W tym pytaniu Chan wychwycił lekkie napięcie, coś jakby cień niepewności, i doszedł do wniosku, że Spalko może być zupełnie trzeźwy. Zastanawiał się, czy nie spytać, dlaczego to, czy zabił już Webba, jest takie ważne, ale po namyśle zrezygnował, bojąc się, że pytanie to go zdradzi.
– Nie, żadnych – oparł.
– W głębi duszy jesteśmy tacy sami, Chan, ty i ja. Zapach śmierci rozszerza nam nozdrza.
Nie wiedząc, co odpowiedzieć, pogrążony w zadumie Chan zamknął klapkę telefonu. Wystawił rękę na zewnątrz i przez rozchylone palce patrzył, jak kobieta idzie z synem ulicą. Robiła małe kroki, próbując dostosować ich długość do chwiejnych kroków malca.
Spalko kłamie, tyle wiedział na pewno. Tak samo jak on okłamywał jego. Na chwilę oczy zaszły mu mgłą i znowu znalazł się w dżungli. Przez ponad rok mieszkał u wietnamskiego przemytnika broni, związany, zamknięty w budzie jak wściekły pies, bity i głodzony. Po trzeciej próbie ucieczki wiedział już, co zrobić, i szpadlem, którego używał do kopania latryn, rozbił głowę nieprzytomnego przemytnika na krwawą miazgę. Przez dziesięć dni żył, jak się dało, a potem przygarnął go amerykański misjonarz Richard Wick. Wykąpał go, dał mu jedzenie, ubranie i czyste łóżko. W zamian za to on musiał uczyć się angielskiego. Gdy już umiał czytać, misjonarz dał mu Biblię i kazał nauczyć się jej na pamięć. Po jakimś czasie Chan zrozumiał, że według Wicka był na dobrej drodze nie do zbawienia, tylko do ucywilizowania. Parę razy próbował wyjaśnić mu, na czym polega buddyzm, ale był zbyt młody i nie potrafił ująć w słowa rzeczy, których nauczono go we wczesnym dzieciństwie. Zresztą Wieka to nie interesowało. Nie interesowała go żadna religia, która nie uznawała Boga i Jezusa Zbawiciela.
Gwałtownie skupił wzrok. Matka z dzieckiem przechodziła przed restauracją z chromowaną fasadą i wielką neonową filiżanką na dachu, przez błyszczącą w słońcu samochodową szybę zobaczył człowieka, którego znał jako Davida Webba. Musiał oddać mu sprawiedliwość: uciekając z domu Conklina, Webb dał mu niezły wycisk. Wiedział, że ktoś ich obserwuje; widział mężczyznę na drodze biegnącej szczytem skalnego grzbietu. Zanim dotarł tam po ucieczce ze sprytnie zastawionej sieci, mężczyzna zdążył już odjechać, ale on przez silną lornetkę wypatrzył Webba i śledził go aż do szosy, do chwili, gdy ten złapał okazję. Obserwował go, wiedząc to, co od dawna wiedział Spalko: że Webb jest bardzo niebezpiecznym przeciwnikiem. Ktoś taki jak on nie bał się wejść do restauracji i jako jedyny biały wśród czarnych zjeść tam śniadanie. Robił wrażenie samotnego, choć nie wiedzieć czemu Chan wyczuwał, że samotność jest mu obca. Przeniósł wzrok na matkę z dzieckiem. Doszedł go ich śmiech, nierzeczywisty jak sen.
Do Lincoln Fine Tailors w Alexandrii przyjechał piąć po dziewiątej. Zakład wyglądał jak wszystkie inne prywatne zakłady na starówce, to znaczy miał kolonialną fasadę. Wszedł na ceglany chodnik i pchnął drzwi. Część zakładu dostępna dla klientów była podzielona na pół przez sięgającą do pasa ladę po lewej i stoły do krojenia materiału po prawej stronie. Maszyny do szycia turkotały parę kroków za ladą i gdy wszedł, siedzące przy nich trzy Latynoski nawet nie podniosły głów. Stojący między maszynami chudy mężczyzna w koszuli i rozpiętej kamizelce w paski patrzył na coś ze zmarszczonymi brwiami. Miał wysokie czoło, jasnobrązową grzywkę, obwisłe policzki, mętne oczy, okulary na czubku głowy i orli nos, którego grzbiet co chwilę ściskał. Na otwierające się drzwi nie zwrócił uwagi, ale gdy Bourne podszedł do lady, spojrzał na niego wyczekująco i spytał:
– Czym mogę służyć?
