Выбрать главу

Zamachowiec upuścił bezwładne ciało, wrócił na przednie siedzenie, wypchnął z wozu ciało kierowcy, wrzucił bieg i zanim pozostali przy życiu rebelianci zdążyli zareagować, wcisnął pedał gazu. Opancerzony transporter skoczył do przodu jak wyścigowy koń startujący z bramki na torze, przetoczył się przez gruz i bryły asfaltu i zniknął w potężnej dziurze wyrwanej w jezdni przez wybuch.

Zabójca zmienił bieg i przyspieszył, pędząc kanałem burzowym, poszerzonym przez Rosjan, którzy zamierzali wykorzystać je do operacji szturmowych przeciwko czeczeńskim buntownikom. Stalowe burty i zderzaki ocierały się od czasu do czasu o betonowe ściany, wyrzucając w powietrze snop iskier. Ale zamachowiec był już bezpieczny. Jego starannie zaplanowana akcja zakończyła się tak, jak się rozpoczęła: z zegarmistrzowską precyzją.

Po północy trujące obłoki odpłynęły, odsłaniając wreszcie księżyc. W przesiąkniętym pyłem powietrzu świecił czerwonawo, raz mocniej, raz słabiej, zależnie od intensywności blasku szalejących pożarów.

Pośrodku stalowego mostu stało dwóch mężczyzn. W płynącej pod nimi leniwej rzece odbijały się szkielety wypalonych domów, pozostałości niekończącej się wojny.

– Załatwione – powiedział jeden z nich. – Murat zginął tak, żeby to nimi wstrząsnęło.

– Nie oczekiwałem niczego innego, Chanie – odparł mu drugi. – Swoją nienaganną reputację zawdzięczasz w niemałej części zleceniom, które ode mnie otrzymujesz. – Barczysty i długonogi, był wyższy od zamachowca o dobre dziesięć centymetrów. Jego wygląd szpeciła jedynie dziwnie szklista i zupełnie bezwłosa skóra lewej części twarzy i szyi. Miał charyzmę urodzonego przywódcy, człowieka, z którym nie ma żartów.

Można było poznać, że równie dobrze czuje się na salonach władzy, forach publicznych, jak i w mrocznych zaułkach.

Chan wciąż rozkoszował się wyrazem oczu umierającego Murata. Wyraz ten był za każdym razem inny. Chan przekonał się o tym już dawno i dawno odkrył, że śmierć każdego jest procesem jedynym w swoim rodzaju, jak jedyne w swoim rodzaju jest życie każdego człowieka. I chociaż wszyscy grzeszyli, wywołane grzechem zepsucie różniło się tak samo, jak różnią się od siebie płatki śniegu. A co zobaczył w oczach Murata? Na pewno nie strach. Zdumienie, tak, wściekłość też, lecz było w nich coś jeszcze, coś znacznie głębszego: smutek, że nie zdążył ukończyć dzieła swego życia. Analiza ostatniego spojrzenia jest zawsze niekompletna, pomyślał. Bardzo chciałby wiedzieć, czy w spojrzeniu tym była również świadomość zdrady. Czy Murat wiedział, kto kazał go zabić?

Chan spojrzał na Stiepana Spalkę, który podał mu wypchaną pieniędzmi kopertę.

– Twoje honorarium. I premia.

– Premia? – Chan momentalnie skupił uwagę na sprawach bieżących. – Nie było o tym mowy.

Spalko wzruszył ramionami. W blasku czerwonego księżyca jego policzek i szyja zalśniły jak krwawa masa.

– Chalid Murat był twoim dwudziestym piątym zleceniem. Powiedzmy, że to jubileuszowy upominek.

– Jest pan bardzo hojny. – Chan schował kopertę, nie zaglądając do środka. Przeciwne postępowanie świadczyłoby o bardzo złych manierach.

– Prosiłem, żebyś mówił mi po imieniu, tak jak ja tobie.

– Ja to co innego.

– Dlaczego?

Chan znieruchomiał, przygarniając ciszę. W ciszy robił się wyższy, szerszy w ramionach.

