– Można i na dziki – uśmiechnęła się księżniczka. – Choć myślałam raczej o drobniejszej zwierzynie. W tym waszym lesie jest masa królików, a na łąkach widziałam bażanty.
– Kłusownictwo – ziewnęła Katarzyna. – Przestępstwo kryminalne, zagrożone karą pozbawienia wolności do trzech lat lub karą grzywny w wysokości…
– No co ty? – zdumiała się Monika. – Na własnej ziemi polować nie można?
– Takie bzdurne przepisy tu obowiązują – prychnęła Stanisława. – Prawa własności są w tym kraju deptane. Uważaj więc, żeby nikt obcy cię nie przyłapał. A jakby ktoś pytał, powiedz, że bawisz się w Indian.
Ukraińcy wygrzebali się z samochodu o szóstej rano. Ochlapali twarze w rzece, zjedli kilka kanapek przygotowanych przez Katarzynę i wzięli się do roboty. Księżniczka przeszła się po barakach, postawiła na nogi swoich robotników i zagoniła do przygotowywania rowów pod rury. Pierwszy wykop biegł w stronę stawu, dwór będzie brał wodę blisko źródła. Drugi, na ścieki, kończył się chwilowo sporą dziurą w ziemi. Szambo biologiczne dowiozą i zainstalują dopiero za kilka dni.
Tubylcy kopali, przeklinając, kac strasznie dawał im się we znaki. Co jakiś czas spoglądali w stronę dworu. Obaj cieśle, nie czekając na pryncypała, zwijali się jak w ukropie. Zaraz też pojawili się Czeczeńcy z kolejną ciężarówką belek. I też zakasali rękawy.
– Ła-mi-strajki – stary Maciej wydukał zapamiętane w młodości słowo. – I gdzie im się tak spieszy?
– Lubią pracować – odparła Monika.
– Hy, hy, hy, frajerzy! – Heniek parsknął śmiechem.
Po chwili wtórowali mu pozostali. Księżniczce opadły ręce. Czuła, że jakiekolwiek porozumienie jest kompletnie niemożliwe. Do obiadu skończyli pracę i poszli do swoich chałup.
Wracała na plac budowy głęboko zamyślona. Do popołudnia ściany podciągnięto już prawie pod dach. Anzelm uśmiechnął się lekko. Ulubiona robota przywróciła mu siły, zdjęła co najmniej dwa krzyżyki z pleców. Wymieniając uprzejmości z dziewczyną, nie przerwał ani na moment swojej pracy. Operując z ogromną wprawą toporkiem, obrabiał grubą belkę.
– Idę pojeździć – oznajmiła księżniczka. – Konika trochę przewietrzę… O której będzie kolacja?
– Jak ją zrobisz – burknęła Katarzyna.
– No to o dziewiątej – zadecydowała z uśmiechem. Nie potrafiły się na nią gniewać. Założyła klaczy damskie siodło i tyle ją widziały.
– Dzikie dziecko – westchnęła agentka. – Więcej się po lasach włóczy, niż w domu siedzi.
– Jak ja w jej wieku – mruknęła alchemiczka. – A, nieważne… – Przypomniała sobie, kiedy urodziła się ich przyjaciółka.
Pół kilometra dalej Monika zeskoczyła z klaczy i złapała za uzdę. Koń położył jej głowę na ramieniu. Tu, ze szczytu wzgórza, osadę widać było jak na dłoni. Dziedziczka tchnęła życie w tę zapomnianą przez ludzi dolinę.
Mały trak huczał ponuro, tnąc grube belki. Obsługujący go mężczyźni z wprawą obracali ciężkimi klocami, łapiąc je za pomocą siekierek trochę podobnych do góralskich ciupag.
Woda wypływała ze szczeliny pomiędzy głazami. Nieco niżej w zamierzchłej przeszłości wykopano spory zbiornik. Kto go zbudował? Kiedy? Jego brzegi wyłożono niedużymi kamieniami, dno pokryte drobniutkim żwirem wydawało się idealnie równe. W najgłębszym miejscu sadzawka miała może ze trzy metry przy dwudziestu metrach średnicy. Woda była cudownie przejrzysta. Trzeba będzie go tylko pogłębić, muł rozwiezie się na pola. Solidne fundamenty młyna wymagają podbetonowania. Na przepuście, w miejscu, gdzie kiedyś kręciło się koło, można by zainstalować niewielką turbinę. Wieś będzie miała prąd za darmo.
Dziewczyna puściła klacz, aby mogła się napić, a sama zzuła buty i zamoczyła stopy w wodzie. Nagrzana przez cały dzień była przyjemnie ciepła. Staw jest podobny do sadzawki, nad którą przeszła inicjację. Dawno, dawno temu, daleko stąd… Tylko woda jest dużo chłodniejsza, a na brzegu nie ma ruin antycznej willi.
Księżniczka wahała się tylko przez chwilę. Wszyscy zajęci są pracą, nikt jej nie zobaczy. Zrzuciła ubranie i, całkiem naga, ostrożnie się zanurzyła. Przyjemnie było zmyć pot i kurz. Czuła gładkie kamienie pod stopami, woda zamknęła się wokół jej drobnych, kształtnych piersi, nieoczekiwana pieszczota przeszyła ciało słodkim dreszczem. Zanurkowała. Zeszła prawie do dna, poczuła ciężar, miły ucisk w płucach, szum w uszach… Trzy minuty na wstrzymanym oddechu wystarczą. Wybiła się na powierzchnię i znowu dała nurka.
