Выбрать главу

– O ile mnie pamięć nie myli, ty też jesteś na państwowej posadzie – odparł zgryźliwie Lindros.

– A ty nie?

Lindros omal nie udławił się żółcią.

– Posłuchaj, kutasie, ja to nie ty, jasne? Ja jestem z innej gliny. Moje wyszkolenie…

– Wyszkolenie gówno ci dało! Dwa razy miałeś Bourne'a w ręku i dwaj razy ci zwiał!

– A co ty zrobiłeś, żeby mi pomóc?

Chan patrzył, jak się kłócą. Nikt go nie zaczepiał, nikt nie spytał nawet, co tu robi. W kombinezonie mechanika wyglądał jak ci z miejskiego wydziału ruchu drogowego. Stał tuż obok nich, przed ciężarówką, udając, że ogląda miejsce, gdzie uderzył w nią samochód. Po chwili w głębokim cieniu na ścianie tunelu zauważył żelazną drabinkę. Ciekawe, dokąd prowadzi. Czy Bourne też się nad tym zastanawiał, czy po prostu wiedział? Chan rozejrzał się, żeby sprawdzić, czy nikt nie patrzy w jego: stronę, i szybko wskoczył na drabinkę, znikając z oczu tym na dole. Znalazł właz w stropie i bez zdziwienia stwierdził, że rygiel jest otwarty. Pchnął klapę i wyszedł z tunelu.

Stanąwszy na rondzie, zaczął powoli obracać się w prawo, uważnie lustrując okolicę. Twarz smagał mu porywisty wiatr. Niebo jeszcze bardziej pociemniało, jakby posiniaczył je przytłumiony odległością grzmot burzy przetaczającej się nad głębokimi kanionami ulic i szerokimi alejami miasta. Na zachodzie były autostrady Rock Creek Parkway, Whitehurst Freeway i Georgetown. Na północy widniały strzeliste gmachy ciągu hoteli: ANA, Grandu, Park Hyatta, Marriotta i Rock Creeka. Na zachód od nich, między placem McPhersona i Parkiem Franklina, biegła K Street. Na południu był Foggy Bottom, Uniwersytet Jerzego Waszyngtona i masywny gmach Departamentu Stanu. Nieco dalej, w miejscu gdzie skręcający na wschód Potomac rozszerza się, tworząc spokojne rozlewisko Tidal Basin, zobaczył srebrzysty punkcik, znieruchomiały na tle nieba samolot, który błyszczał jak lustro nad pokrywą gęstniejących chmur. Samolot schodził do lądowania.

Chanowi zadrgały nozdrza, jakby zwęszył zdobycz. Lotnisko. Bourne spróbuje dostać się na lotnisko. Był tego pewien, bo na jego miejscu zrobiłby to samo.

David Webb i Jason Bourne to jedna i ta sama osoba: złowieszczy cud. Ten cud nie dawał mu spokoju, odkąd mu się objawił. Myśl, że on i Bourne wykonywali ten sam zawód, była zniewagą, pogwałceniem wszystkiego, co z takim trudem dla siebie zbudował. Bo to on – i tylko on – zdołał wyrwać się z bagien azjatyckich dżungli. Cudem było już samo to, że przeżył w nich tyle nienawistnych lat. Ale przynajmniej tamte dni należały wyłącznie do niego. To, że musiał teraz podzielić się sceną, którą tak bardzo chciał zawładnąć, że musiał podzielić się nią akurat z Davidem Webbem, było okrutne i do cna niesprawiedliwe. Było błędem, który musiał naprawić, im szybciej, tym lepiej. Nie mógł się już doczekać, kiedy stanie z nim twarzą w twarz, kiedy powie mu prawdę, kiedy spojrzy mu w oczy, wiedząc, że zanim Bourne wykrwawi się na śmierć, ta prawda go zniszczy.

Rozdział 10

Hala odlotów międzynarodowego lotniska w Waszyngtonie, wszędzie szkło i chrom. Bourne stał w cieniu. Tłumy biznesmenów z laptopami i dyplomatkami, rodziny z ciężkimi walizami, dzieci, plecaki z Myszką Miki, Power Rangersami i misiami, staruszki na wózkach, grupy mormońskich misjonarzy w drodze do krajów Trzeciego Świata, objęci kochankowie z biletami do raju – prawdziwy dom wariatów. Ale mimo kłębiących się tłumów na lotniskach panowała swoista pustka, dlatego Bourne dostrzegał jedynie puste spojrzenia pochłoniętych sobą ludzi, które są instynktowną obroną przed straszliwą nudą.