– Nie muszę się panu tłumaczyć.

– Daj spokój – odparł Spalko z pojednawczym gestem ręki. – Przecież nie jesteśmy sobie obcy. Łączą nas najintymniejsze tajemnice.

Cisza powoli tężała. Niebo na przedmieściach Groznego rozświetlił blask eksplozji. Doszedł stamtąd trzask wystrzałów, które brzmiały jak seria wybuchów dziecięcych petard. Chan odezwał się dopiero po dłuższej chwili.

– W dżungli nauczyłem się dwóch bardzo ważnych rzeczy. Po pierwsze, ufać można tylko sobie. Po drugie, trzeba uważnie obserwować i wychwytywać nawet najdrobniejsze cechy cywilizowanego świata, bo znajomość swego w nim miejsca jest jedyną rzeczą, jaka nas dzieli od panującej w dżungli anarchii.

Spalko przyglądał mu się bez słowa. W oczach Chana lśniła łuna pożaru, nadając jego twarzy wyraz nieokiełznanej dzikości. Spalko wyobraził go sobie w dżungli, cierpiącego niedostatki, walczącego z zachłannością i nieposkromioną żądzą krwi. Dżungle południowo- wschodniej Azji to świat sam w sobie. To barbarzyńska, śmiertelnie niebezpieczna kraina rządząca się własnymi prawami. A Chan nie tylko w tej krainie przeżył, ale i rozkwitł. To, jak tego dokonał, było – przynajmniej według Spalki – jego największą tajemnicą.

– Biznesmen i klient? Wolałbym myśleć, że łączy nas coś więcej. Chan pokręcił głową.

– Śmierć ma specyficzny zapach. Pan pachnie śmiercią.

– Ty też. – Na twarzy Spalki powoli wykwitł uśmiech. – A więc zgadzasz się, że łączą nas szczególne więzy.

– Każdy z nas ma swoje tajemnice. Prawda?

– Obaj wyznajemy kult śmierci, obaj rozumiemy, jaką ma władzę. – Spalko pokiwał głową. – Mam dla ciebie to, o co prosiłeś. – Podał mu czarną kartonową teczkę.

Chan patrzył mu przez chwilę w oczy. Dzięki wrodzonej spostrzegawczości dostrzegł w nich przebłysk protekcjonalnego lekceważenia i uznał to za niewybaczalną obrazę. Ale uśmiechnął się tylko, skrywając gniew pod nieprzeniknioną maską. Nauczył się tego już dawno temu. Była to kolejna lekcja, jakiej udzieliła mu dżungla: działanie porywcze, pod wpływem chwili, często prowadzi do nieodwracalnych błędów; źródłem udanej zemsty jest cierpliwe oczekiwanie, aż krew przestanie się burzyć. Dlatego spokojnie otworzył teczkę. Znalazł w niej pojedynczą kartkę papieru z trzema krótkimi akapitami i paszportowym zdjęciem przystojnego mężczyzny. Pod zdjęciem widniał napis: "David Webb".

– Tylko tyle?

– Te informacje pochodzą z bardzo wielu źródeł. Nic poza tym o nim nie wiadomo.

Spalko powiedział to zbyt gładko. Chan był pewien, że musiał tę odpowiedź dokładnie przećwiczyć.

– Ale to on.

– Nie ma co do tego żadnych wątpliwości.

– Żadnych wątpliwości…

Sądząc po rozszerzającej się łunie, walki na przedmieściach przybrały na sile. Zadudniły moździerze, zalewając ziemię ognistym deszczem pocisków. Księżyc poczerwieniał jeszcze bardziej.

Chan zmrużył oczy i z nienawiścią zacisnął pięść.

– Szukałem go, ale nigdy nie natrafiłem na najmniejszy ślad. Myślałem, że nie żyje.

– Bo na swój sposób nie żyje.

Patrzył, jak Chan idzie przez most. Sięgnął po papierosa, pstryknął zapalniczką, zaciągnął się dymem i niechętnie go wypuścił. Gdy Chan zniknął w ciemności, wyjął telefon komórkowy i wybrał zagraniczny numer.

