Выбрать главу

Wspomnienie to niebawem uleciało. Pomyślał o zakładnikach uwięzionych na górze. Wyobraził sobie ich obu siedzących na pryczy, z twarzami zwróconymi ku niemu. Próbował odmalować obraz strzelaniny, krwi, ran. Już widział ich rozciągniętych na podłodze i sztywniejących.

Wtedy uzmysłowił sobie, że w rzeczywistości dotąd nigdy nikogo nie zabił, chociaż obecny był przy kilku morderstwach; po raz pierwszy podczas wojny gangów, kiedy dwóch przeciwników osaczono w alejce: drugi raz w więzieniu, po posiłku, kiedy fala skazańców wypływała na plac do ćwiczeń i w raptownym zamieszaniu, które towarzyszy zawsze przemieszczaniu się dużych mas ludzkich, zaszlachtowano jednego informatora; po raz trzeci, kiedy towarzyszył Olivii przy wykonaniu wyroku w Kalifornii. Przypomniał sobie twarz tego człowieka, w momencie gdy zrozumiał, co go czeka – ową mieszaninę paniki i wściekłości. Walczył. Wiedział, że nie ma żadnych szans, ale walczył, co jej ułatwiło całą sprawę. Miał nadzieję, że sędzia i chłopak też będą walczyć. W ten sposób zabije ich w walce i również dla niego będzie to łatwiejsze do przełknięcia.

Zaklął cicho i spuścił nogi na podłogę.

W słabym świetle brzasku dostrzegł paczkę papierosów na starym, rozklekotanym stoliku. Kichnął sięgając po nie. Do diabła z tą zimną ruderą. Niech ją piekło pochłonie. Nie chcę jej już nigdy więcej widzieć.

Próbował wyobrazić sobie ciepłe strony. Dodawał sobie otuchy, myśląc: Dzisiaj za parę godzin będę leciał na południe z kieszeniami pełnymi pieniędzy. Spojrzał na swój worek podróżny, zapakowany i gotowy do drogi.

Wstał, włożył spodnie i buty. Przez głowę wciągnął złachmaniony szary dres z kapturem.

Z pokoju Billa Lewisa dochodził przytłumiony odgłos chrapania. Ramon zrobił parę ruchów gimnastycznych. Potem podszedł do łóżka i wyciągnął pistolet. Wsunął go za pasek. Od jutra, pomyślał, wszystko będzie inaczej. Wyobraził sobie, jak cieplutko mu będzie w łóżku obok Olivii.

Poczuł przypływ entuzjazmu. Razem dokonamy niezwykłych rzeczy. A Lewis? On nic nie rozumie. Przez chwilę zrobiło mu się go żal. Szybko jednak odsunął tę myśl i poczuł nieokreśloną, zabarwioną zazdrością, złość.

Wyszedł na korytarz, spojrzał w stronę zamkniętych drzwi, prowadzących na strych. Mógłbym zrobić to teraz, kiedy Lewis śpi. Załatwię go przez zaskoczenie; ich zresztą też. A kiedy to już się stanie, nic nie będzie można poradzić. Nagle zorientował się, że w ręku trzyma pistolet, choć nie mógł przypomnieć sobie, by wyjmował go zza paska. Zobaczył, że jest odbezpieczony, chociaż także nie pamiętał, kiedy to zrobił. Jak będą spali, będzie mi łatwiej. Zrobił krok w tamtym kierunku, lecz poczuł, że jego determinacja słabnie. Najpierw kubek kawy, postanowił. Żeby mieć pewniejszą rękę. Ponownie wsunął broń za pasek.

Po skrzypiących schodach zszedł na dół, do kuchni. W domu było cicho i strasznie zimno; nienawidził, gdy ziąb przenikał wszystko dookoła. Sprawiało, to, że poranki były tak beznadziejne, ciche i okropne. Na południu, kiedy się budzisz, wita cię przyjazny hałas i ciepło, zwiastujące przyjemny dzień. Wzdrygnął się wchodząc do kuchni. Odkręcił maksymalnie kurek z gorącą wodą i rozejrzał się za kubkiem, najmniej ze wszystkich brudnym. Po kilku sekundach znalazł jeden, który był do przyjęcia, wsypał dwie łyżeczki rozpuszczalnej kawy i napełnił go parującą wodą. Łyknął. Skrzywił się, rozejrzał dookoła i oparł się o zlew, czując jak ciepło kubka przepływa do jego dłoni i rozgrzewa mu duszę.

