Выбрать главу

Podszedł do drzwi i przyłożył do nich ucho. Słyszał tylko ciche, zlewające się w jednostajny szum głosy docierające z innych biur na piętrze. Miał na sobie czarne spodnie, buty, koszulę i krótką kurtkę sięgającą do pasa.

– Złóż wersalkę – rozkazał – a potem zajmij się pracą, jakby nie zaszło nic nadzwyczajnego. Musisz zachowywać się tak jak zwykle.

Hearn pokiwał głową, mocując płyty pilśniowe i przykrywając je poduchami.

– Znajdujemy się na piątym piętrze – powiedział. – A ty musisz się dostać na trzecie.

– Pokaż plan.

Hearn siadł przed komputerem i otworzył plik zawierający plany architektoniczne budynku.

– Wyświetl plan trzeciego piętra – polecił Chan, patrząc mu przez ramię.

Kiedy Hearn wykonał polecenie, Chan przestudiował dokładnie rozkład pomieszczeń.

– Co to takiego? – spytał, wskazując palcem ekran.

– Nie mam pojęcia. – Hearn spróbował powiększyć obraz. – Wygląda jak niezagospodarowana przestrzeń.

– Albo – powiedział powoli Chan – pokój przylegający do sypialni Spalki.

– Tylko że nie ma do niego żadnych drzwi – zauważył Hearn.

– Ciekawe. Zastanawiam się, czy Spalko nie wprowadził przypadkiem pewnych zmian bez wiedzy architekta.

Zapamiętawszy rozkład wszystkich pomieszczeń i korytarzy, Chan odwrócił się od komputera. Teraz musiał zobaczyć trzecie piętro na własne oczy. Kiedy dotarł do drzwi, spojrzał na Hearna.

– Pamiętaj. Nie spóźnij się na swoje spotkanie.

– A co z tobą? – zapytał Hearn. – Nie możesz się tam dostać.

Chan potrząsnął głową.

– Im mniej będziesz wiedział, tym lepiej.

W słonecznym islandzkim poranku, wśród mineralnych zapachów niesionych wiatrem znad gorących źródeł załopotały flagi. Skomplikowana aluminiowa konstrukcja estrady została wzniesiona na skraju płyty lotniska Keflavik w miejscu, które Jamie Hull, Borys Iljicz Karpow i Fejd al- Saud uznali za najbardziej bezpieczne na całym obiekcie. Żaden z nich, nawet towarzysz Borys, nie byli zbyt uszczęśliwieni faktem, że ochraniani przez nich przywódcy państwowi postanowili pojawić się na tym publicznym forum, jednak pod tym względem wszyscy politycy byli jednakowi. Uważali za konieczne nie tylko okazać publicznie swoją solidarność, ale również dowieść swej nieustraszoności. Wszyscy zdawali sobie sprawę z niebezpieczeństwa zamachu, gdy obejmowali swoje urzędy, i doskonale rozumieli, że ryzyko to wzrosło niepomiernie, kiedy zgodzili się na uczestnictwo w szczycie antyterrorystycznym. Jeśli chce się zmienić świat, to wydaje się oczywiste, iż może znaleźć się ktoś, kto postara się do tego nie dopuścić.

I tak oto w dniu rozpoczęcia obrad flagi Stanów Zjednoczonych, Rosji i czterech najbardziej wpływowych państw arabskich i łopotały na mroźnym wietrze; na tkaninie, którą udrapowano estradę, widniało wybrane po drobiazgowych dysputach logo spotkania. Uzbrojeni agenci ochrony obstawili obiekt, a we wszystkich strategicznych miejscach ukryli się snajperzy. Dziennikarze, którzy zjechali się na tę okazję z całego świata, mieli obowiązek stawić się na miejsce na dwie godziny przed rozpoczęciem konferencji prasowej. Zostali metodycznie sprawdzeni, zweryfikowano ich akredytacje i pobrano odciski palców, które następnie porównano ze znajdującymi się w kilku bazach danych. Fotografów ostrzeżono, żeby nie zakładali filmów w aparatach, bo ich sprzęt miał być na miejscu prześwietlony promieniami Rentgena. Wszystkie telefony komórkowe zostały skonfiskowane, dokładnie oznaczone i zdeponowane poza obszarem bezpieczeństwa, skąd można je było odebrać po zakończeniu imprezy. Nie pominięto absolutnie niczego.

