Выбрать главу

Oślepiony Csilla zmrużył oczy i potrząsnął głową. Tamten kompletnie go zaskoczył, co doprowadziło go do wściekłości, bo uważał, że jest przygotowany na wszystko. Potrząsnął głową jeszcze raz, lecz ślepota nie ustąpiła. Wiedział, że jeśli będzie czekał, aż światło zgaśnie, morderca zdąży uciec, dlatego wykorzystując element zaskoczenia, postanowił zaatakować mimo to. Stęknął z wysiłku, rzucił się głową naprzód i uderzył w brzuch.

W ciasnej, ciemnej przestrzeni wzrok na nic się nie przydaje, dlatego – jak uczono go w szkole policyjnej – uderzał pięściami, kantem dłoni i obcasami twardych butów. Zawsze wierzył w skuteczność ataku z zaskoczenia. Wiedział, że zabójca się tego nie spodziewa, dlatego żeby wykorzystać zaskoczenie, zadał mu tyle ciosów, ile tylko zdołał.

Tamten był silny, dobrze zbudowany. Co gorsze, znakomicie się bił i Csilla natychmiast zdał sobie sprawę, że w dłuższej walce na pewno by z nim przegrał. Dlatego próbował zakończyć starcie jak najszybciej i najskuteczniej. Niestety, popełnił fatalny błąd, odsłaniając szyję. To dziwne, lecz zamiast bólu poczuł jedynie silny ucisk. Gdy ugięły się pod nim nogi, był już nieprzytomny.

Bourne przeszedł otworem na drugą stronę i pomógł Annace zasunąć fragment ściany.

– Co się tam stało?

– Nic. Gliniarz był bystrzejszy, niż myślałem.

Krótki korytarzyk. Zza drzwi, z holu sąsiedniego budynku sączyło się ciepłe światło ze szklanych kinkietów na ścianach oklejonych kwiecistymi tapetami. Tu i tam stały ciemne drewniane ławki.

Annaka wcisnęła już przycisk windy, lecz gdy kabina podjechała wyżej, zobaczyli w niej dwóch policjantów z bronią gotową do strzału,

– Cholera jasna! – Bourne pociągnął ją w stronę schodów, lecz na schodach dudniły już ciężkie kroki: tamtędy też nie mogli uciec. Policjanci otworzyli drzwi windy. Byli w holu, już ku nim biegli. Jason i Annaka popędzili na górę. Bourne wyjął wytrych, jednym ruchem otworzył pierwsze drzwi po lewej stronie i zamknął je, zanim policjanci zdążyli skręcić w korytarz.

W mieszkaniu panowała ciemność i cisza. Nie wiedzieli, czy ktoś w nim jest. Bourne podszedł do okna, otworzył je i wyjrzał na wąski zaułek z dwoma wielkimi pojemnikami na śmiecie pod ścianą domu. Zaułek, rozmyte światło odległej latarni i metalowe schody przeciwpożarowe trzy okna dalej.

– Chodź – rzucił, wchodząc na parapet.

Annaka wytrzeszczyła oczy.

– Zwariowałeś?

– Chcesz, żeby cię złapali? – Popatrzył na nią spokojnie. – To nasza jedyna szansa.

Annaka głośno przełknęła ślinę.

– Mam lęk wysokości.

– Tu nie jest wysoko. – Wyciągnął do niej rękę i pokiwał palcem. – Chodź, nie ma czasu.

Wzięła głęboki oddech, stanęła na parapecie, zamknęła okno, spojrzała w dół i byłaby spadła, gdyby jej nie przytrzymał, przyciskając do ściany budynku.

– Chryste, to ma być niewysoko?

– Bo nie jest.

Zagryzła wargę.

– Zabiję cię za to, zobaczysz.

– Już próbowałaś. – Ścisnął ją za rękę. – Idź za mną, a nic ci się nie stanie, obiecuję.

Powolutku przesuwali się wąską ceglaną półką. Nie chciał jej popędzać, ale powodów do pośpiechu było aż nadto wiele. W domu roiło się od policjantów, którzy lada chwila mogli obstawić uliczkę.

