Uśmiechnęła się szyderczo i podeszła krok bliżej.
– O tak, znam pana doskonale. Widziałam wielu takich jak pan. Pojawiali się i znikali, a na chwilę przed śmiercią każdy z nich myślał, że jest lepszy i sprytniejszy od swego poprzednika.
– W takim razie kim jestem?
– Myśli pan, że nie wiem? Wiem aż za dobrze. Jest pan kotem z kłębkiem wełny w pazurach i chce pan tylko jednego: rozsupłać ten kłębek za wszelką cenę, nawet po trupach. Nic innego się nie liczy. Określa pana tajemnica, którą próbuje pan rozwikłać. Bez niej byłby pan nikim.
– Myli się pani.
– Nie, nie mylę się – odparła z jeszcze szerszym uśmiechem. – Właśnie dlatego nie może pan pojąć, czemu nie chcę mieć z tym nic wspólnego, nie chcę z panem współpracować ani dowiedzieć się, kto zabił mojego ojca. Po co? Czy to go przywróci do życia? On nie żyje, panie Bourne. Jest tylko trupem, który czeka, aż czas skończy to, co zaczął. – Odwróciła się. Zastukały obcasy.
– Annako…
– Niech pan mi da święty spokój. Nie interesuje mnie pańskie zdanie.
Przyspieszył kroku.
– Jak pani może tak mówić? Zamordowano sześciu ludzi, a pani…
Spojrzała na niego i zobaczył, że ma łzy w oczach.
– Błagałam ojca, żeby się w to nie mieszał, ale wie pan, jak to jest: starzy przyjaciele, urok tajemnicy. Ostrzegałam go, że to się źle skończy, ale on zbywał mnie śmiechem, tak, śmiechem. Mówił, że jako jego córka na pewno tego nie zrozumiem. Cóż, pokazał mi, gdzie moje miejsce, prawda?
– Annako, poszukują mnie za podwójne morderstwo, którego nie popełniłem. Zastrzelono moich dwóch najlepszych przyjaciół, a winę zrzucono na mnie. Nie rozumie pani, że…
– Chryste, nie słyszał pan, co powiedziałam? Wpadło jednym uchem, wypadło drugim.
– Sam nie dam rady. Potrzebują pani pomocy. Nie mam się do kogo zwrócić. Moje życie jest w pani rękach. Proszę opowiedzieć mi o Schifferze. Opowie mi pani i przysięgam, że już nigdy mnie pani nie zobaczy.
Mieszkała przy Fo utca 106/108 w Vizivaros, małej dzielnicy wzgórz i zastępujących ulice schodów, wciśniętej między Wzgórze Zamkowe a Dunaj. Z jej okien widać było plac Bema. To tam na kilka godzin przed wybuchem powstania w 1956 roku zebrały się tłumy ludzi wymachujących narodowymi flagami, z których powycinano sierpy i młoty, to stamtąd powstańcy ruszyli na Parlament.
Mieszkanie było ciasne, głównie dlatego, że prawie połowę saloniku zajmował wielki fortepian. Sięgające sufitu półki uginały się pod ciężarem książek, czasopism muzycznych, biografii kompozytorów, dyrygentów i artystów.
Usiadł i spojrzał na nuty rozłożone na fortepianie. Chopin, pierwszy nokturn b- moll z opusu dziewiątego. Musi być dobra, pomyślał.
Okno wykuszowe w saloniku wychodziło na bulwar i domy naprzeciwko. Prawie wszystkie okna były ciemne. Słychać było jazz z lat pięćdziesiątych – Thelonious Monk. W ciemności zaszczekał pies. Od czasu do czasu uliczką przejeżdżał z hurkotem samochód.
Zapaliła światło i poszła do kuchni, żeby nastawić wodę na herbatę. Z żółto- złotego kredensu wyjęła naczynia, wlała trochę wódki do filiżanek.
Otworzyła lodówkę.
– Chce pan coś zjeść? Mam ser i kiełbasę. – Powiedziała to jak do starego przyjaciela.
– Nie, nie jestem głodny.
