Выбрать главу

Kiedy znów zaburczało mi w brzuchu, stwierdziłem, że musi już być wieczór, ale zegarek wskazywał kilka minut przed czwartą po południu.

Dwadzieścia minut później zjawił się Człowiek Chutsky’ego z Bethesda. Tak naprawdę nie wiedziałem, czego się spodziewać. Na pewno nie tego, co zobaczyłem. Przybysz miał jakieś metr sześćdziesiąt pięć wzrostu, był łysy, brzuchaty, w grubych okularach w złotych oprawkach, i przyprowadził ze sobą dwóch lekarzy, którzy operowali Deborę. Podążali za nim jak pazie za królową balu i jeden przez drugiego wskazywali mu wszystko, co mogłoby sprawić mu przyjemność. Kiedy Człowiek wszedł, Chutsky zerwał się na nogi.

— Doktor Teidel!

Teidel skinął Chutsky’emu głową.

— Wynocha — rzucił i ruchem głowy wskazał również na mnie.

Chutsky przytaknął i złapał mnie za rękę. Kiedy wyciągał mnie z pokoju, Teidel i jego dwaj przyboczni już odkrywali Deborę, by ją zbadać.

— Ten facet jest najlepszy — powiedział Chutsky i choć nie sprecyzował, w czym jest on najlepszy, zakładałem, że ma to związek z medycyną.

— Co zrobi? — spytałem, a Chutsky wzruszył ramionami.

— Wszystko, co konieczne. Chodź, zjedzmy coś. Lepiej tego nie oglądać.

Nie zabrzmiało to budująco, ale Chutsky’emu wyraźnie było lżej ze świadomością, że Teidel wziął sprawy w swoje ręce, poszedłem więc z nim do małej, zatłoczonej kafejki na najniższym poziomie podziemnego parkingu. Ściśnięci przy stoliku w kącie jedliśmy nijakie kanapki i, choć nawet nie przyszło mi do głowy, by o to spytać, Chutsky zaczął opowiadać o lekarzu z Bethesda.

— Gość jest niesamowity — zapewnił. — Dziesięć lat temu poskładał mnie do kupy. Było ze mną dużo gorzej niż z Deborą, wierz mi, a on mnie załatał i przywrócił do stanu pełnej używalności.

— Co również jest istotne — stwierdziłem, a Chutsky skinął głową tak, jakby mnie słuchał.

— Słowo daję — przekonywał — nie ma lepszego od Teidela. Widziałeś, jak inni lekarze go traktowali?

— Jakby chcieli umyć mu nogi i obrać dla niego winogrona — zauważyłem.

Chutsky odpowiedział uprzejmym „he” i równie zdawkowym uśmiechem.

— Teraz już na pewno będzie dobrze — stwierdził. — Zobaczysz.

Ale czy próbował przekonać mnie, czy samego siebie, nie wiedziałem.

13

Kiedy wróciliśmy po posiłku, doktor Teidel był w pokoju dla personelu. Siedział przy stole i sączył kawę, co wydawało się dziwne i niestosowne, jak pies grający w karty. Jeśli Teidel był wysłannikiem niebios, jak mógł robić to samo, co zwykli ludzie? A kiedy weszliśmy i podniósł głowę, jego oczy były ludzkie, zmęczone i bynajmniej nie płonęły blaskiem bożego natchnienia, zaś pierwsze słowa, które wypowiedział, też nie napełniły mnie czcią.

— Jest za wcześnie, żeby mieć pewność — rzucił do Chutsky’ego i byłem mu wdzięczny za tę drobną wariację na temat standardowej lekarskiej mantry. — Prawdziwy punkt krytyczny jeszcze przed nami, wtedy wszystko może się zmienić. — Siorbnął kawę z kubka. — Jest młoda, silna. Mają tu świetnych lekarzy. Jesteście w dobrych rękach. Ale wszystko się jeszcze może zdarzyć.

— Czy może pan coś zrobić? — spytał Chutsky wielce niepewnym, pokornym tonem, jakby prosił Boga o nowy rower.

— To znaczy jakąś magiczną operację albo nowatorski, fantastyczny zabieg? — odrzekł Teidel. Napił się kawy. — Nie. Nic a nic. Trzeba czekać i tyle. — Zerknął na zegarek i wstał. — Spieszę się na samolot.

Chutsky wyskoczył naprzód i uścisnął dłoń Teidela.

— Dziękuję, panie doktorze. Jestem naprawdę wdzięczny. Dzięki.

