– Kim jesteś? Dlaczego chcesz mnie zabić?
Mężczyzna wciąż patrzył przed siebie, jakby go nie usłyszał.
– Błoga rodzinna scenka. – Powiedział to z gniewną nutą w głosie. – Ciekawe, czy ten mały wie, że ojciec może go w każdej chwili porzucić.
Dziwny głos w tym otoczeniu. Bourne poczuł się tak, jakby z głębokiego cienia wychynął na zamieszkany świat.
– Żebyś nie wiem jak bardzo chciał mnie zabić, nie zrobisz tego tu, w parku.
– Ten chłopiec ma ile? Sześć lal? Jest za mały, żeby pojąć, czym jest życie. O wiele za młody, żeby zrozumieć, dlaczego ojciec może go zostawić.
Bourne pokręcił głową. Rozmowa wymykała mu się spod kontroli.
– Dlaczego tak myślisz? Dlaczego miałby go zostawiać?
– Ciekawe pytanie w ustach ojca dwojga dzieci. Jamiego i Alison, prawda?
Bourne wytrzeszczył oczy, jakby tamten wbił mu nóż w bok. Ogarnął
go strach i gniew, ale to gniew wziął górę.
– Nie spytam, skąd tyle o mnie wiesz, ale powiem ci jedno: grożąc mojej rodzinie, popełniasz wielki błąd.
– Och, skąd te brzydkie myśli? Twoje dzieci mnie nie interesują. Zastanawiałem się tylko, jak poczuje się Jamie, kiedy nie wrócisz do domu.
– Nigdy nie zostawię syna. Zrobię wszystko, żeby do niego wrócić.
– Dziwne, że tak bardzo zależy ci na obecnej rodzinie, skoro zawiodłeś Dao, Joshuę i Alyssę.
Bourne zesztywniał. Teraz górę wziął w nim strach. Boleśnie waliło mu serce, w piersi czuł ostry ból.
– O czym ty mówisz? Co ci przyszło do głowy?
– Zostawiłeś ich na łasce losu, prawda? Bourne zaczynał tracić poczucie rzeczywistości.
– Jak śmiesz! Oni zginęli! Odebrano mi ich, ale nigdy o nich nie zapomniałem!
Kąciki ust tamtego lekko się uniosły, jakby uśmiechnął się triumfalnie, przeciągnąwszy Bourne'a na drugą stronę niewidzialnej bariery.
– Nawet kiedy ożeniłeś się z Marie? Nawet kiedy urodzili się Jamie i Alison? – Mówił teraz spiętym głosem, jakby coś w sobie tłumił. – Próbowałeś powielić Joshuę i Alyssę, zastąpić ich nowymi dziećmi. Nawet ich imiona zaczynają się na te same litery.
Jason czuł się jak po ciężkim nokaucie. Szumiało mu w uszach.
– Kim jesteś? – powtórzył chrapliwie.
– Mówią na mnie Chan. Ale kim jest pan, panie Webb? Profesor lingwistyki może czuć się dobrze w dziczy, ale na pewno nie umie walczyć wręcz. Nie umie też zrobić wietnamskiej siatki- pułapki ani kraść samochodów. Ale przede wszystkim nie umiałby ukryć się przed tymi z CIA.
– W takim razie wciąż niewiele o sobie wiemy.
Na ustach Azjaty błądził ten sam enigmatyczny uśmieszek. Bourne poczuł, że stają mu dęba włosy na karku, że coś próbuje wypłynąć na powierzchnię jego roztrzaskanej pamięci.
– Tak, wmawiaj to sobie – odparł jadowicie Chan. – Mógłbym cię zabić tu i teraz, w tym parku. – Uśmiech zniknął tak szybko, jak obłok zmienia kształt, i brązowa skóra jego szyi lekko zadrżała, jakby wyrzucił z siebie długo tłumiony gniew. – I powinienem cię zabić, ale gdybym to zrobił, namierzyłoby mnie dwóch agentów CIA, którzy właśnie weszli do parku
północną bramą.
Nie obracając głowy, Jason spojrzał w tamtą stronę. Rzeczywiście. Dwóch mężczyzn w jednakowych garniturach przyglądało się twarzom spacerujących w pobliżu ludzi.
