Выбрать главу

— Zechce pani zjeść dziś ze mną kolację?

I tak nie miał nic do roboty przed spotkaniem z Lalimem Kalafatem o jedenastej.

W oczach nie znających ich ludzi Malko i Nesrin uchodzić mogli za parę zakochanych. Nie wracali do incydentu na parkingu. Pod koniec tańca rozstali się z żalem. Malka wzywano do telefonu. Dzwonił Milton. Chris odzyskał przytomność.

— Proszę zostać w szpitalu — powiedział Malko. — Poradzimy sobie bez pana.

Dochodziła dziesiąta. Odłoży Nesrin na inny wieczór.

Regulując rachunek powiedział:

— Pójdę chyba odpocząć.

Turczynka wstała natychmiast.

— Ja też! Czy mogę zadzwonić z pana pokoju? — zapytała.

— Naturalnie!

Znalazłszy się w pokoju Malka, nie spojrzała nawet na telefon. Podeszła do okna i odwróciła się. Wpatrując się Malkowi w oczy rozpięła suknię, odsłaniając biustonosz i majteczki z czarnej koronki. Zsunęła je i podeszła; do Malka. Przylgnąwszy do niego, powiedziała ochrypłym głosem:

— Rżnij jak dziwkę!

Nie musiała powtarzać dwa razy. Malko z rozkoszą wykorzystał ten erotyczny przerywnik. Wziął ją brutalnie, nie troszcząc się o jej przyjemność. Sama tego chciała… Mimo tego poczuł, że pręży się i sięga szczytów równocześnie z nim.

Wstała uśmiechnięta, wciągnęła majtki, zapięła sukienkę. W ciemnych oczach lśniło rozbawienie. — Zastanawiasz się, dlaczego chciałam się z tobą kochać? — zapytała lekkim tonem.

— Trochę — przyznał.

Wygładziła zgniecioną na plecach sukienkę i powiedziała:

— Po pierwsze, podobasz mi się. Po drugie, lubię czuć zapach śmierci, to mnie podnieca. A po trzecie, ten łajdak Okman jest teraz na swoim jachcie z dwudziestoletnią cizią. Kazał mi zająć się tą sprawą, żeby mieć rozwiązane ręce. Sądził, że nie ośmielę się iść z tobą do łóżka. Cóż, ośmieliłam się. I zrobię to znowu. Ucałowała Malka i wybiegła. Gdy wyszedł spod prysznica, była za piętnaście jedenasta i Elko stukał do drzwi. Czas był najwyższy, aby iść na Bazar.

* * *

Nocą w alejkach Wielkiego Bazaru panował zdumiewający spokój, całkowite przeciwieństwo dziennego ożywienia. Handel kończył się około siódmej.

Spod drzwi atelier Kalafata sączyło się światło. Malko zapukał raz i drugi, wreszcie pchnął drzwi.

— Himmel Hen’ Gott!

Jego spojrzenie padło na Lalima Kalafata. Drobny Ormianin zdawał się pochylać nad warsztatem. Twarz miał wciśniętą do kuwety, ręce oparte po jej obu stronach. Nogami ledwie sięgał podłogi…

Malka dławiła wściekłość. Telefon wykonany rano przez Turana Ukanera miał tragiczne następstwa. Ciało Ormianina było jeszcze ciepłe. Morderstwa dokonano przed paroma minutami. Skrzypnięcie drzwi wyrwało Malka z zamyślenia. Obaj z Elkiem odwrócili się jednocześnie. W drzwiach stał kaprawy, nakryty pledem człowiek.

Elko zadał mu kilka pytań. Po krótkiej rozmowie zwrócił się do Malka:

— Widział, jak Kalafat wraca. Ktoś za nim szedł. Niski grubas w niebieskim mundurze.

To mógł być tylko Turan Ukaner. Musiał zobaczyć Kalafata w Haydarpasa. Malko przypomniał sobie rozmowę z celnikiem. Znał dość szczegółów, by ustalić jego adres. Mieszkał w Haremie, na wprost meczetu, w budynku partii Milliyetci Calisma.

— Spróbujemy go schwytać — powiedział do Elka — zanim wróci do siebie.

Ruszyli biegiem do samochodu przez wypełnione kocim miauczeniem uliczki.