– Musisz puścić moją rękę – powiedział i zobaczywszy, co Annaka chce zrobić, szybko dodał: – Nie, nie patrz w dół! – Mówił ostrym, surowym tonem, żeby przykuć jej uwagę. – Jeśli zakręci ci się w głowie, popatrz na ścianę. Skup wzrok na czymś małym, na cegle, jakimś pęknięciu, wszystko jedno. Zajmij czymś myśli, wtedy strach minie.

Kiwnęła głową. Bourne stanął na końcu parapetu, prawą ręką chwycił się okapu nad sąsiednim oknem i przeniósłszy ciężar ciała z lewej nogi na prawą, zwinnie przeskoczył na parapet półtora metra dalej. Odwrócił się, uśmiechnął i wyciągnął ręką.

– Teraz ty.

– Nie. – Blada jak śmierć Annaka gwałtownie pokręciła głową. – Nie dam rady.

– Dasz. Zrób tylko pierwszy krok, reszta pójdzie jak z płatka. Po prostu przenieś ciężar ciała z lewej nogi na prawą.

Milczała, uparcie kręcąc głową.

Bourne nie przestawał się uśmiechać, chociaż zaczynał ogarniać go strach. Tu, na ścianie domu, byli całkowicie odsłonięci i gdyby teraz zobaczyli ich policjanci, to po nich. Musieli dotrzeć do schodów, i to szybko.

– Jedna noga. Wystaw prawą nogę.

– Chryste. – Stała na skraju parapetu. – A jak spadnę?

– Nie spadniesz.

– Ale…

– Złapię cię, przytrzymam. – Uśmiechnął się. – No chodź.

Gdy postawiła nogę na sąsiednim parapecie, pokazał jej okap, a ona bez wahania go chwyciła.

– Teraz przenieś ciężar ciała na prawą nogę i podnieś lewą.

– Nie mogę się ruszyć.

Wiedział, że zaraz spojrzy w dół.

– Zamknij oczy – rzucił. – Trzymam cię. Czujesz moją rękę? – Kiwnęła głową, jakby się bała, że straci równowagę od dźwięku własnego głosu. – Przenieś ciężar ciała na prawą nogę, wystarczy jeden ruch… O tak, dobrze. Teraz podnieś lewą…

– Nie.

Objął ją wpół.

– W takim razie tylko podnieś nogę.

Gdy to zrobiła, mocno szarpnął i przyciągnął ją ku sobie. Przywarła do niego całym ciałem, drżąc ze strachu i ulgi.

Jeszcze tylko dwa okna. Stanął na końcu parapetu i wszystko zaczęło się od nowa- wiedział, że im szybciej przejdą dalej, tym lepiej. Drugi i trzeci parapet Annaka pokonała sprawniej, może dlatego, że nabrała odwagi, a może zupełnie się wyłączyła, ślepo wykonując jego rozkazy.

Wreszcie schody – ruszyli na dół. Dochodziło tu światło ulicznej latarni i w zaułku zalegały długie cienie. Jason miał ochotę roztrzaskać latarnię kulą, ale nie śmiał. Nie, wystarczy, że się pospieszą.

Byli już na podeście prowadzącym do drabinki kończącej się kilkadziesiąt centymetrów nad poziomem jezdni, gdy wtem kątem oka dostrzegł zmianę w grze światła. W zaułku coś się poruszyło, drgnął jakiś cień. Dwóch policjantów. Jeden z lewej, drugi z prawej strony.

Gdy tylko namierzyli uciekiniera, sierżant wysłał na ulicę jednego ze swoich. Wiedział już, że bandyta jest w sąsiednim budynku. Udało mu się zbiec z miejsca zbrodni i było bardzo wątpliwe, żeby dał się zaskoczyć na klatce schodowej. Oznaczało to, że musi wyjść z budynku, więc sierżant postanowił obstawić wszystkie możliwe punkty ewakuacji. Na dachu miał snajperów, od frontu i od tyłu. Pozostawał zatem zaułek. Nie przypuszczał, żeby zbieg mógł tam dotrzeć, ale nie chciał ryzykować.