Teidel wyrwał rękę z uścisku Chutsky’ego.

— Proszę bardzo — powiedział i ruszył do drzwi.

Chutsky i ja odprowadziliśmy go wzrokiem.

— No, to mi ulżyło — westchnął Chutsky. — Sam fakt, że tu był, to wielka rzecz. — Zerknął na mnie, jakbym z niego zadrwił, i dodał: — Poważnie. Wyjdzie z tego.

Szkoda, że nie byłem tego tak pewny jak on. Nie wiedziałem, czy Debora z tego wyjdzie. Szczerze chciałem w to wierzyć, ale nie mam takiej wprawy w oszukiwaniu samego siebie jak większość ludzi i nieraz już się przekonałem, że jeśli może być gorzej niż jest, to będzie.

Jednakże mówiąc coś podobnego na OIOM — ie, raczej nie zaskarbiłbym sobie sympatii, wymamrotałem więc coś stosownego i wróciliśmy dyżurować przy łóżku Debory. Wilkins wciąż czuwał przy drzwiach, stan mojej siostry najwyraźniej się nie zmienił i bez względu na to, jak długo tam siedzieliśmy i jak uważnie jej się przypatrywaliśmy, nie działo się nic oprócz szumu, trzaskania i pikania aparatury.

Chutsky patrzył na nią tak, jakby siłą woli chciał zmusić ją, by wstała i przemówiła. Nic z tego. Po pewnym czasie zwrócił wzrok na mnie.

— Złapali tego faceta, który to zrobił, prawda? — spytał.

— Siedzi w areszcie — zapewniłem.

Chutsky skinął głową i przez chwilę miał minę, jakby chciał powiedzieć coś jeszcze. W końcu spojrzał w okno, westchnął i znów wbił wzrok w Deborę.

Dexter znany jest wszem wobec ze swojego błyskotliwego, przenikliwego intelektu, ale dopiero przed północą wpadłem na to, że nie ma sensu siedzieć i gapić się na nieruchomą postać Debory. Jakoś nie zerwała się na równe nogi pod wpływem skupionego, godnego hipnotyzera spojrzenia Chutsky’ego, i jeśli wierzyć lekarzom, nie zanosiło się na to, by w najbliższym czasie miała zrobić to czy cokolwiek innego; a w takim razie rozsądek nakazywał, by zamiast tu tkwić, powoli zapadać się w podłogę i przeobrażać się w garbusa o przekrwionych oczach, lepiej dowlec się do łóżka i przespać choć kilka marnych godzin.

Chutsky nie miał nic przeciwko temu; machnął tylko ręką i mruknął coś o pilnowaniu interesu. Wytoczyłem się więc z OIOM — u w ciepłą, wilgotną noc w Miami. Była to miła odmiana po mechanicznym chłodzie szpitala i zatrzymałem się, by powdychać zapach roślinności i spalin. Na niebie unosił się wielki kawał złowrogiego, żółtego księżyca, i choć chichotał pod nosem, właściwie nie czułem jego przyciągania. W ogóle nie mogłem skupić myśli na radośnie komponującym się z nim blasku mieniącego się ostrza i szalonym tańcu mrocznej rozkoszy, za którym powinienem tęsknić. Nie teraz, kiedy Debora leżała nieruchomo w szpitalu. Nie sądziłem oczywiście, że byłoby to niestosowne — po prostu tego nie czułem. Nie czułem nic prócz zmęczenia, otępienia i pustki.

Cóż, na otępienie i pustkę nic nie mogłem poradzić, Debory też nie mogłem wyleczyć, ale przynajmniej ze zmęczeniem dało się coś zrobić.

Pojechałem do domu.

Obudziłem się wcześnie, z nieprzyjemnym smakiem w ustach. Rita była już w kuchni i postawiła przede mną kawę, zanim zdążyłem usadowić się na krześle.

— Co z nią? — spytała.

— Za wcześnie, żeby wyrokować — odparłem. Skinęła głową.

— Zawsze tak mówią — stwierdziła.

Wziąłem wielki łyk kawy i znów wstałem.

— Lepiej sprawdzę, co u niej — powiedziałem. Porwałem mój telefon komórkowy ze stolika przy drzwiach wejściowych i zadzwoniłem do Chutsky’ego.

— Bez zmian — poinformował głosem ochrypłym ze zmęczenia. — Zadzwonię, jeśli coś się wydarzy.