– Co ty wyprawiasz? – warknął. – O mało mnie nie utopiłeś!
Bourne otworzył usta, żeby coś powiedzieć, ale wskazał tylko w dół rzeki, gdzie z wody sterczał gruby żelazny pal. Po drugiej stronie granatowych wód Dunaju wozy strażackie, karetki i radiowozy policji wciąż oblegały siedzibę Humanistas Ltd. Tłumy gapiów dołączyły do ewakuowanych pracowników, zalewając falami chodniki i wylęgając na jezdnie, a ciekawscy sąsiedzi wychylali się przez okna, by mieć jak najlepszy widok. Łodzie kursujące w górę i w dół rzeki zatrzymywały się i chociaż policjanci gestami nakazywali im płynąć dalej, pasażerowie stawali przy barierkach, aby przyjrzeć się temu, co musieli uznać za początek wielkiej katastrofy. Ale wszyscy się spóźnili. Wyglądało na to, że pożar, który wybuchł w szybie windy, został już ugaszony.
Bourne i Chan ruszyli chyłkiem wzdłuż brzegu i czym prędzej wdrapali się na drabinę. Na szczęście dla nich wszystkie oczy zwrócone były na gmach Humanistas. Kilka metrów dalej część nabrzeża zawaliła się, tworząc wnękę, którą zabezpieczono drewnianymi palami. Wczołgali się do tej prowizorycznej jaskini, kryjąc się w mroku.
– Daj mi swój telefon – powiedział Chan. – Mój jest przemoczony.
Bourne odwinął komórkę Conklina ze szmat i podał Chanowi, który zadzwonił do Oszkara i poinformował go, gdzie są i czego potrzebują. Słuchał przez krótką chwilę odpowiedzi, po czym zwrócił się do Bourne'a.
– Oszkar, mój budapeszteński kontakt, załatwi nam czarter. I przywiezie ci antybiotyki.
Bourne kiwnął głową.
– No dobra, przekonajmy się, ile jest wart ten twój kontakt. Powiedz mu, że potrzebujemy planów architektonicznych hotelu Oskjuhlid w Reykjaviku.
Chan posłał mu gniewne spojrzenie i przez chwilę Bourne obawiał się, że się rozłączy tylko po to, by zrobić mu na złość. Przygryzł wargę. Musiał zapamiętać, żeby na przyszłość rozmawiać z Chanem w łagodniejszy sposób.
Chan powiedział Oszkarowi o planach hotelu.
– Zajmie mu to jakąś godzinę – oznajmił.
– Nie powiedział, że to niemożliwe? – zdziwił się Bourne.
– Oszkar nigdy nie mówi "niemożliwe".
– Tylko pozazdrościć takiego kontaktu.
Zerwał się mroźny wieczorny wiatr, zmuszając ich do wycofania się w głąb jaskini. Bourne wykorzystał wolny czas na oględziny ran, które zadał mu Spalko. Musiał przyznać, że Chan dobrze się spisał przy opatrywaniu drobnych nacięć pokrywających tors, ręce i nogi. Chan wciąż miał na sobie kurtkę. Teraz zdjął ją i otrzepał z wody. Kiedy to robił, Bourne zauważył mnóstwo kieszonek w podszewce. Wszystkie wyglądały na wypełnione.
– Co tam masz? – zapytał.
– Narzędzia pracy – odparł wymijająco Chan i znów przyłożył do ucha telefon. – Ethan, to ja – powiedział. – Czy wszystko w porządku?
– To zależy – odezwał się Hearn. – W całym tym zamieszaniu odkryłem, że mój gabinet był na podsłuchu.
– Czy Spalko wie, dla kogo pracujesz?
– Nigdy nie wymieniłem twojego imienia. Poza tym zwykle dzwoniłem do ciebie spoza biura.
– Mimo to radzę ci zniknąć.
– Myślałem dokładnie o tym samym – powiedział Hearn. – Cieszę się, że cię słyszę. Po tych eksplozjach nie wiedziałem już, co myśleć.