– Ma już teczkę – powiedział. – Wszystko przygotowane?

– Tak.

– To dobrze. Zaczniecie o północy waszego czasu.

Część 1

Rozdział 1

David Webb, profesor lingwistyki na uniwersytecie w Georgetown, ginął za stertą prac semestralnych. Szedł cuchnącym stęchlizną korytarzem olbrzymiego gmachu imienia Healy'ego, zmierzając do gabinetu Theodora Bartona, dziekana wydziału, a ponieważ był już spóźniony, postanowił pójść na skróty, wąskim, słabo oświetlonym korytarzem, o którego istnieniu wiedziało niewielu studentów, a który on odkrył już dawno temu.

Jego uniwersyteckie życie ściśle regulowały łagodne odpływy i przypływy, zmienna intensywność pogodnego bytowania. Rok był podzielony na semestry. Rozpoczynająca go surowa zima niechętnie ustępowała miejsca ostrożnej wiośnie, a ta z kolei pod koniec ostatniego semestru przechodziła w upalne i wilgotne lato. Ale Webb miał w sobie coś, co sprzeciwiało się temu błogiemu spokojowi, coś, co uparcie kierowało jego myśli ku poprzedniemu życiu, ku czasom, gdy pracował w tajnych służbach rządowych, co kazało mu podtrzymywać przyjaźń z jego byłym zwierzchnikiem Alexandrem Conklinem.

Właśnie miał skręcić za róg, gdy usłyszał chrapliwe, podniesione głosy i szyderczy śmiech, i zobaczył złowieszcze cienie tańczące na ścianie.

– Ty w mordę jebany, jęzor czerepem ci wyjdzie!

Bourne rzucił stos niesionych prac i popędził za róg. Zobaczył trzech Murzynów w płaszczach do kostek, stojących półkręgiem wokół kulącego się pod ścianą Azjaty. Stali w charakterystyczny sposób, na lekko ugiętych nogach, z luźno zwisającymi, rozkołysanymi rękami, dzięki czemu ich ciała przypominały paskudną broń, tępą, lecz giętką i gotową do użycia. Ze zdumieniem stwierdził, że ich ofiarą jest Rongsey Siv, jeden z jego ulubionych studentów.

– Ty skurwysynu – wychrypiał stojący pośrodku Murzyn. Młody i dobrze zbudowany, miał pogardliwą, wyzywającą twarz i musiał być na ostrym głodzie. – Przyszliśmy po fanty na towar.

– Towaru nigdy dość, co nie? – dodał drugi, z wytatuowanym na policzku orłem, bawiąc się kwadratowym złotym sygnetem, jednym z wielu na palcach prawej ręki. – A może nie wiesz, co to jest towar, żółtku?

– Właśnie – wtrącił ten na głodzie, wybałuszając oczy. – Pewnie nie wiesz nawet, jak to, kurwa, wygląda.

– Żółtek chce nas powstrzymać – dodał ten z tatuażem, nachylając się ku Rongseyowi. – I co nam zrobisz? Zajebiesz nas na śmierć tym swoim pieprzonym kung- fu?

Zarechotali skrzekliwie, nieudolnie naśladując stylizowane kopnięcia, i Rongsey skulił się jeszcze bardziej.

Trzeci Murzyn, krępy mięśniak, wyjął spod długiego płaszcza kij bejsbolowy.

– Podnieś łapy, żółtku – powiedział. – Połamiemy ci paluchy. – Klepnął kijem w otwartą dłoń. – Wolisz wszystkie naraz czy po jednym?

– Co ty, kurwa! – wykrzyknął ten na głodzie. – Nie będzie kutas wybierał. – Wyjął zza pazuchy własny kij i groźnie podszedł do Rongseya.

Gdy wziął zamach, Webb zaatakował. Podbiegł do nich tak cicho, a oni tak bardzo byli skupieni na swojej ofierze, że zauważyli go dopiero wtedy, gdy ich dopadł.