Выбрать главу

– Ile? – spytał.

Deron wzruszył ramionami.

– To prototyp. Sprawdzisz go i zaproponujesz cenę w zależności od tego, jak się sprawi. Ufam, że będziesz uczciwy.

Kiedy Ethan Hearn przyjechał do Budapesztu, dopiero po dłuższymi czasie zrozumiał, że Węgrzy są ludźmi zarówno rzeczowymi i dokładnymi, jak i sprytnymi. Dlatego bar Underground mieścił się w Peszcie przy ulicy Terez Koruta 30, w podziemiach kina. To, że znajdował się w podziemiach, było również dowodem na ich ekscentryzm, bo nazwa klubu stanowiła swoisty hołd złożony filmowi Emira Kusturicy pod tym tytułem. Hearn uważał, że lokal jest postmodernistyczny w najgorszym tego, słowa znaczeniu. Przez poprzecinany stalowymi belkami sufit biegł rząd olbrzymich fabrycznych wentylatorów, które mieliły przesycone dymem powietrze i spychały je w dół, prosto na pijących i tańczących gości. Ale podobała mu się muzyka, głośna, kakofoniczna mieszanka żałosnego garażowego rocka i słodkiego funku.

To dziwne, ale Molnarowi nie przeszkadzał ani wystrój lokalu, ani panujący w nim hałas. Wyglądało na to, że woli zostać wśród rozkołysanego tłumu, niż wracać do domu. W jego zachowaniu, w krótkim, irytującym śmiechu, w tym, że nieustannie się rozglądał, nie zatrzymując na nikim wzroku, jakby tuż pod skórą chował jakąś mroczną tajemnicę, było coś oschłego i kruchego zarazem. Hearn widywał wielu bogaczy i nie pierwszy raz zastanawiał się, czy to przypadkiem nie bogactwo ma ta niszczący wpływ na ludzką psychikę. Może właśnie dlatego nigdy nie pragnął wielkich pieniędzy.

Molnar stawiał. Zamówił polewaczkę – tak to się nazywało – obrzydliwie słodki koktajl z whisky, gazowanego napoju imbirowego, likieru pomarańczowego i cytryny. Znaleźli wolny stolik w ciemnym kącie, gdzie ledwo można było przeczytać krótkie menu, i tam kontynuowali rozmowę o operze, co, biorąc pod uwagę miejsce, w którym się znaleźli, było dość absurdalne.

Po drugim drinku Hearn zauważył Spalkę, który stał w nikotynowej mgle na końcu sali. Gdy spotkali się wzrokiem, Ethan przeprosił Molnara i ruszył w jego stronę. Spalce towarzyszyli dwaj mężczyźni. Nie wyglądali na gości Undergroundu, ale cóż, nie pasowali tu również ani on, ani Molnar. Spalko poprowadził go ciemnym korytarzem, oświetlonym tylko maleńkimi, przypominającymi gwiazdy lampkami. Otworzył wąskie drzwi i weszli do jakiegoś pomieszczenia; Hearn pomyślał, że to pewnie gabinet kierownika klubu. W gabinecie nie było nikogo.

– Dobry wieczór, Ethan. – Spalko uśmiechnął się i zamknął drzwi. – Wygląda na to, że zapracowałeś na swoją pensję. Dobra robota!

– Dziękuję, panie dyrektorze.

– Teraz moja kolej – rzekł dobrodusznie Spalko. – Zastąpię cię.

Ściany zadygotały od dudniących elektronicznych basów.

– Nie uważa pan, że byłoby lepiej, gdybym został i go panu przedstawił?

– Zapewniam cię, że to niekonieczne. Pora, żebyś trochę odpoczął. – Spalko spojrzał na zegarek. – A ponieważ jest już bardzo późno, masz jutro wolne.

– Ale panie dyrektorze – żachnął się Hearn. – Nie mogę,…

– Możesz, Ethan – przerwał mu ze śmiechem Spalko. – Możesz.

– Przecież uprzedzał mnie pan, że…

– Ethan, w tej firmie to ja ustalam warunki pracy i to ja mogę je zmieniać. Kiedy będziesz musiał przespać się w biurze, zrobisz, co zechcesz, ale jutro masz wolny dzień.

– Tak, panie dyrektorze. – Hearn uśmiechnął się nieśmiało i skłonił głowę. Wolnego dnia nie miał od trzech lat. Poranek w łóżku z grzanką z dżemem i gazetą… czysta rozkosz. – Dziękuję, jestem bardzo wdzięczny.

