mu się czymś bezdusznym, a nawet okrutnym, że odgradza się od cierpień Beva sztuczną zaporą z cyfr binarnych. Musiał jednak nad sobą zapanować. Bev na pewno by go zrozumiał.
— Są dobrze uzbrojeni? — spytał Andre.
— Nie zauważyłem żadnej broni. Ale mają coś chyba w kosmolocie, bo widziałem światło…
Sześć sterowanych elektronicznie zasuw zabezpieczających klapę włazu odsunęło się jednocześnie z metalicznym szczęknięciem, które rozległo się wyraźnym echem na pokładzie.
— Boże… Andre, oni właśnie złamali kod ryglujący włazu. — Gapił się na luk przejściowy, czekając, kiedy odemkną się ręczne zasuwy.
— Przecież w tym module nie działa poprawnie żaden procesor!
— Wiem, ale jakoś złamali ten kod!
— Możesz wydostać się z pokładu?
Erick odwrócił się w stronę luku w suficie i przesłał datawizyjnie kod otwierający klapę. Zasuwy nawet nie drgnęły.
— Właz nie reaguje.
— A jednak oni potrafią go otworzyć.
— Moglibyśmy przepalić klapę — zasugerował Desmond Lafoe.
— Wszystkie włazy i poszycia pokładów mają wewnątrz warstwę węgla monolitycznego — odparł Erick. — Tego materiału nie ruszysz ostrzem rozszczepieniowym.
— Mogą użyć lasera.
— Wtedy dostaną się do innych modułów i na mostek — rzekł Andre. — Nie mogę na to pozwolić.
— Erick nie ma innego wyjścia.
— Nie zdobędą mojego statku.
— Andre… — zaczęła Madeleine.
— Non. Madeleine, Desmond, wsiadajcie do szalup ratunkowych. Ja zostanę. Przykro mi, Erick, ale chyba rozumiesz. To mój statek.