– Albo i od razu. – Stasia uśmiechnęła się do swoich wspomnień.
– Tak czy siak, pierwsze plony z tych winorośli będą za pięć lat – ostudziła ją agentka. – Po drugie, tu rosną pigwy. – Zaznaczyła obszar. – Rosną dziko i bez sensu.
– Co radzisz?
– Rozsadzimy krzewy tutaj. – Zakreskowała stok za dworkiem. – To wprawdzie dzika odmiana, ale przy dobrym nawożeniu powinnyśmy poprawić plony. Ciekawe, ile tego będzie jesienią.
– Zawiązków owoców jest dużo – uspokoiła ją kuzynka. – To powinien być dobry rok. Teraz dereń.
– Kilkadziesiąt dużych krzaków. I też powinien być w tym roku urodzaj.
– Dereniówka, powiadasz?
– Nie tylko. – Alchemiczka przez chwilę grzebała w pamięci. – O, jeszcze robiliśmy z niego sos do mięsa.
– Tak czy inaczej, krzaki trzeba rozsadzić. Zobaczyć, czy są odrosty, zwiększyć powierzchnię uprawy. Ale to jesienią. Co by tu jeszcze? Nasadzimy orzechów, ale zaowocują chyba dopiero po paru latach… Może olej z wiesiołka? Obsiejemy wiosną pola, jeśli tylko uda się zdobyć ziarno.
– A kto by pił takie paskudztwo? – Kuzynka spojrzała na nią zaskoczona.
– Miłośnicy medycyny naturalnej. Pasieka? Łąk w okolicy cała masa. I lipy rosną. Miodu pitnego też można…
Alchemiczka spojrzała na kuzynkę spod oka.
– Co ty bez przerwy z tym alkoholem? – zaciekawiła się. – Chcesz chłopów rozpijać?
– Nie, po prostu myślę ekonomicznie, na co w tym kraju idzie najwięcej pieniędzy, a co do rozpijania, to może warto postawić u wylotu doliny karczmę?
– Dla tych denaturatowców?
– Nie, zastanawiam się nad agroturystyką. Wiesz, stadnina koni, hipoterapia, przy okazji poszłoby trochę rękodzieła. Miejsce ładne… I niedaleko szlaków komunikacyjnych.
– Do diaska! – Alchemiczka wstała i przeszła się po izbie, jakby w ten sposób chciała wyładować rozpierającą ją energię. – Ty to masz głowę…
– A zatem… – Katarzyna zaznaczała na planie kolejne budynki. – Mała garncarnia, huta szkła, fabryczka przetworów, stajnia, suszarnia ziół i olejarnia, kilka chałupek dla turystów, kuźnia, mała stolarnia…
– Tartak?
– Trak może stać w dolinie, póki nie skończymy budowy Potem trzeba go będzie przerzucić gdzieś dalej, tu robi za dużo hałasu.
– Co jeszcze?
– Przyda się sklepik.
Wzięła w dłoń linijkę i sprawdziła położenie budynków.
– Idealnie – oceniła.
– Coś to dziwnie wygląda, układają się jakby w wachlarz. – Stasia patrzyła na plan z powątpiewaniem.
– Dzięki temu, stojąc na ganku dworu, można ogarnąć spojrzeniem całą wieś – wyjaśniła jej kuzynka. -Jeden rzut oka i widzisz, czy wszystko gra. A poza tym, cóż, gdyby coś przypadkiem nie grało, bierzesz dwururkę i spokojnie walisz do każdego, kto podejdzie.
– Genialne – mruknęła.
Zastanawiające się nad rozwojem wsi dziewczęta nie zdawały sobie sprawy, że w baraku byłego sołtysa trwa inna, bardziej gorączkowa narada. A poruszane w jej trakcie tematy także krążą wokół spraw majątku i jego przyszłości.
– Diabli nadali – mruknął Heniek, patrząc na dłonie pokryte odciskami. – Ja już nie w tych latach, żeby opieprzać z łopatą jak jakiś dwudziestolatek. Czterdziestka to poważny wiek, kiedy trzeba myśleć o emeryturze. – Wzniósł pełne powagi spojrzenie w stronę sufitu.
– Ale jak? – westchnął Maciej. – Sam słyszałeś w opiece społecznej, że ponoć nie należy nam się nasza forsa, bo jesteśmy zatrudnieni. Wpadliśmy jak śliwka w gówno. Znikąd ratunku.
– A może by tak… – zadumał się były traktorzysta, gładząc trzonek młotka. – Sfajczyć jej dwór i tę kupę desek! Toż to musiało ze dwieście tysięcy kosztować. Drugi raz takiej kwoty nie zeskrobie, choćby się zesrała! Odbudować nie zdoła, będzie się musiała wynosić…
Józwa poskrobał się po ciemieniu:
– Ma ten pomysł swoje zalety. Ale ma też wady.
– Jakie?
– Widziałeś kolesiów, którzy zdejmowali te belki z ciężarówki, a potem pomagali ustawiać?
– No. Cyganie jacyś czy coś… Śniadzi tacy, nieprzyjemni.
– Mi wyglądali na jakichś z Kaukazu. – Były sołtys pokręcił głową. – Czeczeńcy, a może taliby. – Znajomość realiów geograficznych nie była jego mocną stroną. – My podpalimy dechy, a oni poderżną nam gardła, bo stracą robotę.
