– Możemy się dostać tylko tamtędy – powiedział Chan.
– Jest jeden sposób – odrzekł Bourne. Kiedy furgonetka przejechała przez punkt kontrolny, zobaczył dwóch wychodzących pracowników hotelowych. Wyłonili się zza niej.
Zerknął na Chana, który skinął głową. On też ich zobaczył.
– Co o tym myślisz? – zapytał Bourne.
– Wygląda na to, że skończyli dyżur – odparł Chan.
– Też tak myślę.
Pracownicy hotelowi rozmawiali z ożywieniem. Zatrzymali się tylko na moment przy punkcie kontrolnym, żeby pokazać identyfikatory. Normalnie zaparkowaliby swoje samochody w podziemnym garażu hotelowym, ale od przyjazdu służb bezpieczeństwa cały personel hotelu musiał parkować na ulicach wokół budynku.
Poszli jak cienie za dwoma mężczyznami. Skręcili za nimi w boczną ulicę, gdzie zniknęli z oczu policjantom i siłom bezpieczeństwa. Zaczekali, aż hotelarze podejdą do swoich samochodów, i zaatakowali z tyłu. Załatwili ich cicho i szybko. Zabrali im kluczyki, otworzyli bagażniki i władowali tam nieprzytomnych mężczyzn. Wzięli ich identyfikatory hotelowe i zatrzasnęli bagażniki.
Pięć minut później pojawili się przy punkcie kontrolnym od frontu budynku, żeby nie mieć kontaktu z policjantami i ludźmi z sił bezpieczeństwa, którzy wcześniej sprawdzali dwóch wychodzących hotelarzy.
Przeszli przez kordon bez przeszkód. Wreszcie dostali się do hotelu Oskjuhlid.
Czas rozstać się z Arsienowem, pomyślał Stiepan Spalko. Ten moment zbliżał się od dawna, odkąd Spalko zdał sobie sprawę, że nie może dłużej znieść słabości Arsienowa. Arsienow powiedział mu kiedyś: "Nie jestem terrorystą. Chcę tylko, żeby mój naród dostał to, co mu się należy". Taka dziecinna postawa to fatalna wada. Arsienow mógł się oszukiwać, jak długo chciał, ale bez względu na to, czy żądał pieniędzy, wypuszczenia więźniów czy zwrotu ziemi, nie cele, lecz metody określały go jako terrorystę. Jeśli nie dostawał tego, czego chciał, zabijał ludzi. Wrogów i cywilów; mężczyzn, kobiety, dzieci – to nie robiło mu różnicy. Siał terror i zbierał śmierć.
Spalko kazał mu zabrać Ahmeda, Karima i jedną z kobiet na dół do podstacji systemu klimatyzacyjnego, skąd napływało powietrze do sali obrad. To była drobna zmiana planu. Miał tam iść Mahomet z tą trójką. Ale Mahomet nie żył, a ponieważ zabił go Arsienow, przyjął zadanie bez pytań i narzekań. Musieli teraz ściśle trzymać się wyliczonego czasu.
– Mamy dokładnie trzydzieści minut – powiedział Spalko. – Potem, jak wiemy z poprzedniego razu, przyjdzie nas sprawdzić ochrona. – Spojrzał na zegarek. – Co oznacza, że mamy dwadzieścia cztery minuty na wykonanie zadania.
Kiedy Arsienow wyszedł z Ahmedem i pozostałą dwójką, Spalko odciągnął Zinę na bok.
– Wiesz, że ostatni raz widzisz go żywego?
Przytaknęła.
– Nie masz żadnych oporów? – spytał.
– Wręcz przeciwnie – odparła. – To będzie ulga.
Spalko skinął głową.
– Chodźmy. Nie ma czasu do stracenia.
Hasan Arsienow objął dowodzenie swoją małą grupą. Mieli do wykonania ważne zadanie i musiał być pewien, że je wykonają. Skręcili za róg i zobaczyli wartownika z sił bezpieczeństwa na stanowisku w pobliżu kraty wielkiego wywietrznika.
Poszli bez wahania w jego kierunku.
– Stać – rozkazał i wycelował w nich pistolet maszynowy.
