Выбрать главу

– Ma słabą głowę – rzucił jeden z nich do tańczącej w pobliżu dziewczyny. – Co z takimi robić?

Dziewczyna wzruszyła ramionami i uśmiechnęła się, nie przerywając tańca. Gdy wyprowadzali Molnara z klubu, nikt nie zwrócił na nich uwagi.

Spalko czekał w długim, smukłym BMW. Mężczyźni wrzucili nieprzytomnego Molnara do bagażnika i wskoczyli do samochodu, jeden za kierownicę, drugi na przednie siedzenie.

Noc była jasna i pogodna. Nad horyzontem wisiał księżyc w pełni. Spalko pomyślał, że jednym pstryknięciem palca mógłby potoczyć go po czarnym nieboskłonie jak szklaną kulkę.

– Jak poszło? – spytał.

– Jak po maśle – odparł kierowca i zapalił silnik.

Bourne uciekł z Tyson Corner jak najszybciej. Chociaż uważał, że jest tam dość bezpiecznie, bezpieczeństwo było teraz bardzo względnym pojęciem. Pojechał do Wal- Martu przy New York Avenue. Wal- Mart to serce miasta, miejsce na tyle ruchliwe, że mógł tam zachować pewną anonimowość.

Samochód zostawił na parkingu między Dwunastą i Trzynastą ulicą. Zaczynało się chmurzyć, niebo na południowym horyzoncie złowieszczo pociemniało. Wszedł do środka, wybrał kilka ubrań, przybory toaletowe, ładowarkę do komórki i kilka innych drobiazgów. Potem poszukał plecaka, który by to wszystko pomieścił. Czekał w kolejce, przesuwając się noga za nogą do przodu i czuł, że jest coraz bardziej spięty. Zdawało się. że na nikogo nie patrzy, tymczasem nieustannie zerkał wokoło, czy ktoś nie zwraca na niego nadmiernej uwagi.

Myślał o zbyt wielu rzeczach naraz. Był uciekinierem i firma wyznaczyła nagrodę za jego głowę. Polował na niego dziwny młody człowiek o wielu niezwykłych talentach, jeden z najwytrawniejszych i najlepiej wyszkolonych zabójców świata. Stracił dwóch najlepszych przyjaciół i wyglądało na to, że jeden z nich był zamieszany w coś zdecydowanie niebezpiecznego i wykraczającego poza normalną pracę naukowo- badawczą.

Myśli te tak pochłonęły Bourne'a, że nie zauważył podążającego za nim ochroniarza, którego wczesnym rankiem agent CIA poinformował, że ścigają uciekiniera. Dał mu też zdjęcie – to samo, które poprzedniego wieczoru pokazywano w telewizji – i prosił o zachowanie wzmożonej czujności. Wyjaśnił, że jego wizyta jest częścią zakrojonych na szeroką skalę poszukiwań, że inni agenci odwiedzają wszystkie większe sklepy, kina i teatry, zawiadamiając ochronę, że ścigany Jason Bourne powinien być ich celem numer jeden. Dumny i nieco przerażony ochroniarz wszedł do swojej pakamery, podniósł słuchawkę i wybrał otrzymany od agenta numer.

Gdy odkładał słuchawkę, Bourne był już w toalecie. Elektryczną maszynką ściął włosy niemal do samej skóry. Potem włożył dżinsy, kowbojską koszulę w biało- czerwoną kratę z perłowymi guzikami i sportowe buty do biegania. Stanąwszy przed lustrem wiszącym nad rzędem umywalek, wyjął kilka słoiczków, które kupił w dziale kosmetycznym, i obficie wysmarował sobie twarz ich zawartością, przyciemniając cerę. Potem pogrubił sobie brwi, nadając im wydatniejszy kształt, i soczewkami kontaktowymi od Derona zmienił kolor oczu z szarego na ciemnobrązowy. Od czasu do czasu musiał przerywać, bo ktoś wchodził do toalety, ale przez większość czasu był sam.

Skończywszy, spojrzał w lustro. Nie do końca zadowolony z nowego wyglądu, przykleił sobie pieprzyk na samym czubku kości policzkowej. Teraz przemiana była kompletna. Włożył plecak, wrócił do sklepu i ruszył w stronę przeszklonego wyjścia.

Martin Lindros był wciąż w Alexandrii, w zakładzie krawieckim Leonarda Fine'a. Właśnie próbował dojść do siebie po nieudanej akcji swoich podwładnych, gdy zadzwonił do niego szef ochrony Wal- Martu przy New York Avenue. Tego ranka Lindros postanowił, że on i detektyw Harry Harris rozdzielą się i że każdy z nich obstawi teren swoimi ludźmi. Wiedział, że Harris jest o kilka kilometrów bliżej niż on, bo ledwie dziesięć minut wcześniej z nim rozmawiał. No i miał teraz dylemat. Wiedział, że szef obedrze go żywcem ze skóry za klapę u Fine'a. Gdyby się jeszcze dowiedział, że on, Lindros, dał się wyprzedzić detektywowi policji stanowej, która pierwsza przyjechała na miejsce, gdzie po raz ostatni widziano Jasona Bourne'a, natychmiast urwałby mu łeb. Fatalnie, pomyślał, dodając gazu. Fatalnie.