Gdy prezydent Stanów Zjednoczonych pojawił się na estradzie, Jamie Hull znajdował się tuż obok, razem z agentami Secret Service. Hull był w ciągłym kontakcie radiowym z każdym członkiem swojego kontyngentu oraz z dwoma pozostałymi szefami ochrony. Za prezydentem USA stanął Aleksander Jewtuszenko, prezydent Rosji, któremu towarzyszył Borys i oddział ponurych agentów FSB. Dalej ustawili się czterej przywódcy arabscy, każdy z oddzielną obstawą.

Tłum gapiów i dziennikarzy naparł do przodu, zatrzymując się przed estradą, na którą właśnie weszli dygnitarze. Wypróbowano mikrofony, kamery zaczęły transmisję na żywo. Prezydent Stanów Zjednoczonych stanął na mównicy jako pierwszy. Był wysokim, przystojnym mężczyzną o wydatnym nosie i oczach przypominających ślepia psa łańcuchowego.

– Obywatele świata! – rozpoczął silnym, dźwięcznym głosem wyćwiczonym w wielu zwycięskich kampaniach wyborczych, wygładzonym na konferencjach prasowych i uszlachetnionym podczas licznych rozmów w cztery oczy w Ogrodzie Różanym i Camp David. – Nadszedł wielki dzień dla pokoju i międzynarodowej walki o wolność i sprawiedliwość przeciwko siłom przemocy i terroryzmu. Dzisiaj po raz kolejny stajemy przed wielkim dylematem historii. Czy pozwolimy, by ludzkość stoczyła się w mrok, ogarnięta strachem i bratobójczą wojną, czy też zjednoczymy się i zadamy ostateczny cios naszym wrogom, gdziekolwiek by się skryli?

Siły terroryzmu – ciągnął – sprzysięgły się przeciwko nam. Nie łudźmy się! Terroryzm jest współczesną hydrą, bestią o wielu łbach. Jednak uświadamiając sobie z całą jasnością trudy obranej przez nas drogi, nie zboczymy z niej i nie zaprzestaniemy wspólnych wysiłków w walce pokój. Tylko zjednoczeni zdołamy pokonać wielogłowego potwora. Tylko zjednoczeni mamy szansę uczynić świat bezpiecznym dla nas i naszych dzieci.

Kiedy zakończył przemowę, gruchnęły gromkie brawa. Po nim przed mikrofonem stanął prezydent Rosji, który powiedział mniej więcej to samo. Znowu rozległy się gromkie brawa. Czterej arabscy przywódcy, choć w nieco bardziej mglistych słowach, jeden po drugim także wskazali na palącą potrzebę zjednoczenia sił, aby wyplenić terroryzm raz na zawsze.

Następnie przywódcy odpowiadali przez kilka minut na pytania dziennikarzy, po czym cała szóstka stanęła razem, pozując do zdjęć. Był to wspaniały widok, niezapomniany, gdy wszyscy chwycili się za ręce i unieśli je wysoko w bezprecedensowym akcie symbolizującym solidarność Zachodu ze Wschodem.

Ludzie opuszczali płytę lotniska w radosnym nastroju. Nawet najbardziej sceptycznie nastawieni dziennikarze i fotoreporterzy przyznali, że szczyt rozpoczął się bardzo optymistycznym akcentem.

– Czy zdaje pan sobie sprawę, że to już trzecia para lateksowych rękawiczek?

Stiepan Spalko siedział przy poplamionym krwią stole na krześle, na którym dzień wcześniej siedziała Annaka. Przed nim leżała kanapka z bekonem, sałatą i pomidorem, którą polubił podczas długich okresów rekonwalescencji między operacjami, jakim poddał się w Stanach Zjednoczonych. Sandwicz spoczywał na talerzu z delikatnej porcelany, a obok stał kryształowy kieliszek napełniony przednim bordeaux.