Zatrzymali się przed nim.
– Jesteśmy z ciepłowni – powiedział Arsienow po islandzku i na widok tępej miny wartownika powtórzył to po angielsku.
Wartownik zmarszczył brwi.
– Tu nie ma przewodów grzewczych.
– Wiem- odrzekł Ahmed; złapał jedną ręką pistolet maszynowy wartownika, drugą walnął jego głową o ścianę.
Gdy wartownik zaczął osuwać się na ziemię, znów go uderzył, tym razem kolbą pistoletu.
– Pomóżcie mi tutaj – rozkazał Arsienow i wetknął palce w otwory kraty wywietrznika.
Karim i kobieta dołączyli do niego, ale Ahmed dalej okładał wartownika kolbą, choć było jasne, że mężczyzna jest nieprzytomny i prawdopodobnie nie ocknie się przez jakiś czas.
– Ahmed, oddaj mi broń! – krzyknął Arsienow.
Ahmed rzucił mu pistolet maszynowy, potem zaczął kopać leżącego wartownika w twarz. Popłynęła krew i w powietrzu zapachniało śmiercią.
Arsienow odciągnął Ahmeda od wartownika.
– Kiedy wydaję ci rozkaz, to go wykonuj, bo, na Allaha, skręcę ci kark! Ahmed ciężko dyszał. Zmiażdżył Arsienowa wzrokiem.
– Mamy wyliczony czas – przypomniał wściekle Arsienow. – To nie pora, żebyś się wyżywał.
Ahmed roześmiał się. Strząsnął z siebie rękę Arsienowa i poszedł pomóc Karimowi przy kracie. Władowali wartownika do przewodu wentylacyjnego, potem pojedynczo wpełzli za nim. Ahmed, jako ostatni wchodzący, umieścił kratę z powrotem na miejscu.
Musieli przeczołgać się po wartowniku. Kiedy przyszła kolej Arsienowa, przycisnął palce do jego tętnicy szyjnej.
– Nie żyje – oznajmił.
– I co z tego? – spytał zaczepnie Ahmed. – Niedługo wszyscy będą sztywni.
Posuwali się na czworakach przewodem wentylacyjnym, dopóki nie dotarli do rozgałęzienia. Dokładnie przed nimi był pionowy szyb. Wyjęli sprzęt. Umocowali aluminiową poprzeczkę w górnym otworze szybu, przyczepili do niej linę i zrzucili w dół. Arsienow schodził pierwszy. Owinął linę wokół lewego uda i przeciągnął nad prawym. Opuszczał się wolno, zmieniając ręce. Wyczuwał po lekkim drżeniu liny, kiedy dołączają do niego następni członkowie grupy.
Zatrzymał się tuż nad pierwszą skrzynką rozdzielczą. Włączył miniaturową latarkę i oświetlił ścianę szybu. Zobaczył pionowe kable elektryczne. W ich gąszczu lśniło coś nowego.
– Czujnik ciepła! – zawołał w górę.
Karim, ekspert od elektroniki, był tuż nad nim. Kiedy Arsienow oświetlał latarką ścianę, Karim wyjął szczypce i kawałek przewodu z zaciskami krokodylkowymi na końcach. Ominął ostrożnie Arsienowa i zawisł nieco powyżej zasięgu detektora. Wierzgnął jedną nogą, zbliżył się do ściany i chwycił kabel. Przebiegł palcami po przewodach, przeciął jeden i umocował na nim zacisk. Potem usunął izolację z innego przewodu i przyczepił do niego drugi zacisk.
– Droga wolna – powiedział cicho.
Opuścił się do poziomu czujnika, ale nie zabrzmiał alarm. Udało mu się obejść obwód. Według sensora, wszystko było w porządku.
Karim przepuścił Arsienowa i zeszli na dno szybu. Mieli w zasięgu serce podsystemu klimatyzacyjnego sali obrad.
– Naszym celem jest podsystem klimatyzacyjny sali obrad – powiedział Bourne, kiedy szli z Chanem przez hol hotelowy. Chan niósł pod pachą laptopa, który dostali od Oszkara. – To najlepsze miejsce do aktywacji ich dyfuzora.