– Pora iść. – Azjata wstał. – Sprawa jest prosta: albo pójdziesz ze mną, albo cię zgarną.
Ramię w ramię wyszli z parku. Chan szedł między Bourne'em i agentami, i robił to celowo. Po raz kolejny zaimponował Bourne'owi doświadczeniem i umiejętnością myślenia w trudnych sytuacjach.
– Dlaczego to robisz? – Lekki wybuch gniewu Azjaty nie uszedł jego uwagi; był jak przytłumiony żar, tajemniczy i niepokojący.
Chan nie odpowiedział.
Wkrótce wmieszali się w tłum przechodniów na chodniku. Chan widział czterech agentów CIA, gdy wchodzili do zakładu krawieckiego Fine'a, i zapamiętał ich twarze. Nie miał z tym żadnych trudności; w dżungli, gdzie się wychował, natychmiastowa identyfikacja zagrożenia często oznaczała różnicę między życiem i śmiercią. Poza tym, w przeciwieństwie do Webba, wiedział, gdzie tamci są, i wypatrywał dwóch pozostałych, bo prowadził swoją ofiarę do ustronnego miejsca i nie chciał, żeby mu przeszkadzano.
Nic dziwnego, że szybko wyłowił ich z tłumu. Szli klasyczną formacją, po obu stronach ulicy, zmierzając prosto w ich stronę. Spojrzał na Webba, żeby go ostrzec, i stwierdził, że jest sam. Webb zniknął, rozpłynął się jak dym.
Rozdział 7
Głęboko w trzewiach gmachu Humanistas Ltd. mieściła się supernowoczesna stacja nasłuchowa, monitorująca wymianę tajnych informacji największych sieci wywiadowczych świata. Ludzkie ucho nie było w stanie ani ich usłyszeć, ani zrozumieć, a tym bardziej analizować. Analiza zakodowanych sygnałów wymagała zastosowania wielu skomplikowanych programów komputerowych, opartych na heurystycznych algorytmach, dzięki którym programy te posiadły zdolność uczenia się. Dla każdej sieci opracowano indywidualny program, gdyż każda wykorzystywała inny system kodowania.
Ponieważ zespół zatrudnionych w Humanistas informatyków zdołał większość tych kodów złamać, Spalko wiedział, co dzieje się na świecie. Do złamania kodów należały między innymi szyfry stosowane przez CIA, dlatego już kilka godzin po wydaniu rozkazu zlikwidowania Bourne'a Spalko przeczytał o tym w wewnętrznym biuletynie.
– Znakomicie – powiedział. – Wszystko idzie zgodnie z planem. – Odłożył biuletyn i na ekranie monitora wyświetlił plan Nairobi. Wędrował wirtualnymi ulicami, aż znalazł się na przedmieściach, gdzie prezydent Jomo wyznaczył miejsce dla jego zespołu medycznego, który miał nadzorować kwarantannę chorych na AIDS.
Zadzwonił telefon. Spalko podniósł słuchawkę, słuchał przez chwilę i spojrzał na zegarek.
– Powinniśmy zdążyć rzucił. Dobra robota.
Wsiadł do windy i pojechał na górę, do gabinetu Ethana Hearna. Po drodze wykonał jeden telefon, w ciągu kilku minut załatwiając to, co niektórzy mieszkańcy Budapesztu na próżno próbowali załatwić przez wiele tygodni: zarezerwował bilet na wieczorny spektakl w Magyar Allami Operahaz.
Hearn, najnowszy nabytek Humanistas Ltd., pracował na komputerze, lecz natychmiast wstał. Zgodnie z przewidywaniami Spalki, wyglądał świeżo i schludnie.
– Po co ta służbistość, Ethan? To nie wojsko.
– Tak, panie dyrektorze. Dziękuję. – Hearn rozprostował plecy. – Siedzę tu od siódmej rano.
– Jak radzisz sobie z funduszami?
– Na początku przyszłego tygodnia jestem umówiony na kolację z dwoma potencjalnymi darczyńcami. Wysłałem panu e- mail z propozycją listu, który chcę im wręczyć.