* * *

W drodze Malko usiłował zrekonstruować wydarzenia. Kalafat zapewne krążył po dokach, by zebrać informacje, i natrafił na człowieka opłacanego przez Ukanera. Powiadomiony o sprawie celnik poszedł za nim i zabił go. Oznaczało to, że hipoteza Malka była słuszna — „Gur Mariner” dokonał potajemnie rozładunku. Z nieznanych przyczyn towar musiał znajdować się nadal w dokach, w przeciwnym bowiem razie Ukaner nie posunąłby się do morderstwa.

Dojechali wreszcie do Haremu, na północ od Haydarpasa. Elko zapytał spóźnionego przechodnia o drogę i znaleźli się w uliczce zabudowanej zarówno starymi domami, jak ohydnymi, skleconymi byle jak nowoczesnymi wieżowcami.

Po chwili dostrzegli meczet ze skromnym białym minaretem. Dokładnie na wprost wznosił się pięciopiętrowy budynek. Na balkonie rozpięta była czerwona flaga z napisem „Milliyetci Calisma Partisi”.

— To tu — powiedział Elko.

— Czekamy — zdecydował Malko. — Pan w korytarzu, ja w samochodzie. Kiedy go zobaczę, błysnę reflektorami.

Malko czekał niespełna pięć minut, gdy przed domem Ukanera zatrzymała się żółta taksówka. Zobaczył, jak celnik wysiada z niej i szybkim krokiem wchodzi w bramę. Ledwie zdążył mignąć światłami i wyskoczyć z wozu.

Na korytarzu, wśród odgłosów zbliżonych do bulgotania w rurach, szamotała się bezkształtna masa. Dość szybko zapadła cisza i Malko zapalił światło. Ukaner leżał z wytrzeszczonymi oczyma, wcisnąwszy palce pomiędzy garottę Elka i własne gardło. Odrobina powietrza, jaką mógł uchwycić, ledwie starczała, by przeżył. Pochylony nad nim Elko spojrzał pytająco na Malka.

— Proszę go tylko nie zabić. Musi powiedzieć nam, co wie.

Zbliżył się do Ukanera, którego spojrzenie zamgliło się i zapytał:

— Dlaczego zabił pan Kalafata?

Celnik wyraźnie nie dojrzał jeszcze do rozmowy. Wydał wściekły pomruk i zdołał nawet lekko kopnąć Malka. Elko natychmiast zacisnął mocniej garottę, przywołując celnika do porządku. Nie można było prowadzić przesłuchania na miejscu. Oddanie go w ręce policji niczego by nie dało. Pozostawał MIT, ale ten z kolei nie utrzymywał kontroli nad całością sprawy.

— Może zabierzemy go na Bazar do sklepiku, tam, mielibyśmy spokój, a on nie mógłby się wyłgać. To był dobry pomysł. Malko chciał jeszcze coś sprawdzić. Ujął rękę celnika i przyjrzał się jej dokładnie. Nawet przy słabym świetle dostrzegł brunatne plamy mastyksu, który znajdował się w pracowni Ormianina. Ukaner niewątpliwie był jego zabójcą.

— Zdoła pan wcisnąć go do samochodu? — zapytał Elka.

Nawet nie odpowiedział. Nachylił się nad celnikiem i szepnął mu coś do ucha. Ukaner podniósł się natychmiast. Elko wyższy był od niego co najmniej o dziesięć centymetrów. Popychał go przed sobą, trzymając końce garotty ciągle zaciśnięte. Pozostawił więźniowi tylko tyle powietrza, by nie zemdlał. Na szczęście ulica była pusta. Pchnął celnika na podłogę samochodu i usiadł mu na plecach. Ta podróż musiała się Ukanerowi dłużyć…

* * *

Koty biły się nadal, gdy zaparkowali przed bramą Beyazit. To była najryzykowniejsza część planu. Przemykając się pod ścianami Wielkiego Bazaru i zamkniętych sklepików dotarli do dróżki wiodącej do butiku ze srebrem, nie natrafiwszy na nikogo. Celnik drżał, wdrapując się po schodach.

Zastali wszystko tak, jak przed chwilą. Malko pchnął drzwi i zapalił światło. Dławił go zapach wosku. Elko usadowił więźnia na taborecie i gwałtownie zacisnął garottę. Celnik wydał parę nieciekawych odgłosów i bezładnie opadł na ścianę.

— Idioto! — uniósł się Malko. — Zabił go pan!

— Nie, nie! — zaprzeczył Turek.

Naszykowanym sznurem skrępował więźnia jak baleron i zdjął mu garottę z szyi. Ukaner chwycił haust powietrza, obrzucił pełnym nienawiści spojrzeniem obu mężczyzn i warknął między zębami: