Выбрать главу

Ze spoconą twarzą, szeroko otwartymi oczami powiódł wokół stołu.

– I z jakim rezultatem? Obaj zginęli zastrzeleni jak psy przez agenta, nad którym próbowali zapanować. Tymczasem prawda jest oczywista: nad Bourne'em nie da się zapanować. Jest jak śmiertelnie niebezpieczna jadowita żmija. – Grzmotnął pięścią w stół. – Nie pozwolę, żeby te odrażające, popełnione z zimną krwią zbrodnie uszły mu na sucho. Niniejszym nakładam na niego najwyższe sankcje. Nasi agenci, ci w kraju i na całym świecie, mają go natychmiast zlikwidować.

Przeszedł go zimny dreszcz. Zadrżał. Spojrzał w górę i oświetlił zakratowany otwór szybu wentylacyjnego pod sufitem. Stanął w przejściu, wszedł na stertę skrzyń po prawej stronie i powoli się tam doczołgał. Otworzył nóż i grzbietem ostrza odkręcił śruby. Do chłodni wpadło łagodne, rozmyte światło: wstawał świt. Otwór był na tyle duży, że powinien się nim przecisnąć. Taką przynajmniej miał nadzieję.

Skurczył się, skulił i włożył głowę do otworu. Głowa, ramiona – przez kilkadziesiąt centymetrów wszystko szło dobrze, lecz nagle przestało. Spróbował się poruszyć, ale nie mógł. Utknął jak korek w butelce. Wypuścił z płuc całe powietrze, rozluźnił mięśnie i odepchnął się stopami. Kratka spadła, lecz on przesunął się do przodu o kilka centymetrów. Opuścił nogi, wymacał nimi skrzynię, zaparł się skrzyżowanymi piętami i odepchnął ponownie. Powtórzył ten manewr kilka razy, powoli i ostrożnie, i wreszcie zdołał przepchnąć przez otwór głowę i ramiona. Spojrzał w górę i zamrugał. Cukierkowo różowe niebo, kilka zwiewnych, pierzastych obłoków. Wyciągnął ręce, chwycił się biegnącej wzdłuż burty krawędzi, wypełzł z otworu i wszedł na dach.

Na najbliższych światłach zeskoczył. Spadł na wysunięte ramię, przekoziołkował, wstał, wszedł na chodnik i otrzepał ubranie. Gdy chłodnia zniknęła w kłębach sinych spalin, zasalutował niczego niepodejrzewającemu Guyowi i ruszył przed siebie.

Był na ubogich przedmieściach Waszyngtonu. Opustoszała ulica, coraz jaśniejsze niebo – świt uciekał już przed wschodzącym słońcem – w oddali szum ulicznego ruchu i zawodzenie policyjnych syren. Wziął głęboki oddech. W zapachu miejskich spalin było coś świeżego: radość z wolności odzyskanej po całonocnych zmaganiach o pozostanie w ukryciu.

Kilka minut później zobaczył wypłowiałe czerwono- biało- niebieskie proporce powiewające na słabym wietrze. Zamknięty na noc parking. Podszedł do pierwszego z brzegu samochodu, odkręcił tablice rejestracyjne, zamienił je na tablice wozu stojącego tuż obok, wyłamał zamek, otworzył drzwiczki, odpalił na krótko silnik i wyjechał na ulicę.

Zaparkował przed tanią restauracją, której wyłożona chromowanymi płytami fasada pochodziła jeszcze z lat pięćdziesiątych. Na dachu stała gigantyczna filiżanka, neon dawno się przepalił. W środku było duszno i parno. Z każdego centymetra kwadratowego ściany bił zapach kawy i smażonego tłuszczu. Po lewej stronie stała lada z laminatu i kilka obitych winylem stołków na chromowanych nogach; po prawej, pod oknami, przez które nieśmiało wpadały smużki porannego słońca, ciągnął się rząd boksów z szafami grającymi, takimi po ćwierć dolara od piosenki.