– Trochę wiary, człowieku – odrzekł Chan. – Dużo na niego masz?
– Wystarczy.
– Zbierz to wszystko i wiej stamtąd jak najszybciej. Zemszczą się na nim bez względu na to, co się stanie.
Usłyszał, jak Hearn bierze głęboki oddech.
– Co to ma znaczyć?
– To znaczy, że chcę się zabezpieczyć. Jeśli z jakiegoś powodu nie będziesz mógł przekazać materiałów mnie, skontaktuj się z… poczekaj chwilę. – Odwrócił się do Bourne'a i spytał: – Znasz w agencji kogoś, komu można by powierzyć informacje inkryminujące Spalkę?
Bourne pokręcił głową, lecz natychmiast przypomniał sobie, co Conklin mówił mu o zastępcy dyrektora.
– Martina Lindrosa – odparł.
Chan kiwnął głową i powtórzył nazwisko Hearnowi, po czym rozłączył się i oddał telefon.
Bourne poczuł się bardzo nieswojo. Chciał znaleźć sposób, żeby nawiązać z Chanem kontakt. W końcu go zapytał, jak zdołał dotrzeć do pokoju przesłuchań. Odetchnął z ulgą, gdy Chan zaczął mówić. Opowiedział Bourne'owi o tym, jak ukrył się w wersalce, o eksplozji w szybie windy i o ucieczce z zaryglowanego pokoju. Nie wspomniał jednak o podstępie Annaki.
Bourne słuchał go z rosnącym podziwem, lecz mimo to odczuwał nieuchwytny dystans, jakby rozmowę prowadził ktoś inny. Uciekał od Chana; psychiczne rany były zbyt świeże. Doszedł do wniosku, że przy obecnym osłabieniu nie jest jeszcze mentalnie przygotowany, aby poradzić sobie z dręczącymi go pytaniami i wątpliwościami. Tak więc obaj rozmawiali niezręcznie, ciągle omijając główny problem stojący między nimi niczym forteca, którą można oblegać, ale nigdy zdobyć.
Godzinę później w swojej firmowej furgonetce przyjechał Oszkar z ręcznikami, kocami, nowymi ubraniami i antybiotykami dla Bourne'a. Poczęstował ich gorącą kawą z termosu. Potem wgramolili się na tylne siedzenie, a gdy się przebierali, zebrał ich przemoczone, podarte rzeczy, związał w tłumok i odłożył na bok tylko kurtkę Chana. Potem dał im wodę i jedzenie, które natychmiast pochłonęli.
Jeżeli widok ran Bourne'a go zaskoczył, nie dał tego po sobie poznać, a Chan uznał, że domyślił się, iż misja zakończyła się powodzeniem. Podał Bourne'owi lekkiego laptopa.
– Kompletne plany hotelu są zapisane na twardym dysku – oznajmił – podobnie jak mapy Reykjaviku i okolic, a także garść podstawowych informacji, które moim zdaniem mogą wam się przydać.
– Jestem pod wrażeniem. – Bourne powiedział to do Oszkara, ale myślał również o Ghanie.
Martin Lindros odebrał telefon tuż po jedenastej przed południem czasu wschodniego. Wskoczył do samochodu i pokonał piętnastominutową trasę do Szpitala imienia Jerzego Waszyngtona w niespełna osiem minut. Detektyw Harry Harris był na ostrym dyżurze. Lindros użył swoich pełnomocnictw i kazał się zaprowadzić do chorego. Na miejscu zasunął parawan przy łóżku i spytał:
– Co ci się, do cholery, stało?
Harris łypnął na niego z poduszek. Jego twarz była napuchnięta i posiniaczona. Miał rozciętą górną wargę i zaszytą ranę pod lewym okiem.
– Wywalili mnie z roboty, ot co.
Lindros pokręcił głową.
– Nie rozumiem.