– Ja też nie. – Westchnęła i zamknęła drzwiczki. Zachowywała się, jakby zdecydowawszy się zaprosić go do siebie, straciła całą zadziorność. Nie wspominali już o jej ojcu ani o jego bezowocnym pościgu za snajperem. Tak było lepiej.
Podała mu herbatę, przeszli do saloniku i usiedli na starej sofie.
– Ojciec współpracował z zawodowym negocjatorem Laszlo Molnarem – zaczęła bez wstępów. – To on ukrył pańskiego Schiffera.
– Ukrył? – Bourne pokręcił głową. – Nie rozumiem.
– Schiffera uprowadzono.
Jason zrobił się czujny.
– Kto go uprowadził?
Pokręciła głową.
– Ojciec wiedział, ja nie. – Zmarszczyła brwi. – Dlatego skontaktował się z nim Aleksiej. Chciał, żeby ojciec pomógł mu wywieźć Schiffera i schować go w bezpiecznym miejscu.
Bourne'owi przypomniały się słowa Mylene Dutronc: "Tego dnia, w ciągu ledwie paru godzin, otrzymał i wykonał mnóstwo telefonów. Był zdenerwowany i domyśliłam się, że ma w terenie ludzi, że prowadzą jakąś operację. Kilka razy wymienił nazwisko Schiffera. Przypuszczam, że to on był celem akcji".
– I udało mu się.
Annaka kiwnęła głową. W świetle lampki jej włosy lśniły jak miedź. Oczy i połowa twarzy ginęły w mroku. Siedziała ze złączonymi nogami, lekko pochylona, ogrzewając dłonie filiżanką herbaty.
– Natychmiast przekazał go Molnarowi. Zrobił to ze względów bezpieczeństwa. On i Aleksiej bardzo bali się ludzi, którzy go uprowadzili.
To pasuje do tego, co mówiła Mylene, pomyślał Bourne, że tamtego dnia się bał.
– Annako, żeby to wszystko nabrało sensu, musi pani zrozumieć, że ojca wystawiono na odstrzał. Gdy przyszliśmy do kościoła, snajper już czekał. Znał jego zamiary.
– Jak to?
– Zabił go, żeby pani ojciec nie zdążył mi nic powiedzieć. Ktoś bardzo nie chce, żebym znalazł tego Schiffera, i jest dla mnie oczywiste, że pani ojciec i Alex bali się tych samych, którzy uprowadzili doktora.
– W takim razie Molnarowi grozi niebezpieczeństwo.
– Czy ci tajemniczy ludzie mogli wiedzieć, że pani ojciec z nim współpracował?
– Wątpię. Ojciec był niezwykle czujny, zawsze pamiętał o ostrożności… – Spojrzała na Jasona wystraszonymi oczami. – Ale z drugiej strony ktoś wiedział o spotkaniu w kościele.
Bourne pokiwał głową.
– Wie pani, gdzie ten Molnar mieszka?
Zawiozła go na Różane Wzgórze. Budapeszt ukazał się mu jako urokliwe zbiorowisko kamienic przypominających tort urodzinowy, z pięknie rzeźbionymi nadprożami i gzymsami, brukowanych uliczek, kwiatów na balkonach z ręcznie kutego żelaza, kawiarenek z kunsztownymi żyrandolami i ich cytrynowym światłem, z czerwonawą boazerią na ścianach, jaskrawych rozbłysków w oknach, zwykłych, witrażowych i wytrawionych w secesyjne wzory. Ale Budapeszt to, podobnie jak Paryż, przede wszystkim kręta rzeka, która dzieli miasto na połowy, i spinające jej brzegi mosty. To miasto rzeźbionego kamienia, gotyckich wież, szerokich schodów, oświetlonych latarniami wałów obronnych, miedzianych kopuł, porośniętych dzikim winem murów, monumentalnych pomników i błyszczących mozaik. I miasto parasoli, bo gdy padał deszcz, rozkwitały nad Dunajem tysiącami, jak żagle.
