To właśnie Bourne poznał go z Alexandrem Conklinem i to właśnie Conklin zaproponował mu współpracę, dzięki której Amerykanie wiedzieli niemal wszystko o tajnych operacjach Interpolu i Quai d'Orsay.
Jason Bourne miał szczęście, że Robbinet bezgranicznie ufał swojej sekretarce, w przeciwnym razie ta nie zadzwoniłaby do szefa, gdy wraz z Delphiną siedzieli w Chez Georges przy kawie i rozpustnie dekadenckim millefeuille. Lubił tę restaurację zarówno dlatego, że serwowano tam pyszne jedzenie, jak i z powodu lokalizacji. Mieściła się naprzeciwko Bourse, francuskiego odpowiednika nowojorskiej giełdy, i bywali tam niemal wyłącznie brokerzy oraz biznesmeni, ludzie o wiele dyskretniejsi niż rozplotkowani politycy, z którymi musiał się od czasu do czasu zadawać.
– Ktoś czeka na linii, panie ministrze – powiedziała sekretarka; na szczęście monitorowała jego telefony z domu, nawet te po godzinach pracy. – Mówi, że to pilne.
Robbinet uśmiechnął się do Delphiny. Kochanka była elegancką, dojrzałą kobietą, całkowitym przeciwieństwem jego żony, z którą spędził trzydzieści lat życia. Właśnie prowadzili rozkoszną rozmowę o Aristidzie Maillocie, którego zmysłowe rzeźby zdobiły Ogrody Tuileries, oraz o Julesie Massenecie i jego Manon, operze, ich zdaniem, bardzo przereklamowanej. Za nic nie potrafił zrozumieć obsesji Amerykanów na punkcie nastoletnich dziewcząt. Myśl, że można pójść do łóżka z kobietą w wieku jego córki, napawała go przerażeniem, nie wspominając już o tym, że nie widział w tym żadnego sensu. O czym, u licha, rozmawialiby przy kawie i millefeuille?
– Przedstawił się? – spytał.
– Tak. To pan Jason Bourne.
Serce zaczęło walić mu jak młotem.
– Połącz go – rozkazał natychmiast. Ponieważ uważał, że rozmową przez telefon w obecności kochanki jest czymś niewybaczalnym, przeprosił Delphinę i czekając, aż w uchu zabrzmi mu głos starego przyjaciela, wyszedł na lekko zamgloną paryską ulicę.
– Jason, mój drogi. Ileż to już lat?
Dudniący głos Robbineta podniósł Bourne'a na duchu. Nareszcie rozmawiał z kimś, kto – przynajmniej taką miał nadzieję! – nie próbował go zabić. Właśnie jechał stołeczną obwodnicą, samochodem, który ukradł w drodze na spotkanie z Deronem.
– Szczerze mówiąc, nie wiem.
– Nie do wiary, taki szmat czasu… Ale muszę ci powiedzieć, że dzięki Aleksowi zawsze wiedziałem, co porabiasz.
Początkowe obawy minęły i Bourne nieco się odprężył.
– Jacques, chyba słyszałeś, co się stało.
– Słyszałem, mon ami. Dyrektor CIA zorganizował na ciebie między narodową obławę. Ale ja w to nie wierzę. Nie mogłeś go zamordować. Wiesz, kto to zrobił?
– Właśnie próbuję się dowiedzieć. W tej chwili wiem na pewno tylko tyle, że może to być robota niejakiego Chana.
Robbinet długo nie odpowiadał.
– Jacques? Jesteś tam?
– Tak, mon ami. Po prostu mnie zaskoczyłeś. – Robbinet wziął głęboki oddech. – Widzisz, ten Chan… Znamy go. To płatny zabójca najwyższej klasy. Wiemy, że dokonał kilkunastu zamachów na całym świecie.
– Na kogo?
– Głównie na polityków, zabił choćby prezydenta Mali, ale od czasu do czasu poluje również na znanych przemysłowców. Zdołaliśmy ustalić, że nie robi tego ani z motywów politycznych, ani ideologicznych. Przyjmuje zlecenia wyłącznie dla pieniędzy. W nic więcej nie wierzy.