– Pan Leonard Fine? Widziałem pańskie nazwisko na szyldzie.
– Tak, to ja.
– Przysyła mnie Alex.
Krawiec zamrugał.
– Kto?
– Alex Conklin – powtórzył Bourne. – Nazywam się Jason Bourne. – Rozejrzał się wokoło. Nikt na nich nie patrzył. Od ciągłego turkotu maszyn powietrze iskrzyło i musowało.
Fine powoli opuścił okulary na wąski grzbiet nosa. Przyglądał się Bourne'owi długo i w napięciu.
– Jestem jego przyjacielem – dodał Bourne, wyczuwając, że musi zachęcić go do rozmowy.
– Conklin? Nie mam tu nic dla żadnego Conklina.
– Bo nie zostawił tu chyba żadnego ubrania.
Fine znów ścisnął sobie nos.
– Powiada pan, że to pański przyjaciel?
– Od wielu lat.
Fine bez słowa otworzył drzwiczki w kontuarze.
– Porozmawiajmy u mnie – rzucił i weszli do brudnego korytarza, cuchnącego klejonką i krochmalem.
W biurze, a raczej ciasnej pakamerze z dziurawym, porysowanym linoleum, z nagimi rurami biegnącymi od podłogi aż po sufit, zniszczonym metalowym biurkiem, fotelem obrotowym, dwiema tanimi metalowymi szafkami na akta i stertami kartonów pod ścianą, unosił się silny zapach pleśni. Za biurkiem było małe kwadratowe okno, zarośnięte brudem.
Fine otworzył szufladę.
– Napije się pan?
– Chyba trochę za wcześnie, nie sądzi pan?
– Taaa… – mruknął krawiec. – Ma pan rację. – Wyjął z szuflady pistolet i wycelował Bourne'owi w brzuch. – Ta kula pana nie zabije, ale Wykrwawi się pan na śmierć, żałując, że nie zdechł pan od razu.
– Nie ma powodu tak się ekscytować – odparł spokojnie Bourne. – Wprost przeciwnie. – Fine miał blisko osadzone oczy i wyglądał, jakby był zezowaty. – Conklin nie żyje i mówią, że to pan go zamordował. – Nieprawda.
– Wszyscy tak twierdzicie. Zaprzeczać, zaprzeczać i jeszcze raz zaprzeczać. Jak to rządowcy. – Uśmiechnął się chytrze. – Niech pan siada, panie Webb, Bourne, czy jak się pan tam dzisiaj nazywa. – Pan pracuje w agencji?
– Bynajmniej. Jestem całkowicie niezależny. Jeśli Alex nic im nie powiedział, nikt od nich nie wie nawet, że istnieję. – Uśmiechnął się jeszcze szerzej. – Dlatego do mnie przyszedł. Bourne kiwnął głową. – Chciałbym, żeby pan mi o tym opowiedział.
– No jasne, nie mam co do tego najmniejszych wątpliwości! – Fine podniósł słuchawkę telefonu. – Kiedy wpadnie pan w łapy swoich koleżków, będzie pan zbyt zajęty, żeby myśleć o czym innym.
– Niech pan tego nie robi – rzucił ostro Bourne. Ręka ze słuchawką zawisła w powietrzu. – Dlaczego? Niech pan da mi choć jeden powód. – Nie zabiłem Aleksa. Próbuję ustalić, kto to zrobił. – Zabił go pan. Czytałem wiadomości. Kiedy go zastrzelono, był pan w jego domu. Widział pan tam kogoś jeszcze? – Nie, ale kiedy przyjechałem, Alex i Mo Panov już nie żyli. – Gówno prawda. Ciekawe, dlaczego go pan zabił. Fine zmrużył oczy. – Pewnie przez doktora Schiffera. – Nie znam żadnego Schiffera. Krawiec roześmiał się ochryple.