Na dźwięk dzwonka u drzwi bez słowa odwróciły się ku niemu wszystkie twarze. On był biały, oni czarni. Uśmiechnął się, lecz nikt nie odpowiedział mu uśmiechem. Jedni potraktowali go z zupełną obojętnością, inni jak zły omen.

Czując na sobie wrogie spojrzenia, usiadł w wolnym boksie. Kelnerka z pomarańczowymi, mocno kręconymi włosami i twarzą Earthy Kitt rzuciła na stolik poplamione tłuszczem menu i nalała mu gorącej kawy. Miała jasne, za mocno umalowane oczy, zniszczoną troskami twarz i przyglądała mu się przez chwilę z ciekawością i chyba ze współczuciem.

– Nie przejmuj się, złotko, niech sobie patrzą- szepnęła. – Oni się ciebie boją.

Zjadł jajka na bekonie i frytki, popijając kawą. Kawa była kwaśna, ale żeby choć na chwilę zapomnieć o zmęczeniu, potrzebował protein i kofeiny.

Kelnerka dolała mu kawy, więc pił ją niespiesznie, czekając, aż ci z Lincoln Fine Tailors otworzą zakład. Ale nie próżnował. Wyjął notatnik, który zabrał z pokoju telewizyjnego Aleksa, i jeszcze raz obejrzał odcisk na wierzchniej kartce. NX 20. Brzmiało to jak nazwa jakiegoś eksperymentu, jak coś złowieszczego, ale równie dobrze mogła to być nazwa nowego modelu komputera.

Od czasu do czasu zerkał na siedzących w lokalu gości, na okolicznych mieszkańców, którzy wchodzili do restauracji i wychodzili, jedli coś i pili, rozmawiając o talonach z opieki społecznej, o narkotycznych długach, o policyjnych pobiciach, o nagłej śmierci członków rodziny, o chorobie przyjaciela w więzieniu. To było ich życie, życie bardziej mu obce niż to w Azji czy w Mikronezji. Atmosfera zgęstniała od gniewu i żalu.

Ulicą sunął policyjny radiowóz, powoli, czujnie, niczym rekin polujący na rafie. Ruch w restauracji momentalnie zamarł, jak na zdjęciu.

Bourne popatrzył na kelnerkę. Obserwowała samochód, dopóki jego tylne światła nie zniknęły za rogiem. Przez salę przetoczyło się westchnienie ulgi. On też odczuł ulgę. Wyglądało na to, że mimo wszystko był w towarzystwie kolegów, podróżników po mrocznych zakamarkach cienia.

Pomyślał o ścigającym go mężczyźnie. Miał azjatycką twarz, choć nie do końca. I było w niej coś znajomego, może śmiała linia zupełnie nieazjatyckiego nosa czy kształt bardzo azjatyckich ust. Czyżby przybył tu z jego przeszłości, z Wietnamu? Nie, to niemożliwe. Sądząc z wyglądu, mógł mieć najwyżej trzydzieści lat, co oznaczałoby, że kiedy Bourne tam mieszkał, chłopak miał najwyżej pięć, sześć lat. W takim razie kim był i czego chciał? Pytania te nie dawały mu spokoju. Gwałtownie odstawił kubek. Kawa zaczynała wypalać mu dziurę w żołądku.

Niedługo potem wrócił do skradzionego samochodu, włączył radio, znalazł stację nadającą audycję o szczycie antyterrorystycznym, wysłuchał relacji z Reykjaviku, a potem krótkiego przeglądu miejscowych wiadomości. Na pierwszym miejscu podano wiadomość o zabójstwie Aleksa Conklina i Mo Panova, ale, co dziwne, nie uzupełniono jej o najświeższe doniesienia.

– Więcej o tym za chwilę, ale najpierw ważna informacja – powiedział spiker.