Kiedy usłyszał głuchy odgłos, dochodzący od frontu domu, poczuł się niewyraźnie. Co to było? Przecież nie powinno być żadnych hałasów. Nie tutaj. I nie teraz.

W jednej chwili poraził go strach.

Odstawił kubek lekko trzęsącą się ręką.

Wytężył słuch, czekając na ponowny hałas, nie usłyszał jednak niczego.

Coś jednak było. Ee, chyba nic takiego. To ten dom, skrzypiący ze starości. A może policja zajmuje dogodne pozycje. Poczuł raptowny skurcz w żołądku, kiedy próbował przekonywać samego siebie, że coś usłyszał, nie, że niczego nie usłyszał. Spojrzał w dół i skonstatował, że rewolwer sam wskoczył mu w dłoń. Przez chwilę pomyślał, żeby pobiec na górę i zawołać Olivię. Uznał jednak – jestem silniejszy niż takie coś. Do czego jej potrzebuję? Żeby przekonać się, że jakieś stuknięcie jest tylko wytworem mojej wyobraźni? Zrobiło mu się głupio, że tak łatwo stracił zimną krew. Wymówki, jakie sobie robił, wciąż mieszały się jednak ze strachem.

Ostrożnie, lecz dość szybko podszedł do drzwi frontowych. Spojrzał przez szybę w drzwiach, nie dostrzegł jednak niczego poza podwórkiem iskrzącym się od porannego szronu.

Z pewnością nic się nie dzieje, po prostu źle spałeś, przekonywał sam siebie.

Zbliża się finał, ponoszą cię nerwy i reagujesz na byle co.

Wzdrygnął się. To nic nie jest, tłumaczył sobie. Może to wiatr. Widział jednak, że drzewa, nagie i ciche, stoją nieruchomo na tle pochmurnego nieba.

Chociaż nie chciało mu się opuszczać starego domu, wiedział, że musi się upewnić. Powoli przekręcił gałkę i otworzył drzwi. Wionął na niego lodowaty podmuch. Znowu się zawahał, wcale nie mając ochoty wychodzić na zewnątrz.

Jednak wyszedł.

Drżąc z zimna, a może i z innego powodu, Ramon stanął na ganku. Z pistoletem w ręku, zwracając głowę w prawo, potem w lewo, ogarnął wzrokiem podwórko.

Lauren, wpatrzona w tył budynku, zapytała:

– Myślisz, że z nimi wszystko w porządku? – Panujący wokół spokój zaczynał naruszać jej poczucie pewności siebie. W ciągu ostatnich kilku minut kilkanaście razy musiała odganiać różne koszmarne fantazje. Karen objęła ją ramieniem, przytulając mocno.

– Oczywiście – odrzekła łagodnie. – A dlaczegóż by nie?

– Niczego nie było słychać.

– To znaczy, że wszystko idzie jak trzeba.

– Jednak wolałabym coś usłyszeć.

– Boisz się?

– Pewnie. A ty nie?

– Tylko trochę. Też mnie zaczyna ponosić.

– Myślisz, że Tommy i sędzia…

– Och, nic im nie jest, jestem pewna. Prawdopodobnie śpią. Wiesz, jaki Tommy jest. Jeśli tylko trochę się zmęczy, nie obudzi go nawet strzał armatni.

– Tak bym chciała, żeby była tu mama.

– Ja też.

– Oni wiedzieliby, co robić.

– Jasne.

– Przysuń się, zimno mi.

– To wcale nie zimno – odparła Karen, praktyczna, jak zawsze. Przysunęła się jednak. Popatrzyła na swoją broń. – Gdy widać tę czerwoną kropkę, to znaczy, że jest odbezpieczony czy zabezpieczony?

– Odbezpieczony.

– Aha, rzeczywiście. – Z kliknięciem zabezpieczyła strzelbę.

– Czemu to robisz? – zdziwiła się Lauren.

– Tata powiedział…

– Powiedział, żebyśmy zachowywały się ostrożnie, a nie głupio.

– Co chcesz przez to powiedzieć? – starsza siostra najeżyła się.

– Nie wydaje mi się, bym była w stanie pamiętać o tym głupim odbezpieczaniu w razie potrzeby. Myślę, że powinnyśmy być gotowe, w razie gdyby trzeba było biec im z pomocą.

– Mówili, żeby się stąd nie ruszać.

– Taak, a co ty o tym myślisz?