– To co radzisz? – Maciej popatrzył na kumpla z nadzieją.
– Z podpaleniem dworu poczekamy, aż skończą. Czeczeńcy pójdą w diabły, będzie można działać.
– Jest jeszcze ten cholerny wampir – przypomniał Heniek. – Widziałeś, jak skobel gołą ręką urwała?
– Stary był i zardzewiały…
– Nie – odezwała się stojąca w drzwiach Hanka. I Nawet jeśli, obserwowałam ją dziś. Czterometrową belkę potrafi nieść na ramieniu i nawet się nie zasapie. Krzepę ma nieprawdopodobną. A co tak siedzisz -wsiadła na byłego sołtysa. – Polej mi.
Pospiesznie napełnił jej kubek samogonem. Dosiadła się bliżej kotła.
– Póki ją mają jako ochroniarkę, nic nie zdziałamy -oznajmiła. – Cały plan rozbija się o nią.
– Załatwić? – zaproponował były traktorzysta.
– Kto niby ma to zrobić? – prychnęła brygadzist-ka. – Ty? Rozwali cię na kawałki, zanim zdążysz pierdnąć. A może nasz drogi fachowiec od rozrzucania obornika? – Spojrzała na Macieja, który sączył bimber ze słoika. – Nie ten wiek i nie ten refleks. Jakbyśmy mieli kombajn, można by spróbować ją rozjechać. I dupa. Tu potrzeba prawdziwego fachowca.
– Księdza poprosimy? – Józef błysnął pomysłem.
– Jasne… Już biegnie. Kiedy ostatni raz ktoś z nas był w kościele?
Zafrasowali się i zaczęli liczyć na palcach.
– Stryjaszek to brał ślub gdzieś jeszcze za Gierka -westchnął Heniek. – Ze trzydzieści lat będzie, albo lepiej… Bryndza. Pewnie nas już dawno skreślili.
– Ja kiedyś słyszałem, że jest fachowiec, który niczego się nie boi i każdą zmorę potrafi pokonać – mruknął Maciej. – Nazywa się Wędrowycz.
– A gdzie go niby można znaleźć? – zainteresowała się brygadzistka.
– A tego to już nie wiem.
– Do dupy ten pomysł – zgłosił zastrzeżenie młody – Trza by do niego pojechać, a forsy na bilet nie mamy Trza by z nim pogadać, to można niby wziąć flaszkę naszej berbeluchy…
– Jak nazwałeś mój bimberek? – syknął stary.
– Przeeepraszam… Flaszkę tego eliksiru. Ale za taką usługę wypadałoby mu zapłacić. I to zdrowo zapewne. A nawet gdyby niewiele brał, to za transport tutaj trza by mu zwrócić. A kasy nie mamy. I nie będziemy mieli, bo ponoć jesteśmy zatrudnieni.
– No fakt – zasępili się wszyscy.
– Trudno – westchnęła Hanka. – Nie da się problemu rozwiązać, to chociaż się napijmy…
Wychylili po kubku mętnego mózgotrzepa. I jak to bywa u nałogowców, spłynęło na nich natchnienie.
– Tak sobie myślę… – zaczął Józwa. – Wiecie, że byłem sołtysem i nawet różne sprawy urzędowe czasem załatwiałem…
Podreptał w kąt, gdzie na wypaczonym regale pleśniało kilkanaście książek. Wydobył z kieszeni okulary i ściągnąwszy jeden tom, zaczął go kartkować w słabym świetle świeczki.
– No, i coś tam znalazł? – zaciekawił się Heniek.
– Masz, przeczytaj. – Stary podsunął mu kodeks otwarty w odpowiednim miejscu.
– Ciemno tu. – Młody wolał się nie przyznawać, że już dawno zapomniał alfabetu.
– To przepisy ogólnobudowlane. I tu pisze, że żeby coś budować, trzeba załatwić zezwolenie.
– Stare te przepisy – odezwała się Hanka. – Ile to lat temu było? Ze czterdzieści stuknie, od kiedy ci tę książkę dali.
– E, aż taki stary to ja nie jestem. – Policzył na palcach. – Ze dwadzieścia lat temu. O! Tu nawet napisane jest 1985…
– Zmieniły się – mruknęła brygadzistka. – Ale w radio mówili, że biurokracja rośnie, więc może zmieniły się na gorsze?
– Tak. To prawdopodobne – zgodził się. – Teraz może trudniej pozwolenie dostać. I więcej załączników pewnie trzeba.
– To co, myślisz, że ona to stawia nielegalnie? Może ma papier?
– Nie ma. Bo to ja bym go musiał wypisywać. Przecież jestem sołtysem. – Uśmiechnął się. – Nikt mnie nie zdjął ze stanowiska.
– O, kuźwa – westchnął Maciej z szacunkiem.
– Stawia na lewo. Widzieliście, kto jej to buduje? Obcy! A jak budowa nielegalna, to znaczy, że na czarno robią.
– To jest konkret. – Hanka zamrugała powiekami. – Coś jeszcze?
– Fundament stary, po poprzednim dworze, nie? To by trzeba było ochronę zabytków zrobić. – Grzebał w przepisach. – A do samej budowy powinien być inspektor nadzoru.
– Józwa, jesteś genialny! – Heniek z radości skoczył w górę, omal nie wywracając aparatury. – Ale je udupimy… To co? Donos napiszemy?