– Nieważne. Robi się późno. – Postukał w szybkę chronometru na swoim nadgarstku. – Właśnie uświadomiłem sobie, panie Bourne, że nasza zabawa dobiega końca. Czuję się w obowiązku powiedzieć panu, jaką ogromną przyjemność sprawił mi pan tej nocy. – Roześmiał się zgrzytliwie. – Czego, obawiam się, nie może pan powiedzieć o mnie.

Przeciął kanapkę na dwa równe trójkąciki dokładnie według zaleceń. Podniósł jeden z nich, ugryzł i żuł powoli, ze smakiem.

– Wie pan, panie Bourne? Sandwicz z bekonem, sałatą i pomidorem jest do niczego, o ile bekon nie został świeżo ugotowany i pocięty na odpowiednio grube plastry.

Przełknął kęs, odłożył kanapkę, podniósł kryształowy kieliszek i przepłukał usta łykiem bordeaux. Potem odsunął krzesło, wstał i podszedł do fotela dentystycznego, na którym siedział unieruchomiony Jason Bourne. Jego głowa spoczywała bezwładnie na piersiach, a podłogę w promieniu pół metra od niego pokrywały plamy krwi.

Kłykciem zakrzywionego palca Spalko uniósł mu głowę. Oczy Bourne'a, mętne od wielogodzinnych tortur, były podkrążone i zapadnięte, a twarz blada, jakby odpłynęła z niej cała krew.

– Zanim odejdę, muszę podzielić się z panem ironią całej sytuacji. Godzina mojego triumfu jest już blisko. I nie ma najmniejszego znaczenia, że nic mi pan nie powiedział. Liczy się tylko to, że jest pan tutaj w bezpiecznym miejscu i nie może mi pan w żaden sposób zagrozić. – Roześmiał się. – Jaką straszliwą cenę zapłacił pan za milczenie! I na co to

wszystko, panie Bourne? Na nic!

Chan zobaczył strażnika stojącego w korytarzu przy windzie i ruszył w kierunku drzwi na klatkę schodową. Przez wzmocnioną drucianą siatką szybę spostrzegł dwóch uzbrojonych ochroniarzy palących papierosy i rozmawiających przy schodach. Co piętnaście sekund jeden z nich wyglądał na korytarz. Klatka schodowa była zbyt dobrze strzeżona.

Zawrócił. Idąc przez korytarz spokojnym, niespiesznym krokiem, wydobył pistolet pneumatyczny, który kupił od Oszkara. Gdy tylko wartownik go zauważył, Chan uniósł broń i wystrzelił. Nasączone substancją chemiczną ostrze lotki wbiło się w szyję i nieprzytomny mężczyzna osunął się na ziemię.

Chan zerwał się do biegu. Zaciągał właśnie bezwładne ciało ochroniarza do męskiej toalety, gdy przed nim wyrósł drugi strażnik z pistoletem maszynowym wymierzonym prosto w jego pierś.

– Stać! – krzyknął. – Rzuć broń na podłogę i trzymaj dłonie tak, żebym je widział.

Chan wykonał polecenie. Kiedy unosił ręce, nacisnął sprężynowy mechanizm ukryty pod mankietem. Ochroniarz złapał się za gardło. Poczuł coś jakby użądlenie osy. Ale nagle odkrył, że nic nie widzi. Była to jego ostatnia myśl.

Chan zaciągnął oba ciała do toalety, a potem wcisnął guzik windy. Chwilę później rozsunęły się podwójne drzwi. Chan wsiadł do kabiny i nacisnął trójkę. Winda ruszyła w dół, kiedy jednak minęła czwarte piętro, stanęła, zatrzymując się na półpiętrze. Wcisnął kilka innych guzików, bez skutku. Winda utknęła, bez wątpienia nieprzypadkowo. Wiedział, że ma niewiele czasu, by wydostać się z pułapki, jaką zastawił na niego Spalko.