– Akurat. Nie zna pan Schiffera i pewnie nie słyszał pan o AZPO. – O AZPO? Oczywiście, słyszałem. Agencja Zaawansowanych Projektów Obronnych. To tam pracuje ten Schiffer?
– Mam tego dość – mruknął zdegustowany Fine. Gdy przeniósł wzrok na tarczę telefonu, żeby wybrać numer, Bourne rzucił się na niego.
Dyrektor rozmawiał przez telefon z Jamiem Hullem. Do przestronnego narożnego gabinetu wpadały przez okno promienie słońca, malując na dywanie ogniste klejnoty. Lecz wspaniała gra kolorów nie robiła na Starym żadnego wrażenia. Wciąż był w parszywym nastroju i posępnie patrzył na wiszące na ścianach zdjęcia. On z prezydentem w Gabinecie Owalnym, on z zagranicznymi przywódcami w Paryżu, Bonn i w Dakarze, z artystami w Los Angeles i Las Vegas, z ewangelicznymi kaznodziejami w Atlancie i Salt Lake City, a nawet, co absurdalne, z wiecznie uśmiechniętym dalajlamą w szafranowych szatach podczas jego wizyty w Nowym Jorku. Zamiast poprawiać humor, fotografie jeszcze dobitniej uświadomiły mu, że lata płyną; były jak ciążąca na ramionach zbroja.
– To prawdziwy koszmar, panie dyrektorze – mówił Hull. – Po pierwsze, praca z Rosjanami i Arabami przypomina uganianie się za własnym ogonem. Przez pół dnia nie wiem, o czym, u diabła, mówią, przez drugie pół nie ufam tłumaczom, naszym i ich, bo nie wiem, czy dokładnie tłumaczą.
– Trzeba było uczyć się języków, Jamie. Na nic nie zważaj i rób swoje. A jak chcesz, podeślę ci innych tłumaczy.
– Naprawdę? Niby skąd pan ich weźmie? Przecież wykosiliśmy wszystkich arabistów.
Stary westchnął. Tak, to był problem. Niemal wszystkich znających arabski oficerów wywiadu uznano za ludzi sympatyzujących z muzułmanami, bo ciągle zakrzykiwali jastrzębi, zwolenników rozwiązań siłowych, próbując im wmówić, że większość islamistów kocha pokój. Niech to powiedzą Izraelczykom.
– Pojutrze z Centrum Studiów Wywiadowczych przyjeżdża cała grupa
nowych. Natychmiast paru ci przyślę.
– Ale to nie wszystko.
Stary nachmurzył czoło, zły, że w głosie Hulla nie usłyszał wdzięczności.
– Nie? – warknął. A gdyby tak wyrzucić w cholerę wszystkie zdjęcia? – pomyślał. Czy poprawiłoby to tę żałobną atmosferę?
– Nie chcę narzekać, ale robię, co można, żeby zorganizować ochronę w kraju, który nie jest sojusznikiem Stanów Zjednoczonych. Nie udzielamy im pomocy, więc nie są od nas zależni. Powołuję się na prezydenta i jak reagują? Tępo się na mnie gapią. To cholernie utrudnia mi pracę. Jestem obywatelem najpotężniejszego mocarstwa na świecie. O ochro
nie wiem więcej niż wszyscy Islandczycy razem wzięci. Gdzie szacunek, jaki powinni…
Zabuczał interkom i Stary z satysfakcją kazał Hullowi zaczekać.
– Co jest? – warknął do mikrofonu.
– Przepraszam, że przeszkadzam, panie dyrektorze – zameldował oficer dyżurny – ale właśnie odezwał się ktoś na specjalnej linii Alexandra Conklina.
– Co takiego?! Przecież on nie żyje. Na pewno?
– Tak, panie dyrektorze. Jeszcze jej nie zlikwidowaliśmy. – No i…?
– Słyszałem jakiś hałas, odgłosy szamotaniny, czyjś głos i nazwisko, coś jakby Bourne…
Stary wyprostował się. Zły nastrój przeszedł równie szybko, jak nadszedł.
– Bourne. To nazwisko słyszałeś, synu?