O tak późnej porze w wysokim i zimnym holu nie było nikogo poza służbami bezpieczeństwa i pracownikami hotelu. Dygnitarze byli w swoich apartamentach. Spali lub przygotowywali się do rozpoczęcia szczytu, co miało nastąpić za kilka godzin.
– Ochrona niewątpliwie doszła do tego samego wniosku – odparł Chan – co oznacza, że kiedy zbliżymy się do podstacji, będą chcieli wiedzieć, co tam robimy.
– Pomyślałem o tym – odrzekł Bourne. – Czas, żebyśmy wykorzystali
mój stan zdrowia.
Przeszli bez przeszkód przez główną część budynku i znaleźli się na ozdobnym dziedzińcu wewnętrznym z geometrycznymi żwirowymi ścieżkami, wiecznie zielonymi krzewami i kamiennymi ławkami o futurystycznych kształtach. Po drugiej stronie była część konferencyjna. W środku zeszli po trzech kondygnacjach schodów. Chan włączył laptopa, sprawdzili rozkład pomieszczeń i upewnili się, że są na właściwym poziomie budynku.
– Tędy – powiedział Chan, zamknął komputer i ruszyli dalej.
Ale oddalili się tylko trzydzieści metrów od schodów, kiedy szorstki głos ostrzegł ich:
– Jeszcze jeden krok i obaj jesteście martwi.
Na dnie szybu wentylacyjnego czeczeńscy rebelianci czekali przykucnięci, z nerwami napiętymi do granic wytrzymałości. Czekali na ten moment od miesięcy. Byli gotowi, rwali się naprzód. Drżeli z podniecenia i chłodu – im głębiej pod hotelem, tym było zimniejsze. Musieli tylko przeczołgać się krótkim przewodem wentylacyjnym, by dotrzeć do przekaźników systemu klimatyzacyjnego, ale od celu odgradzały ich służby bezpieczeństwa w korytarzu na zewnątrz kraty. Czeczeni byli unieruchomieni, dopóki tamci nie pójdą na obchód.
Ahmed spojrzał na zegarek. Zostało im czternaście minut na wykonanie zadania i powrót do furgonetki. Na czoło wystąpiły mu krople potu. Spocił się też pod pachami. Strugi potu spływały mu po ciele i drażniły skórę. Miał sucho w ustach i oddychał płytko. Zawsze tak było w akcji. Waliło mu serce i drżał na całym ciele. Jeszcze nie ochłonął po naganie od Arsienowa. Dostał ją przy innych, co było podwójnie obraźliwe. Kiedy teraz wytężał słuch, patrzył na Arsienowa z pogardą. Po tamtej nocy w Nairobi stracił dla niego cały szacunek. Nie tylko dlatego, że Arsienow został rogaczem; również dlatego, że nie miał o tym pojęcia. Ahmed wykrzywił w uśmiechu grube wargi. Przyjemne uczucie, mieć przewagę nad Arsienowem.
W końcu usłyszał, że głosy się oddalają. Skoczył naprzód, gotów na spotkanie ze swoim przeznaczeniem, ale potężne ramię powstrzymało go boleśnie.
– Jeszcze nie – syknął.
– Przecież odeszli – odparował Ahmed. – Tracimy czas.
– Ruszymy, kiedy wydam rozkaz.
Następny afront, pomyślał Ahmed. Tego już za wiele. Splunął z pogardliwą miną.
– Dlaczego mam słuchać twoich rozkazów? Ja czy ktokolwiek z nas? Nie potrafisz nawet utrzymać swojej kobiety tam, gdzie jej miejsce.
Arsienow rzucił się na niego. Walczyli przez chwilę, ale siły były równe. Reszta stała z boku. Bali się wtrącić.
– Nie będę dłużej tolerował twojej bezczelności – ostrzegł Arsienow. – Albo słuchasz moich rozkazów, albo już po tobie.
– Więc mnie zabij – odparł Ahmed. – Ale wiedz jedno: w Nairobi, tam tej nocy przed demonstracją, Zina poszła do pokoju Szejka, kiedy spałeś.