– Najgorszy z możliwych.
– Nie ma co do tego najmniejszych wątpliwości, mon ami. Podejrzewasz, że to on zamordował Aleksa?
– Możliwe. Spotkałem go zaraz po tym, gdy znalazłem zwłoki. Niewykluczone, że to on zawiadomił policję, bo przyjechali, zanim zdążyłem zwiać.
– Klasyczna pułapka.
Bourne milczał przez chwilę, myśląc o Chanie, który mógł go zabić już w uniwersyteckim kampusie albo pod wierzbą nad strumieniem w lesie Aleksa. To, że tego nie zrobił, dużo mu mówiło. Najwyraźniej nie było to zwykłe zlecenie, tylko coś osobistego, jakaś zemsta, wendeta, której źródła tkwiły w dżunglach południowo- wschodniej Azji. Najlogiczniejsze byłoby to, że zabił kiedyś jego ojca i że syn szuka teraz zemsty. Bo jak inaczej wytłumaczyć tę obsesję na punkcie jego rodziny? Po co Chan pytałby go o Jamiego? Ta hipoteza pasowała jak ulał.
– Wiesz o nim coś jeszcze?
– Prawie nic – odrzekł Robbinet. – Jeśli nie liczyć tego, że ma dwadzieścia siedem lat.
– Wygląda młodziej. I jest mieszańcem, pół- Azjatą.
– Podobno pół- Kambodżaninem, ale wiesz, jak to bywa z plotkami.
– Pół Kambodżaninem, pół kim?
– Nie mam pojęcia, tak samo jak ty. Jest samotnikiem. Nie znamy jego słabostek, nie wiemy, gdzie mieszka. Wypłynął sześć lat temu, zabijając premiera Sierra Leone. Przedtem jakby nie istniał.
Bourne zerknął w lusterko.
– A więc pierwsze zabójstwo, o którym wiecie, popełnił w wieku dwudziestu jeden lat.
– Piękny debiut, co? – rzucił oschle Robbinet. – Posłuchaj, Jason, nam prawdę nie przesadzam: to bardzo niebezpieczny człowiek. Jeśli jest w to w jakiś sposób zamieszany, musisz zachować wielką ostrożność.
– Mówisz tak, jakbyś się go bał.
– Bo się boję, mon orni. Kiedy chodzi o Chana, to nie wstyd. Ty też powinieneś się bać. Zdrowa dawka strachu zwiększa ostrożność, a wierz mi, ostrożność bardzo ci się teraz przyda.
– Będę o tym pamiętał- odparł Bourne. Szukając zjazdu, skręcił na prawy pas. – Alex nad czymś pracował i chyba właśnie dlatego zginął Nie wiesz przypadkiem, co to było?
– Widziałem się z nim pół roku temu w Paryżu. Poszliśmy na kolację, Odniosłem wrażenie, że jest czymś bardzo pochłonięty. Ale wiesz, jaki był. Zawsze milczał jak grób. – Robbinet westchnął. – Jego śmierć to wielka strata dla nas wszystkich.
Bourne skręcił na szosę numer 123 i pojechał w kierunku Tyson Corner.
– NX 20. Mówi ci to coś?
– Tylko tyle? NX 20?
Centrum handlowe Tyson Corner, parking na poziomie "C".
– Mniej więcej. Doktor Felix Schiffer. – Bourne przeliterował nazwisko. – Możesz go sprawdzić? Pracuje w Agencji Zaawansowanych Projektów Obronnych.
– Nareszcie coś konkretnego. Zobaczę, co da się zrobić.
Wysiadając, Bourne dał mu swój numer telefonu.
– Posłuchaj, Jacques. Lecę do Budapesztu, ale zabrakło mi pieniędzy.
– Nie ma sprawy. Odbiór tak jak zwykle?
Bourne nie wiedział, o czym Robbinet mówi, ale nie miał wyboru i musiał przytaknąć.
– Bon. Ile?