Paradoksalnie na lotniskach, gdzie czekanie urastało do rangi instytucji, czas stał w miejscu. Ale nie dla niego. Dla niego liczyła się każda minuta, bo każda minuta groziła mu śmiercią z rąk tych, dla których niegdyś pracował.

Dotarł tu przed kwadransem i przez ten czas zdążył zauważyć kilkunastu podejrzanych osobników. Jedni snuli się bez celu po hali, paląc, pijąc coś z dużych papierowych kubków i próbując nie rzucać się w oczy. Rzecz w tym, że większość z nich kręciła się w pobliżu stanowisk odprawy bagażowej i obserwowała twarze pasażerów stojących w kolejce po kartę pokładową. Bourne niemal natychmiast stwierdził, że nie wsiądzie na pokład zwykłego samolotu rejsowego. Jaki więc pozostawał mu wybór? Musiał jak najszybciej dostać się do Budapesztu.

Był w luźnych brązowych spodniach, tanim płaszczu przeciwdeszczowym, czarnym golfie i zamszowych butach zamiast adidasów, które wychodząc z Wal- Martu, wrzucił do kosza na śmieci wraz z resztą ubrania, Ponieważ go tam rozpoznano, musiał jak najszybciej zmienić wygląd, lecz oceniwszy sytuację w hali odlotów, nie był z siebie zadowolony.

Unikając agentów, wyszedł w deszczową noc i wsiadł do autobusu jadącego do terminalu towarowego. Usiadł tuż za kierowcą i wszczął z nim rozmowę. Kierowca miał na imię Ralph, a on przedstawił się jako Joe. Gdy autobus zahamował przed przejściem dla pieszych, uścisnęli sobie ręce.

– W magazynie On Time czeka na mnie kuzyn – mówił Bourne – a ja, jak ten kretyn, zgubiłem kartkę z namiarami i nie wiem, gdzie to jest.

– Gdzie pracuje? – spytał Ralph, skręcając na pas szybkiego ruchu.

– Kuzyn? Jest pilotem. – Bourne przysunął się bliżej. – Bardzo chciał latać w Americanie albo w Delcie, ale wiesz, jak to jest.

Ralph ze współczuciem kiwnął głową.

– Bogaci się bogacą, biedni biednieją. – Miał guzikowaty nos, strzechę włosów na głowie i podkrążone oczy. – Mnie nie musisz tego mówić.

To jak? Powiesz mi, gdzie to jest?

Nie tylko powiem. – Ralph zerknął w długie lusterko i puścił do niego oko. – Kończę tam zmianę. Zawiozę cię pod sam magazyn.

Chan stał na deszczu w krystalicznych światłach lotniska i intensywnie myślał. Bourne wyczułby tajniaków z CIA, zanim by ich spostrzegł. On sam naliczył ponad pięćdziesięciu, co oznaczało, że na całym lotnisku może ich być trzy razy tyle. Bourne wiedział, że nie wejdzie na pokład rejsowego samolotu bez względu na rodzaj i wyrafinowanie przebrania. Rozpoznali go w Wal- Marcie, wiedzieli już, jak wygląda – Chan podsłuchał ich rozmowę w tunelu.

Czuł, że jego ofiara jest blisko. Siedział obok Bourne'a na ławce w parku, znał jego wagę, ułożenie kości i mięśni, widział grę świateł na jego twarzy. Tak, wiedział, że tu jest. Bo właśnie jego twarzy przypatrywał się ukradkiem podczas tych kilku krótkich spotkań. Zdawał sobie sprawę, że musi zapamiętać każdy jej szczegół, każdy rys, każdą jego zmianę. Czego w niej wypatrywał, spostrzegłszy, że Bourne wykazuje wielkie zainteresowanie jego słowami? Potwierdzenia? Uzasadnienia? Nawet on tego nie wiedział. Wiedział tylko, że twarz Bourne'a stała się częścią jego świadomości. Że na dobre czy złe Bourne nim zawładnął. Że wpadli w matnię własnych żądz, z której uwolni ich dopiero śmierć.