Ale najważniejsze to dorwać Bourne'a. I nagle podjął decyzję. Do diabła z zazdrością i międzywydziałowymi tajemnicami. Wyjął telefon, zadzwonił do Harrisa i podał mu adres Wal- Martu.

– Słuchaj uważnie, Harry, macie tam podejść po cichu, na paluszkach. Masz zabezpieczyć teren i dopilnować, żeby Webb nie uciekł, nic więcej. Pod żadnym pozorem nie pokazujcie mu się ani nie próbujcie go zatrzymać. Jasne? Za dziesięć minut będę.

Nie jestem taki głupi, na jakiego wyglądam, pomyślał Harry Harris, podając adres sklepu dowódcom trzech podlegających mu jednostek patrolowych. A już na pewno nie taki głupi, za jakiego ma mnie Lindros. Miał więcej niż spore doświadczenie z federalnymi i wcale mu się nie podobali. Uważali się za kogoś lepszego, jakby pozostałe siły policyjne nie miały pojęcia, o co w tym wszystkim chodzi, jakby działały po omacku. Lindros nie chciał wysłuchać jego teorii przedtem, dlaczego więc miałby zawracać sobie głowę i dzielić się nimi teraz? Miał go za tępego muła, za wołu roboczego, kogoś tak niezmiernie wdzięcznego za to, że został wybrany do współpracy z CIA, że powinien bez szemrania wykonywać wszystkie rozkazy. Teraz było już jasne, że Lindros chciał wyłączyć go z gry. Bourne'a widziano w Alexandrii, a on celowo mu o tym nie powiedział i gdyby nie przypadek… Skręcając na parking przed Wal- Martem, postanowił, że weźmie sprawy w swoje ręce, dopóki ma jeszcze okazję. Podjąwszy decyzję, chwycił nadajnik i zaczął wydawać rozkazy.

Bourne właśnie dochodził do drzwi, gdy na ulicę wpadły trzy policyjne radiowozy z wyjącymi syrenami. Cofnął się i skulił w cieniu. Nie było wątpliwości, że jadą prosto do Wal- Martu. Namierzyli go, ale jakim cudem? Nie miał czasu się nad tym zastanawiać. Musiał opracować plan ucieczki.

Radiowozy zatrzymały się z piskiem opon, blokując ruch, i natychmiast buchnął krzyk zirytowanych kierowców. Dlaczego policja stanowa przeprowadza akcję poza obszarem swojej jurysdykcji? Bourne'owi przychodził do głowy tylko jeden powód: stanówka współpracuje z CIA. Gdyby dowiedzieli się o tym ci z policji stołecznej, wpadliby w furię.

Wyjął z kieszeni telefon Aleksa i wybrał numer alarmowy.

– Detektyw Morran z wirgińskiej policji stanowej – powiedział. – Połączcie mnie z dowódcą okręgu stołecznego.

– Dowódca trzeciego okręgu stołecznego Burton Philips, słucham – odrzekł hardy głos.

– Philips? Mieliście trzymać się od nas z daleka, tak? Przed Wal- Martem na New York Avenue widzę wasze radiowozy i zaraz szlag mnie trafi, bo…

– Jesteś w centrum naszego okręgu, Morran. Co wy tam, do diabła, robicie? Jakim prawem włazicie na moje podwórko?

– Nie twoja sprawa – warknął Bourne. – Weź ich za dupę i niech stąd zjeżdżają.

– Morran, nie wiem, coś ty za kutas, ale nie ze mną te numery. Przysięgam, będę tam za trzy minuty i osobiście wyrwę ci jaja!

Na ulicy zaroiło się od policjantów. Zamiast cofnąć się w głąb sklepu, Bourne usztywnił lewą nogę w kolanie i spokojnie pokuśtykał przed siebie wraz z innymi klientami. Do sklepu wpadło kilku mundurowych pod dowództwem wysokiego detektywa o podkrążonych oczach i pochylonych ramionach; biegnąc, przyglądali się twarzom wychodzących. Kilkunastu policjantów rozstawiło się na parkingu. Kilkunastu innych zabezpieczało New York Avenue między Dwunastą i Trzynastą ulicą. Pozostali pilnowali, żeby wjeżdżający na parking klienci nie wysiadali z samochodów, i z walkie- talkie w ręku kierowali ruchem.

Zamiast pójść do samochodu, Bourne skręcił w prawo, za róg, i znalazł się na zapleczu. Kilkadziesiąt metrów dalej, na rampach dostawczych, rozładowywano trzy czy cztery wielkie ciężarówki. Po przekątnej leżał Franklin Park. Bourne ruszył w tamtym kierunku.