Schody ruchome za Aviary Court.
– Sto tysięcy powinno wystarczyć. Zatrzymam się w Dunabius Grand na Wyspie Świętej Małgorzaty pod nazwiskiem Aleksa. Zaznacz, że przesyłka ma na mnie zaczekać.
– Mais oui, jak sobie życzysz. Mogę zrobić dla ciebie coś jeszcze?
– Nie, w tej chwili nie. – Przed sklepem Dry Ice stał Deron. – Dzięki, Jacques, za wszystko.
– Pamiętaj o ostrożności, mon ami. Z Chanem nigdy nic nie wiadomo.
Deron zauważył go i zwolnił kroku. Drobny, o cerze koloru kakao, miał mocno zarysowane kości policzkowe i bystre oczy. W lekkim płaszczu, dobrze skrojonym garniturze i z błyszczącą skórzaną dyplomatką w ręku wyglądał jak biznesmen w każdym calu. Gdy Bourne go dogonił, uśmiechnął się i rzucił:
– Miło cię widzieć, Jason.
– Szkoda, że w takich okolicznościach.
– W innych cię nie widuję! – odparł ze śmiechem Deron.
Podczas rozmowy Bourne nieustannie sprawdzał twarze przechodniów, planował trasę ewentualnej ucieczki, oceniał, jak może przebiegać linia wzroku obserwatorów.
Deron otworzył dyplomatkę i dał mu cienką kopertę.
– Paszport i soczewki.
– Dzięki. – Bourne schował kopertę do kieszeni. – Forsę dostaniesz w ciągu tygodnia.
– Nieważne. – Deron machnął ręką, a rękę miał artysty, z długimi palcami. – Jesteś wiarygodnym kredytobiorcą. – Wyjął z dyplomatki coś jeszcze. – Groźna sytuacja wymaga zastosowania skutecznych środków.
Pistolet. Bourne zważył go w ręku.
– Bardzo lekki. Z czego?
– Materiały ceramiczne i plastik – odrzekł nie bez dumy Deron. – Pracowałem nad nim przez dwa miesiące. Na dużą odległość mało przydatny, ale z bliska to zabójcza broń.
– I nie wykryją jej na lotnisku.
Deron kiwnął głową.
– Amunicji też nie. – Podał Bourne'owi małe tekturowe pudełko. – Pociski o ceramicznym wierzchołku; rekompensują mały kaliber. I jeszcze coś. Widzisz te szczeliny na lufie? Wytłumiają huk eksplozji w komorze. Ta broń jest prawie bezgłośna.
Bourne zmarszczył brwi.
– Nie zmniejsza to mocy powalającej?
Deron wybuchnął śmiechem.
– Stara szkoła balistyki, co? Wierz mi, staruszku, jeśli kogoś z tego trafisz, to już nie wstanie.
– Widzę, że jesteś człowiekiem wielu niezwykłych talentów.
– Bo muszę. – Fałszerz ciężko westchnął. – Tak, kopiowanie starych mistrzów ma w sobie coś czarującego. Nie uwierzysz, ile się nauczyłem, badając ich techniki malarskie. Z drugiej strony świat, który przede mną otworzyłeś, świat, o którym ze wszystkich obecnych tu ludzi wiemy tylko my dwaj… To jest dopiero coś. – Wzmógł się wiatr, zwiastun zmian, i Deron postawił kołnierz płaszcza. – Tak, przyznaję, że kiedyś chciałem zarabiać na życie, sprzedając swoje produkty ludziom takim jak ty. – Pokręcił głową. – Ale już nie. Robię to tylko dla zabawy.
Przed sklepem przystanął mężczyzna w płaszczu. Zapalił papierosa, lecz zamiast pójść dalej, zaczął oglądać buty na wystawie. Sęk w tym, że buty były damskie. Jason dał Deronowi znak i skręcili w lewo, oddalając się od sklepu. Chwilę później zerknął w okno wystawowe jakiegoś butiku. Mężczyzna w płaszczu zniknął.
Bourne jeszcze raz zważył pistolet w ręku.