– A więc uciekaj. Zanim pojawisz się w biurze, przeczytam pewnie twój list. – Z dusznego gabinetu wyprowadził go na korytarz, a gdy Hearn wszedł na schody prowadzące do głównych drzwi, dał znak dwóm towarzyszącym mu mężczyznom. Ruszyli przez hałaśliwy, rozedrgany bar.

Mrużąc oczy od dymu i jaskrawych, migoczących świateł, Laszló Molnar wypatrywał swego nowego przyjaciela. Gdy Hearn odszedł, pochłonęły go rozkołysane pośladki młodej dziewczyny w mini, lecz po jakimś czasie stwierdził, że Ethana nie ma dłużej, niż się spodziewał. Zdębiał, gdy przysiedli się do niego dwaj nieznajomi, jeden z jednej, drugi z drugiej strony.

– Co jest? – wychrypiał łamiącym się ze strachu głosem. – Czego chcecie?

Mężczyźni nie odpowiedzieli. Ten po prawej chwycił go i przytrzymał tak mocno, że Molnar skrzywił się z bólu. Był zbyt zdumiony, żeby krzyknąć, ale nawet gdyby zachował tyle przytomności umysłu, by to zrobić, jego wołanie zagłuszyłby nieustanny hałas. Siedział więc jak sparaliżowany, gdy człowiek po lewej wbił mu pod stołem igłę w udo. Wszystko odbyło się tak szybko i dyskretnie, że nikt nie mógł tego zauważyć.

Narkotyk zaczął działać trzydzieści sekund później. Molnar przewrócił oczami i zwiotczał. Przygotowani na to mężczyźni wzięli go pod pachy, wstali i weszli w tłum.

– Ma słabą głowę – rzucił jeden z nich do tańczącej w pobliżu dziewczyny. – Co z takimi robić?

Dziewczyna wzruszyła ramionami i uśmiechnęła się, nie przerywając tańca. Gdy wyprowadzali Molnara z klubu, nikt nie zwrócił na nich uwagi.

Spalko czekał w długim, smukłym BMW. Mężczyźni wrzucili nieprzytomnego Molnara do bagażnika i wskoczyli do samochodu, jeden za kierownicę, drugi na przednie siedzenie.

Noc była jasna i pogodna. Nad horyzontem wisiał księżyc w pełni. Spalko pomyślał, że jednym pstryknięciem palca mógłby potoczyć go po czarnym nieboskłonie jak szklaną kulkę.

– Jak poszło? – spytał.

– Jak po maśle – odparł kierowca i zapalił silnik.

Bourne uciekł z Tyson Corner jak najszybciej. Chociaż uważał, że jest tam dość bezpiecznie, bezpieczeństwo było teraz bardzo względnym pojęciem. Pojechał do Wal- Martu przy New York Avenue. Wal- Mart to serce miasta, miejsce na tyle ruchliwe, że mógł tam zachować pewną anonimowość.

Samochód zostawił na parkingu między Dwunastą i Trzynastą ulicą. Zaczynało się chmurzyć, niebo na południowym horyzoncie złowieszczo pociemniało. Wszedł do środka, wybrał kilka ubrań, przybory toaletowe, ładowarkę do komórki i kilka innych drobiazgów. Potem poszukał plecaka, który by to wszystko pomieścił. Czekał w kolejce, przesuwając się noga za nogą do przodu i czuł, że jest coraz bardziej spięty. Zdawało się. że na nikogo nie patrzy, tymczasem nieustannie zerkał wokoło, czy ktoś nie zwraca na niego nadmiernej uwagi.

Myślał o zbyt wielu rzeczach naraz. Był uciekinierem i firma wyznaczyła nagrodę za jego głowę. Polował na niego dziwny młody człowiek o wielu niezwykłych talentach, jeden z najwytrawniejszych i najlepiej wyszkolonych zabójców świata. Stracił dwóch najlepszych przyjaciół i wyglądało na to, że jeden z nich był zamieszany w coś zdecydowanie niebezpiecznego i wykraczającego poza normalną pracę naukowo- badawczą.