Miał szczęście, bo skręcając z ulicy, zobaczył na schodach przeciwpożarowych zarys ciemnej sylwetki, a w świetle latarni dostrzegł podwładnego, który wchodził do zaułka z przeciwnej strony. Sierżant podniósł rękę, wskazując schody. Wyjął pistolet i właśnie ruszył do drabinki, gdy wtem sylwetka drgnęła i jakby się… rozdwoiła! Sierżant zdębiał. Na podeście schodów było dwóch ludzi. Nie jeden, tylko dwóch!

Wycelował i pociągnął za spust. Huk, brzęk rykoszetującej kuli i snop iskier. Jeden z cieni na podeście odbił się, skoczył, wylądował, zwinął w kłębek i zniknął między pojemnikami na śmierci. Policjant puścił się biegiem, dopadł pojemnika, przykucnął i powoli ruszył w jego stronę.

Sierżant czekał. Podniósł głowę i poszukał wzrokiem drugiego cienia, ale chociaż w słabym świetle trudno było dostrzec szczegóły, szybko stwierdził, że podest jest pusty. Gdzie się sukinsyn podział?

Popatrzył na policjanta, lecz policjant też zniknął. Podszedł trochę bliżej i zawołał go po nazwisku. Cisza. Wyjął walkie- talkie, żeby wezwać posiłki, i w tym samym momencie coś na niego spadło. Zachwiał się, upadł, ukląkł na jedno kolano i oszołomiony potrząsnął głową. Wtedy spomiędzy pojemników coś wyszło. Coś czy ktoś? Zanim zdał sobie sprawę, że to jednak nie policjant, otrzymał silny cios i stracił przytomność.

– To było głupie. – Jason nachylił się, żeby pomóc wstać Annace. Odtrąciła jego rękę i wstała o własnych siłach.

– Myślałem, że masz lęk wysokości.

– Jeszcze bardziej boję się śmierci – warknęła.

– Zwiewajmy stąd, zanim się zbiegną. Ty prowadzisz.

W oczach tańczyło mu światło latarni. Wybiegli z zaułka i chociaż nie widział twarzy, momentalnie rozpoznał sylwetkę i sposób chodzenia Bourne'a. Obecność towarzyszącej mu kobiety tylko odnotował. Jego też uderzyło podobieństwo wydarzeń, jakie tu zaszły, do sytuacji w domu Conklina w Manassas. Spalko. To jego robota. Sęk w tym, że w przeciwieństwie do Manassas, gdzie od razu namierzył jego człowieka, podczas starannego przeszukania okolic domu Molnara nikogo takiego nie zauważył. W takim razie kto wezwał policję? Ktoś musiał tu być, ktoś musiał widzieć, jak Bourne wchodzi z kobietą do budynku.

Odpalił silnik wypożyczonego samochodu i pojechał za nimi. Bourne wsiadł do taksówki, kobieta poszła dalej. Znał Bourne'a i wiedział, że będzie kluczył, zmieniał taksówki, dlatego jechał za nim jak po sznurku.

Minęli Fo utca. Cztery ulice za wspaniałymi kopułami Łaźni Kiralya Bourne wysiadł i wszedł do domu oznaczonego numerem 106/108.

Chan zwolnił i zaparkował naprzeciwko domu, kilkadziesiąt metrów przed wejściem. Wyłączył silnik i zgasił światła. Alex Conklin, Jason Bourne, Laszló Molnar, Hasan Arsienow… I Spalko. Ciekawe, pomyślał, ludzie pozornie ze sobą niezwiązani, a jednak związani. Była w tym pewna logika, jak zawsze, jeśli tylko umiało się ją dostrzec.

Pięć czy sześć minut później przed dom zajechała taksówka i wysiadła z niej młoda kobieta. Wytężył wzrok, lecz zanim zniknęła za ciężkimi drzwiami, zdołał dostrzec tylko jej rude włosy. Czekał, obserwując fasadę budynku. Od odjazdu pierwszej taksówki w oknach nie zapaliło się ani jedno światło, co oznaczało, że Bourne czeka na nią w holu, że tu jest jej mieszkanie. Istotnie, niecałe trzy minuty później w oknie na trzecim, najwyższym piętrze zapłonęło światło.