– Prezydencka doradczyni do spraw bezpieczeństwa narodowego zadzwoniła do mojego szefa. Bezpośrednio. I wymogła na nim, żeby mnie wywalił. Zwolnił bez odprawy i prawa do emerytury. Powiedział mi to wczoraj, kiedy mnie wezwał na dywanik.
Lindros zacisnął pięści.
– A potem?
– Jak to? Wypieprzył mnie na zbity pysk. Poniżył mnie po tylu latach wzorowej służby.
– Jak trafiłeś tutaj?
– A, o to. – Harris odwrócił głowę, spoglądając w pustkę. – Zdaje się, że się upiłem.
– Zdaje ci się?
Harris popatrzył na niego z błyskiem w oku.
– Urżnąłem się jak świnia, okej? Myślę, że przynajmniej tyle mi się należało.
– Ale dostałeś jeszcze po gębie.
– Taa… Jeśli dobrze pamiętam, między paroma harleyowcami doszło do sprzeczki, która przerodziła się w bójkę.
– I pewnie uważasz, że pranie po pysku też ci się należało.
Harris nie odpowiedział.
Lindros potarł dłonią twarz.
– Wiem, że obiecałem się tym zająć, Harry. Myślałem, że mam wszystko pod kontrolą, nawet Starego udało mi się przekonać. Nie przyszło mi do głowy, że Alonzo- Ortiz wykona taki ruch.
– Pieprzyć ją – powiedział Harris. – Pieprzyć ich wszystkich. – Zaśmiał się gorzko. – Jak mawiała moja mamusia: "Żaden dobry uczynek nie ujdzie kary".
– Słuchaj, Harry, nigdy nie rozgryzłbym sprawy tego Schiffera, gdyby nie ty. Nie zostawię cię. Wyciągnę cię z tego.
– Czyżby? Chciałbym wiedzieć jak, do kurwy nędzy?
– Jak powiedział Hannibaclass="underline" "Znajdziemy jakąś drogę, a jak nie, to ją wyrąbiemy".
Kiedy byli gotowi, Oszkar zawiózł ich na lotnisko. Bourne, który nie doszedł jeszcze do siebie po torturach, chętnie pozwolił prowadzić komu innemu. Mimo to zachował operacyjną czujność. Z zadowoleniem zauważył, że Oszkar często zerka w lusterko, sprawdzając, czy ktoś nie siedzi im na ogonie. Zdawało się, że nikt ich nie śledzi.
W oddali zamajaczył kształt wieży kontrolnej i chwilę później Oszkar zjechał z autostrady. W pobliżu nie było policjantów. Nic nie wskazywało na żadne zagrożenie. Mimo to Bourne wolał się mieć na baczności.
Nikt ich nie zatrzymał, gdy przejeżdżali po lotnisku w stronę lądowiska przeznaczonego dla usług czarterowych. Samolot już na nich czekał, zatankowany i gotowy do startu. Wysiedli z wozu. Bourne uścisnął Oszkarowi dłoń.
– Jeszcze raz dziękuję.
– Nie ma za co – odparł Oszkar z uśmiechem. – Wszystko jest wliczone w rachunek.
Kiedy odjechał, weszli po schodkach do samolotu.
Pilot powitał ich na pokładzie, po czym złożył schodki i zatrzasnął drzwi. Bourne podał mu cel podróży i pięć minut później oderwali się od ziemi, rozpoczynając dwugodzinny lot do Reykjaviku.
– Za trzy minuty znajdziemy się nad kutrem – oznajmił pilot. Spalko poprawił słuchawkę radiową w uchu, wziął schłodzony pojemnik
Petera Sido i przeszedł na tył samolotu, gdzie przypiął się do uprzęży. Mocując zaczep, popatrzył na tył głowy Sido, który siedział przykuty kajdankami do fotela. Jeden z uzbrojonych ludzi Spalki siedział obok niego.
– Wiecie, gdzie go zabrać – powiedział ściszonym głosem do pilota.
– Tak jest. Na pewno będzie to daleko od Grenlandii.
Spalko podszedł do tylnych drzwi i dał znak swojemu człowiekowi, który wstał i dołączył do niego.