Coś błysnęło na dnie. Poblask słońca na kawałku szkła? Nie… Dłoń przegrzebała kamyczki. Nic. Monika wynurzyła się, zaczerpnęła potężny haust powietrza i ponownie zanurkowała. Gdzie to było? Charakterystyczny kawałek czerwonego granitu. Obok? Zanurzyła dłoń w żwirze. Mogła wstrzymać oddech na bardzo długo, ale niebawem znowu zaczęło brakować jej powietrza. Naraz poczuła pod palcami jakiś kształt. Sznurek? Nie było już czasu sprawdzać. Wypłynęła.
Dłuższą chwilę patrzyła zdumiona na swoje znalezisko. Na grubym, złotym łańcuszku połyskiwał spory kamień, oprawiony także w złoto. Zważyła łup w dłoni, pięćdziesiąt gramów, może więcej. Ktoś to zgubił? Kruszec był ciemny, pewnie bardzo długo leżał w mule… Przyjrzała się kamieniowi. W ciągu swojego długiego życia trzymała w rękach niezliczoną ilość rozmaitych klejnotów. Nauczyła się je rozpoznawać. Na pierwszy rzut oka odróżniała oliwiny od szmaragdów, szlifowane granaty od rubinów. Ale co to, u licha, jest? No nic, zbada to na spokojnie w domu.
Ciągle była naga, zresztą i tak nie miała w sukience odpowiedniej kieszeni, więc zawiesiła łańcuszek na szyi. Pogładziła konia po nosie. Klacz ostrzegawczo położyła uszy po sobie.
Szósty zmysł podpowiedział księżniczce, że jest obserwowana. Błyskawicznym ruchem sięgnęła po łuk i kołczan. Obróciła się na pięcie od razu gotowa do strzału. Zostawi podglądaczowi pamiątkę na całe życie. Szybkim spojrzeniem zlustrowała krzewy i zagajnik. Pusto. Pochyliła się, celując pod końskim brzuchem, ale także po drugiej stronie nikogo nie dostrzegła. Dziwne…
Założyła sukienkę na gołe ciało i teraz już spokojnie zabrała się za badanie okolicy. Z daleka niósł się warkot traka, ale poza tym panowała cisza. Dziewczyna wskoczyła na siodło, zatoczyła krąg wokół źródła. Ani żywego ducha. Spod nóg klaczy wyrwał się spłoszony królik. Od wielu godzin nikogo tu nie było… A może ktoś, przechodząc opodal, rzucił jedno spojrzenie w stronę stawu, zobaczywszy nagą dziewczynę, kulturalnie odwrócił wzrok i poszedł dalej? Nie, chyba nie… Zawróciła, pozbierała bieliznę i ponownie wskoczyła na konia. Gdy zjeżdżała w dolinę, powiał wiatr. Mokre włosy ciężko opadały jej na ramiona.
Obaj Ukraińcy pod kierunkiem starego Anzelma nacinali w belkach specjalne zamki. Tak wzmocnione zręby chat bez trudu oprą się nawet bardzo silnym wichrom. Na widok księżniczki przerwali robotę i uśmiechnęli się. Skinęła im głową.
Stanisława ujęła klejnot w dłoń.
– Dziwne – mruknęła. – Nie znam takiego kamienia…
– Hmmm – zadumała się Katarzyna, przejmując błyskotkę. – Czerwony jak rubin…
Zapatrzyła się w skomplikowany wzór z zielonych plamek i złocistych prążków wybiegających z wnętrza kamienia ku krawędziom.
– Może jakiś syntetyk? – podsunęła. – Z tlenków glinu pod wysokim ciśnieniem robią różne ciekawostki.
– Oprawa i łańcuszek wyglądają na bardzo stare – zaoponowała jej kuzynka. – Wszystkie szczegóły są grube, toporne… Nawet mnie wydaje się archaiczny. Szlif fasetowy, myślę, że ten drobiazg może pochodzić z piętnastego wieku. A kto wie, czy nie jest starszy.
– Nie przypomina wyrobów bizantyjskich ani bałkańskich – stwierdziła księżniczka. – Jest na to zbyt prymitywny. Nie widziałam nigdy niczego podobnego.
– Kaukaz? – podsunęła agentka. – A może dalej na wschód?
– Ani Gruzja, ani Armenia. Ozdoby z Wielkiego Stepu i Ałtaju też miewałam w ręce… – Monika pokręciła głową.
– Ani arabskie, ani etiopskie… A niech mnie – żachnęła się alchemiczka. – Może jakiś miejscowy kowal bawił się kruszcem? Tylko to szkiełko…
– Przecież nie spadło z kosmosu – uśmiechnęła się agentka.
Obie jej przyjaciółki podniosły głowy tknięte jedną myślą.
– Skądś musiało się wziąć – powiedziała Stanisława. – Nieznany kamień, może wykonany syntetycznie… Tamci zgubili, nasi znaleźli i oszlifowali.
– Ufoludków nie ma – stwierdziła stanowczo Katarzyna.
Żadna nie odpowiedziała, ale obie zadumały się głęboko. Wreszcie Stanisława wyjęła z torebki aparat cyfrowy.
– Poślę zdjęcie Alchemikowi – zadecydowała. – Może on będzie wiedział? A na razie trzeba coś konkretnie zaplanować…
Rozłożyły na stole zaimprowizowaną mapkę okolicy.
– Mamy tu ładny południowy stok wzgórza. – Katarzyna stuknęła ołówkiem. – Sądzę, że spróbujemy założyć tu winnicę. Jeśli kiedyś zliberalizują przepisy, oprócz wina będzie można też pomyśleć o produkcji koniaku.