Myśli te tak pochłonęły Bourne'a, że nie zauważył podążającego za nim ochroniarza, którego wczesnym rankiem agent CIA poinformował, że ścigają uciekiniera. Dał mu też zdjęcie – to samo, które poprzedniego wieczoru pokazywano w telewizji – i prosił o zachowanie wzmożonej czujności. Wyjaśnił, że jego wizyta jest częścią zakrojonych na szeroką skalę poszukiwań, że inni agenci odwiedzają wszystkie większe sklepy, kina i teatry, zawiadamiając ochronę, że ścigany Jason Bourne powinien być ich celem numer jeden. Dumny i nieco przerażony ochroniarz wszedł do swojej pakamery, podniósł słuchawkę i wybrał otrzymany od agenta numer.

Gdy odkładał słuchawkę, Bourne był już w toalecie. Elektryczną maszynką ściął włosy niemal do samej skóry. Potem włożył dżinsy, kowbojską koszulę w biało- czerwoną kratę z perłowymi guzikami i sportowe buty do biegania. Stanąwszy przed lustrem wiszącym nad rzędem umywalek, wyjął kilka słoiczków, które kupił w dziale kosmetycznym, i obficie wysmarował sobie twarz ich zawartością, przyciemniając cerę. Potem pogrubił sobie brwi, nadając im wydatniejszy kształt, i soczewkami kontaktowymi od Derona zmienił kolor oczu z szarego na ciemnobrązowy. Od czasu do czasu musiał przerywać, bo ktoś wchodził do toalety, ale przez większość czasu był sam.

Skończywszy, spojrzał w lustro. Nie do końca zadowolony z nowego wyglądu, przykleił sobie pieprzyk na samym czubku kości policzkowej. Teraz przemiana była kompletna. Włożył plecak, wrócił do sklepu i ruszył w stronę przeszklonego wyjścia.

Martin Lindros był wciąż w Alexandrii, w zakładzie krawieckim Leonarda Fine'a. Właśnie próbował dojść do siebie po nieudanej akcji swoich podwładnych, gdy zadzwonił do niego szef ochrony Wal- Martu przy New York Avenue. Tego ranka Lindros postanowił, że on i detektyw Harry Harris rozdzielą się i że każdy z nich obstawi teren swoimi ludźmi. Wiedział, że Harris jest o kilka kilometrów bliżej niż on, bo ledwie dziesięć minut wcześniej z nim rozmawiał. No i miał teraz dylemat. Wiedział, że szef obedrze go żywcem ze skóry za klapę u Fine'a. Gdyby się jeszcze dowiedział, że on, Lindros, dał się wyprzedzić detektywowi policji stanowej, która pierwsza przyjechała na miejsce, gdzie po raz ostatni widziano Jasona Bourne'a, natychmiast urwałby mu łeb. Fatalnie, pomyślał, dodając gazu. Fatalnie.

Ale najważniejsze to dorwać Bourne'a. I nagle podjął decyzję. Do diabła z zazdrością i międzywydziałowymi tajemnicami. Wyjął telefon, zadzwonił do Harrisa i podał mu adres Wal- Martu.

– Słuchaj uważnie, Harry, macie tam podejść po cichu, na paluszkach. Masz zabezpieczyć teren i dopilnować, żeby Webb nie uciekł, nic więcej. Pod żadnym pozorem nie pokazujcie mu się ani nie próbujcie go zatrzymać. Jasne? Za dziesięć minut będę.

Nie jestem taki głupi, na jakiego wyglądam, pomyślał Harry Harris, podając adres sklepu dowódcom trzech podlegających mu jednostek patrolowych. A już na pewno nie taki głupi, za jakiego ma mnie Lindros. Miał więcej niż spore doświadczenie z federalnymi i wcale mu się nie podobali. Uważali się za kogoś lepszego, jakby pozostałe siły policyjne nie miały pojęcia, o co w tym wszystkim chodzi, jakby działały po omacku. Lindros nie chciał wysłuchać jego teorii przedtem, dlaczego więc miałby zawracać sobie głowę i dzielić się nimi teraz? Miał go za tępego muła, za wołu roboczego, kogoś tak niezmiernie wdzięcznego za to, że został wybrany do współpracy z CIA, że powinien bez szemrania wykonywać wszystkie rozkazy. Teraz było już jasne, że Lindros chciał wyłączyć go z gry. Bourne'a widziano w Alexandrii, a on celowo mu o tym nie powiedział i gdyby nie przypadek… Skręcając na parking przed Wal- Martem, postanowił, że weźmie sprawy w swoje ręce, dopóki ma jeszcze okazję. Podjąwszy decyzję, chwycił nadajnik i zaczął wydawać rozkazy.