Выбрать главу

– Tak – rzekł – zostałaś wybrana.

– Ale w jakim celu? – spytała z drżeniem.

Zbliżył się do niej. Zasłaniając słońce, obdarzył ją promiennym uśmiechem. Czuła jego zapach, tak jak wtedy w hangarze. Męski zapach sprawił, że poczuła, jak robi jej się mokro.

– Zostałaś wybrana, by dokonać wielkich rzeczy. – Gdy się zbliżył, jego głos przycichł, lecz zyskał na intensywności. – Zino – wyszeptał – Hasan Arsienow jest słaby. Wiem o tym od chwili, w której przyszedł do mnie z tym swoim planem zabójstwa. Zastanowiło mnie, po co mu byłem potrzebny. Mocarny wojownik, który uważa, że jego przywódca nie może już przewodzić, sam go morduje, a nie wynajmuje kogoś sprytnego i cierpliwego, kto któregoś dnia wykorzysta jego słabość przeciw niemu.

Zina zadrżała pod wpływem jego słów oraz bliskości. Poczuła, że skóra ją piecze. W ustach jej wyschło, gardło miała ściśnięte.

– Skoro Hasan Arsienow jest słaby, jaki mogę mieć z niego pożytek? – Spalko położył dłoń na jej piersi, a Zinie rozszerzyły się nozdrza. – Powiem ci. – Zina zamknęła oczy. – Misja, którą wkrótce rozpoczniemy, jest najeżona niebezpieczeństwami. – Delikatnie ścisnął jej pierś, nieskończenie wolno prąc w górą. – Na wypadek, gdyby coś miało pójść nie tak, rozsądnie byłoby mieć przywódcę, który niczym magnes przyciągnie uwagę wrogów, ściągnie ich na siebie, by nie przeszkodzili w wykonywaniu zadania. – Przycisnął ciało do jej ciała i poczuł, jak wzbiera w niej spazm, którego nie była w stanie powstrzymać. – Rozumiesz, co mam na myśli?

– Tak – wyszeptała.

– To ty jesteś silna, Zino. Gdybyś chciała obalić Chalida Murata, nie przyszłabyś z tym do mnie. Sama odebrałabyś mu życie, uważając to za błogosławieństwo dla siebie samej i dla swego ludu. – Drugą rękę zbliżył do jej krocza. – Prawda?

– Tak – westchnęła. – Ale mój lud nigdy nie zaakceptowałby przywódczyni. To nie do pomyślenia.

– Dla nich, lecz nie dla nas. – Przesunął jej nogę. – Pomyśl, Zino. Jak tego dokonać?

Trudno jasno myśleć, czując napływ hormonów. Zdała sobie sprawę, że o to chodzi. Nie tylko o to, że chciał wziąć ją tu, na nagiej skale, pod otwartym niebem, ale jak wcześniej w domu architekta, poddawał ją testowi. Jeśli się teraz całkiem zatraci, jeśli się nie skupi, jeśli pożądanie zaćmi jej umysł tak, że nie będzie mogła odpowiedzieć na pytania – wówczas skończy z nią i znajdzie kogoś innego na jej miejsce.

Nawet wtedy, gdy rozpiął jej bluzkę i dotknął rozpalonej skóry, zmusiła się do przypomnienia sobie, jak to było z Chalidem Muratem, jak po wyjściu doradców słuchał tego, co ona miała do powiedzenia – i często szedł za jej radą. Nigdy nie ośmieliła się powiedzieć Hasanowi, jaką odgrywała rolę, obawiając się, że padnie ofiarą jego brutalnej zazdrości.

Jednak teraz, rozpłaszczona na skale pod naporem ciała Szejka, postanowiła znów się uciec do tego sposobu. Chwyciła Szejka za szyję, przyciągnęła do siebie i wyszeptała prosto do ucha:

– Znajdę kogoś, kogoś budzącego respekt, kogoś, czyja miłość do mnie uczyni uległym. Będę władać za jego pośrednictwem. Czeczeni ujrzą jego twarz i usłyszą głos, ale on będzie robić tylko to, co mu rozkażę.