Bourne był głęboko poruszony. Czuł się, jakby wrócił do miasta zapamiętanego z kolorowego snu, snu, który z niezwykłą, właściwą snom jasnością wypływał z jego podświadomości. Pamięć zalewała go strzępami wspomnień, ale nie potrafił wychwycić z nich niczego konkretnego.
Annaka musiała to wyczuć, bo spytała:
– Co się stało?
– Już tu byłem- odparł. – Pamięta pani? Powiedziałem, że tutejsza policja bywa trudna.
– Co do tego ma pan całkowitą rację. I nie wie pan, skąd pan o tym… wie?
Oparł głowę o zagłówek.
– Wiele lat temu miałem straszny wypadek. Nie, właściwie to nie był wypadek. Strzelano do mnie na trawlerze, wypadłem za burtę. Omal nie umarłem z szoku, utraty krwi i z zimna. Zaopiekował się mną pewien francuski lekarz. Wyjął kulę, opatrzył mnie… Wróciłem do zdrowia, ale tylko fizycznego. Przez jakiś czas straciłem pamięć, a potem powoli, żmudnie, krok po kroku zacząłem ją odzyskiwać. Ale nie całkowicie i chyba jej już nie odzyskam. Muszę żyć, jak żyję.
Annaka patrzyła prosto przed siebie, wyraźnie poruszona.
– Nie wiem, kim jestem – dodał. – Trudno to sobie wyobrazić, nie można wytłumaczyć. Człowiek czuje się wtedy jak…
– Dryfująca łódź.
Aż zadrżał.
– Tak.
– Wokoło morze, ani śladu lądu. Nie ma gwiazd, księżyca ani słońca, które wskazałoby drogę do domu.
– Tak, coś w tym rodzaju. – Był zaskoczony. Chciał spytać, skąd o tym wie, ale parkowali już przed dużą, bogato zdobioną kamienicą.
Wysiedli i weszli do przedsionka. Annaka pomacała ręką po ścianie i zapłonęło słabe światło. Mozaikowa podłoga, rząd przycisków, pod przyciskami nazwiska lokatorów, w tym Molnara. Zadzwoniła. Odpowiedziała im cisza.
– To nic nie znaczy. – Annaka pokręciła głową. – Pewnie jest u Schiffera.
Bourne podszedł do szerokich, w połowie przeszklonych drzwi.
– Zaraz się przekonamy.
Pochylił się, pomajstrował przy zamku i drzwi puściły. Annaka zapaliła światło. Paliło się przez trzydzieści sekund, w tym czasie krętymi schodami weszli na pierwsze piętro.
Mieszkanie Molnara. Zamek w końcu ustąpił, choć tym razem trwało to dłużej. Annaka chciała wejść do środka, lecz Bourne powstrzymał ją gestem ręki. Wyjął pistolet i lekko pchnął drzwi. Światło. W mieszkaniu paliło się światło, lecz panowała w nim głucha cisza. Salon, sypialnia, łazienka, kuchnia – wszędzie idealny porządek, ani śladu walki. I ani śladu Molnara.
– Niepokoi mnie to światło. – Bourne schował pistolet. – Nie, nie mógł wyjść do Schiffera.
– W takim razie zaraz wróci. Zaczekajmy.
Na półce w salonie stało kilka oprawionych w ramki zdjęć.
– To on? – spytał Jason, wskazując krępego mężczyznę z zaczesanymi do góry gęstymi czarnymi włosami.
– Tak, on. – Annaka rozejrzała się wokoło. – W tym domu mieszkali moi dziadkowie i jako dziecko często bawiłam się tu z koleżankami. Znałyśmy wszystkie przejścia i kryjówki…
Bourne powiódł palcami po grzbietach starych płyt gramofonowych w stojaku obok kosztownej aparatury stereo.
– Miłośnik opery i audiofil.
– Nie ma kompaktu?
– Ludzie tacy jak on uważają, że muzyka cyfrowa pozbawia nagranie ciepła i subtelności.
Na biurku stał laptop, podłączony do prądu i do zewnętrznego modemu. Ekran był czarny, lecz obudowa ciepła. Bourne wcisnął klawisz i komputer natychmiast ożył; był tylko w trybie uśpienia – nikt go nie wyłączył.