"…ale najpierw ważna informacja". Gabinet z oknami wychodzącymi na Pola Elizejskie i na Łuk Triumfalny wspomnienie powróciło jak burza, momentalnie zacierając obraz restauracji i jej gości. Obity czekoladową skórą fotel, z którego właśnie wstał. W jego prawej ręce kryształowa szklanka, do połowy wypełniona bursztynowym płynem. Głos, głęboki i dźwięczny, melodyjny. Mówił, że załatwienie "tego wszystkiego" wymaga czasu. "Ale nie martw się, przyjacielu. To dla ciebie ważna informacja".

Odwrócił się w duchu i wytężył wzrok, żeby zobaczyć jego twarz, lecz zobaczył tylko nagą ścianę. Wspomnienie pierzchło, ulotniło się jak zapach whisky. Mijały minuty, a on wciąż siedział za kierownicą, gapiąc się posępnie w brudne okna restauracji.

W napadzie furii Chan chwycił telefon i zadzwonił do Spalki. Trochę to trwało i wymagało pewnego wysiłku, ale w końcu go połączyli.

– Czemu zawdzięczam ten zaszczyt? – Spalko lekko przeciągał samo głoski i Chan domyślił się, że pił. O swoim zleceniodawcy wiedział dużo więcej, niż Spalko przypuszczał, jeśli w ogóle coś przypuszczał. Wiedział na przykład, że lubi dobre trunki, papierosy i kobiety – chociaż nie koniecznie w tej kolejności – że pod tym względem ma olbrzymi apetyt.

Gdyby teraz był choć w połowie tak pijany, jak na to wyglądało, Chan miałby nad nim pewną przewagę, co zdarzało się niezmiernie rzadko.

– Akta, które mi pan dał, są fałszywe albo niekompletne.

– Co cię skłoniło do tak pesymistycznego wniosku? – Głos Spalki momentalnie stwardniał, jak zmieniająca się w lód woda. Chan za późno uświadomił sobie, że mówi zbyt agresywnie. Spalko mógł być intelektualistą – może nawet wizjonerem, za którego się niewątpliwie uważał – ale zawsze reagował odruchowo, instynktownie. Dlatego momentalnie

wyrwał się z alkoholowego zamroczenia i na agresję odpowiedział agresją. Miał wybuchowy temperament, co stało w sprzeczności z jego starannie opracowanym wizerunkiem publicznym. Z drugiej strony, pod słodkim jak sacharyna codziennym obliczem ukrywał tak dużo, że nie wiadomo było, jaki jest naprawdę.

– Nietypowe zachowanie Webba – odrzekł spokojnie Chan.

– Coś podobnego… – W głosie Spalki znowu zabrzmiała bełkotliwa nuta rozleniwienia. – Dlaczego "nietypowe"?

– Bo nie pasowało do zachowania profesora college'u.

– Zastanawiam się, dlaczego to takie ważne. Jeszcze go nie zabiłeś?

– Nie, jeszcze nie. – Siedząc w samochodzie, Chan obserwował autobus, który zatrzymał się po drugiej stronie ulicy. Z cichym westchnieniem otworzyły się drzwi i wysiedli pasażerowie: starzec, dwóch nastolatków i matka z małym synkiem.

– Widzę, że zmieniłeś plany, prawda?

– Wiedział pan, że najpierw zechcę się z nim pobawić.

– Oczywiście, pytanie tylko, jak długo?

Rozgrywali słowną partię szachów, ostrożnie, powoli, jednocześnie gorączkowo i Chan mógł się jedynie domyślać jej charakteru. O co chodziło z tym Webbem? Dlaczego Spalko postanowił wrobić go w morderstwo Conklina i Panova? I w ogóle dlaczego kazał ich zabić? Chan nie miał wątpliwości, że to jego dzieło.

– Dopóki nie będę gotowy. Dopóki Webb nie zrozumie, kto na niego poluje.

Śledził wzrokiem matkę. Postawiła chłopczyka na chodniku i gdy ten zrobił kilka kroków, roześmiała się serdecznie. Chan odchylił do tyłu głowę i też się roześmiał, naśladując jej radosny odruch. Wzięła malca za rękę.

– Czyżbyś miał jakieś… wątpliwości?