Odchylił się od niej na chwilę. Spojrzała mu w oczy i ujrzała w nich podziw, równie intensywny, jak pożądanie. Przeszył ją dreszcz ekstazy. Wiedziała już, że przeszła drugi test. Uległa mu, a on natychmiast w nią wszedł, aż wydała z siebie długi, pełen rozkoszy pomruk.

Rozdział 18

Zapach kawy wciąż unosił się w mieszkaniu. Wrócili zaraz po posiłku, nie tracąc czasu na kawę i deser, jak nakazywałaby tradycja. Bourne miał za dużo na głowie, ale chwila wytchnienia, choć krótka, nieco go ożywiła. Podświadomość zaczęła przetwarzać uzyskane informacje.

Weszli do mieszkania, trzymając się blisko siebie. Aromat cytrusów i piżma otaczał Annakę niczym mgła i Bourne nie mógł się powstrzymać przed wdychaniem go głęboko. Chcąc się skupić, skierował myśli na bardziej przyziemne kwestie.

– Zwróciłaś uwagę na oparzenia i rany na ciele Laszló Molnara?

Wzdrygnęła się.

– Nie przypominaj mi tego.

– Torturowano go przez wiele godzin… może nawet kilka dni.

Spojrzała na niego pytająco spod zmarszczonych brwi.

– A to znaczy – wyjaśnił – że mógł zdradzić kryjówkę doktora Schiffera.

– Mógł też nie zdradzić – zaoponowała. – To też byłby powód, by go zabić.

– Nie sądzę, byśmy mogli sobie pozwolić na takie założenie.

– Co masz na myśli, mówiąc "my"?

– Tak, wiem, od teraz jestem zdany tylko na siebie.

– Próbujesz wzbudzić we mnie poczucie winy? Zapomnij o tym, nie interesuje mnie odnalezienie doktora Schiffera.

– …Nawet gdyby to, że wpadnę w niewłaściwe ręce, groziło ogólno światową katastrofą?

– O co ci chodzi?

Siedzący w wynajętym samochodzie Chan wcisnął słuchawkę głębiej do ucha. Słyszał wyraźnie każde słowo.

– Alex Conklin był świetnym fachowcem. W planowaniu i realizowaniu skomplikowanych misji był chyba najlepszy ze wszystkich ludzi, których znałem. Jak już ci mówiłem, tak bardzo potrzebował doktora Schiffera, że wyłowił go ze ściśle tajnego programu Departamentu Obrony, przeniósł do CIA, a zaraz potem sprawił, że zniknął. Zatem to, nad czym pracował Schiffer, było tak istotne, że Aleksowi zależało na jego ukryciu. I słusznie, jak się okazało, bo Schiffera ktoś porwał. W wyniku operacji, którą przeprowadził dla Aleksa twój ojciec, udało się go odbić i ukryć w jakimś miejscu znanym tylko Laszló Molnarowi. Teraz twój ojciec nie żyje – tak jak Molnar. Jedyną różnicą jest to, że Molnara torturowano, a dopiero potem zabito.

Chan wyprostował się na siedzeniu, serce biło mu szybko. "Twój ojciec?" Czy to możliwe, żeby kobietą, z którą był Bourne – tą, na którą do tej pory nie zwracał uwagi – była Annaka?

Annaka stała w smudze słonecznego światła padającego przez wykuszowe okno.,

– Jak sądzisz, nad czym pracował doktor Schiffer, że interesuje to wszystkich tych ludzi?

– Myślałem, że ciebie nie interesuje Schiffer – odparł Bourne.

– Daruj sobie. Po prostu odpowiedz na pytanie.

– Schiffer jest światowej klasy ekspertem w dziedzinie badania zachowania nietrwałych kolonii bakteryjnych. Tyle się dowiedziałem z serwisu www, który odwiedzał Molnar. Mówiłem ci o tym, ale byłaś zbyt zajęta znajdowaniem ciała biedaka.

– Niewiele mi to mówi.

– Pamiętasz, co było w tym serwisie?

– Wąglik, argentyńska gorączka krwotoczna…

– Kryptokokoza, dżuma płucna… Myślę, że nasz doktorek mógł pracować nad tymi – lub jeszcze gorszymi – śmiercionośnymi zarazkami.