Rozejrzał się jeszcze raz. Bourne chciał wydostać się z miasta, może nawet z kraju. CIA będzie przydzielała do tej sprawy coraz więcej agentów, rozszerzając poszukiwania i zaciskając pętlę. Na jego miejscu on też chciałby uciec z kraju, dlatego wszedł do hali przylotów, staną) przed wielkim, kolorowym planem lotniska i poszukał najlepszej drogi do terminalu towarowego. Przy tak ścisłych środkach bezpieczeństwa samoloty pasażerskie zdecydowanie odpadały, jeśli więc Bourne zamierzał uciec z tego właśnie lotniska, ucieknie samolotem towarowym. Najważniejszy był teraz czas. Tajniacy zorientują się wkrótce, że człowiek, na którego polują, nie wsiądzie do maszyny pasażerskiej, i rozszerzą obserwację na przewoźników towarowych.

Wyszedł na deszcz. Ustalił już, jakie samoloty odlatują w ciągu najbliższej godziny, i – jeśli rozumował poprawnie – pozostawało mu jedynie wypatrzyć Bourne'a i zabić go. Nie miał złudzeń, wiedział, że czeka go trudne zadanie. Zdumiony, rozgoryczony i upokorzony odkrył, że przeciwnik jest przebiegły, zdeterminowany i pomysłowy. Zranił go, zastawił na niego skuteczną pułapkę, kilka razy zdołał mu uciec. Chan zdawał sobie sprawę, że jeśli tym razem chce go dorwać, musi go zaskoczyć, gdyż Bourne będzie wypatrywał właśnie jego. Znowu wzywała go dżungla, znowu słyszał zew śmierci i zniszczenia. Koniec długiej drogi był już bliski. Tym razem przechytrzy Bourne'a i go zabije.

Zanim dojechali na miejsce, oprócz nich w autobusie nie było już nikogo. Deszcz się wzmógł, zapadł wczesny zmrok. Ciemnoszare niebo wyglądało jak tablica, na której można zapisać przyszłość.

– Magazyny On Time są w piątce, zaraz przy magazynach FedExu i Lufthansy. – Ralph zatrzymał autobus i wyłączył silnik. Wysiedli i pobiegli przez deszcz w kierunku wielkich brzydkich budynków o płaskich dachach, ciągnących się rzędem na skraju lotniska. – To tutaj, chodź.

Weszli do środka i Ralph otrząsnął się z deszczu. Choć wysoki i tęgi, miał zadziwiająco małe stopy i delikatne dłonie. Wskazał w lewo.

– Widzisz urząd celny? Dwa budynki dalej jest magazyn On Time'u. Tam znajdziesz kuzyna.

– Wielkie dzięki – odpowiedział Bourne. Ralph uśmiechnął się i wzruszył ramionami.

– Nie ma za co. – Uścisnęli sobie dłonie. – Cieszę się, że mogłem pomóc.

Gdy kierowca odszedł z rękami w kieszeniach, Bourne ruszył w stronę magazynu. Ale wcale nie zamierzał tam iść, przynajmniej nie w tej chwili. Zawrócił i poszedł za Ralphem do drzwi z tabliczką: WSTĘP TYLKO DLA PERSONELU. Wyjął kartę kredytową i patrzył, jak kierowca wkłada do czytnika identyfikator. Gdy drzwi się otworzyły i Ralph zniknął w środku, Bourne podbiegł bliżej i szybkim ruchem wsunął kartę w szparę. Drzwi się zamknęły, tak jak powinny, ale karta zablokowała zamek. Jason odliczył w duchu do trzydziestu i założywszy, że Ralph już odszedł, pchnął je i schował kartę do kieszeni.

Szatnia. Białe kafelki na ścianach i gumowa siatka na betonowej podłodze, żeby wracający spod prysznica nie zamoczyli sobie nóg. Osiem rzędów metalowych szafek, zamkniętych na kłódki z prostym zamkiem szyfrowym. Po prawej stronie otwarte drzwi do pomieszczenia z prysznicami i umywalkami. Nieco dalej toalety i kilka pisuarów.