– Dobrze, bardzo dobrze… – Spalko rozejrzał się po gabinecie, jakby sprawdzając, czy nikt ich nie podsłuchuje. – Ethan, masz smoking?
– Oczywiście, panie dyrektorze. Bez smokingu nic mógłbym pracować.
– Świetnie, a więc idź do domu i włóż go.
– Nie rozumiem… – Zaskoczony Hearn zmarszczył brwi.
– Idziesz do opery.
– Dzisiaj? Jakim cudem załatwił pan bilet?
– Wiesz, lubię cię, Ethan – odrzekł ze śmiechem Spalko. – Założę się, że nie ma już ludzi tak szczerych i prostolinijnych jak ty.
– Są, panie dyrektorze, choćby pan.
Widząc, jak bardzo Hearn jest skonsternowany, Spalko roześmiał się ponownie.
– Tylko żartowałem – powiedział. – No, idź już. Szkoda czasu.
– Ale… Mam tu jeszcze sporo pracy. – Hearn wskazał komputer.
– Twoje wyjście do opery to też swego rodzaju praca. Będzie tam ktoś, kogo chciałbym zwerbować. – Spalko mówił swobodnie i z nonszalancją, dlatego Hearn niczego nie podejrzewał. – Ten ktoś nazywa się Laszko Molnar.
– Nigdy o nim nie słyszałem.
– Bo nie mogłeś. – Spalko zniżył głos do konspiracyjnego szeptu. – Jest bardzo bogaty, ale nie chce, żeby ktoś się o tym dowiedział; ma na tym punkcie obsesję. Nie ma go na listach darczyńców, tego możesz być pewien, i jeśli zrobisz jakąkolwiek aluzję do jego bogactwa, możesz od razu zapomnieć, że z nim rozmawiałeś.
– Dobrze, oczywiście.
– Jest swego rodzaju koneserem, chociaż w dzisiejszych czasach to słowo niewiele znaczy.
– Tak, panie dyrektorze. – Hearn kiwnął głową. – Rozumiem.
Spalko wiedział, że Hearn nic nie rozumie, bo po prostu nie może, i z lekkim żalem pomyślał, że kiedyś – wydawało się, że przed stu laty – on też był naiwny i łatwowierny.
– Molnar uwielbia operę. Od lat ma karnet na wszystkie spektakle.
– Umiem postępować z trudnymi klientami. – Hearn wprawnym ruchem poprawił marynarkę. – Może pan na mnie liczyć.
– Wiem, Ethan – odrzekł z uśmiechem Spalko. – A więc posłuchaj. Kiedy już go urobisz, pójdziecie do Undergroundu. Znasz ten klub?
– Oczywiście. Tylko że będzie już późno, na pewno po północy. Spalko przytknął palec do ust.
– Kolejna tajemnica: Molnar to nocny marek. Powie, że nie chce, że nie pójdzie, bo lubi, jak się go prosi. Nie możesz mu odpuścić. Rozumiesz?
– Doskonale.
Spalko podał mu karteczkę.
– Numer jego miejsca. Idź i baw się dobrze. – Pchnął go lekko w stronę drzwi. – Powodzenia.
Imponująca fasada gmachu Magyar Allami Operahaz, Węgierskiej Opery Narodowej, tonęła w blasku reflektorów, a wysoką na trzy piętra salę widowiskową, całą w złocie i czerwieni, przeszywały tysiące świetlistych strzał z kryształowego żyrandola, zwisającego z ozdobionego freskami kopulastego sufitu jak gigantyczny dzwon.
Tego wieczoru wystawiano Hary Janosa Zoltana Kodalya, jedną z popularnych oper narodowych, którą grano tu od 1926 roku. Ethan Hearn wszedł do wielkiego marmurowego foyer, gdzie rozbrzmiewały gwar głosów śmietanki towarzyskiej Budapesztu. Miał na sobie dobrze skrojony smoking z doskonałej wełny czesankowej, lecz nie był to strój znanej marki. To, jak się ubierał i w co, było w jego zawodzie niezmiernie ważne. Skłaniał się ku ubraniom eleganckim i stonowanym, nigdy nie nosił rzeczy krzykliwych czy zbyt kosztownych. Gdy prosiło się kogoś o darowiznę, najistotniejsza była skromność i pokora.