Annaka przyglądała mu się przez chwilę, po czym potrząsnęła z niedowierzaniem głową.

– Sądzę – ciągnął Bourne – że Alex był tak podekscytowany – i wystraszony – bo ten cały Schiffer wynalazł urządzenie, którego można użyć jako broni biologicznej. Jeśli tak, to ma w rękach Świętego Graala terrorystów.

– O Boże! Ale… to tylko twoje domysły. Jak możesz się upewnić, że się nie mylisz?

– Muszę po prostu dalej szperać. Nadal jest ci obojętne, gdzie znajduje się doktor Schiffer?

– A jak my mielibyśmy go znaleźć? – Odwróciła się i podeszła do fortepianu, jakby był amuletem, który ochroni ją przed złem.

– Czyżbyś powiedziała "my"?

– To przejęzyczenie.

– Najwyraźniej Freudowskie przejęzyczenie.

– Przestań! – rzuciła ostro.

Poznał ją już na tyle, by wiedzieć, że mówi poważnie. Podszedł do sekretarzyka i usiadł przed komputerem. Spostrzegł kabel sieciowy łączący laptop z Internetem.

– Mam pomysł – zaczął, lecz właśnie wtedy ujrzał zadrapania. Słońce padało na wypolerowaną powierzchnią stołka od fortepianu, ujawniając świeże ślady. Ktoś był w mieszkaniu podczas ich nieobecności. Ale po co? Rozejrzał się za innymi oznakami czyjejś bytności.

– Co jest? – spytała Annaka. – Co się stało?

– Nic – odparł. Zauważył jednak, że poduszka leży w nieco innej pozycji, niż ją zostawił, trochę przesunięta w prawo.

– Jaki masz pomysł? – nalegała, wsparłszy rękę na biodrze.

– Najpierw muszę coś zabrać z hotelu – zaimprowizował. Nie chciał jej zaalarmować, ale musiał zrobić możliwie dyskretne rozpoznanie. Bardzo prawdopodobne, że ktoś, kto tu był, nadal kręci się w pobliżu. W końcu ktoś ich śledził w mieszkaniu Laszló Molnara. Ale jak, u licha, trafił tutaj za nimi? Przecież zachował najwyższą ostrożność. Istniała jedna prosta

odpowiedź: to Chan go znalazł.

Bourne złapał skórzaną kurtkę i ruszył do wyjścia.

– Zaraz wracam, słowo. Jeśli chcesz mi pomóc, wejdź tymczasem na tę stronę www, może odkryjesz coś więcej.

Jamie Hull, szef amerykańskiej ochrony szczytu antyterrorystycznego w Reykjaviku, miał obsesję na punkcie Arabów. Nie lubił ich i nie ufał im. Oni nawet nie wierzą w Boga – przynajmniej w tego właściwego – a co dopiero w Chrystusa Zbawiciela, myślał cierpko, przemierzając hol ogromnego hotelu Oskjuhlid.

Był jeszcze jeden powód, by ich nie lubić: kontrolowali trzy czwarte światowych złóż ropy. Bo w końcu gdyby nie to, nikt nie zwracałby na nich uwagi, a oni sami wyrżnęliby się nawzajem w rozmaitych wojnach plemiennych. Nic dziwnego, że powołano odrębne zespoły ochrony dla delegacji każdego z obecnych na szczycie krajów arabskich. Na szczęście pracę wszystkich koordynował Fejd al- Saud.

Jak na Araba Fejd al- Saud nie był taki zły. Był Saudyjczykiem… czy może sunnitą? Hull potrząsnął z rezygnacją głową. Nie miał pojęcia. No proszę, kolejny powód, by ich nie lubić, nigdy nie wiadomo, kim, do diabła, są i komu odrąbaliby rękę, gdyby dać im sposobność. Jednak Fejd al- Saud odebrał nawet zachodnią edukację – gdzieś w Londynie, w Oksfordzie… a może w Cambridge? Zresztą bez różnicy! Rzecz w tym, że można z nim było rozmawiać po angielsku, a on nie patrzył na człowieka, jakby mu właśnie wyrosła druga głowa.