Выбрать главу

– Mamy gotowe trzysta fasek na smalec – zaraportowała Katarzyna. – To znaczy zrobionych i odstawionych do suszenia. Trzeba je jeszcze wypalić, zanurzyć w szkliwie i wypalić jeszcze raz. Zastanawiam się, czy nie kupić dużego pieca ceramicznego. Bo w tym małym można robić partie próbne po kilka naczyń…

– Pomyślimy.

– Gęsi będą dopiero za tydzień. Okólnik zrobimy na lewo od dworu. Ihor obiecał postawić niewielką szopkę na fundamentach, które tam są.

– To był lamus – uściśliła Stanisława.

– Kukurydza, otręby owsiane i inne takie do ich karmienia też już zamówione. Jeśli chcemy mieć miód, trzeba się rozejrzeć za pszczołami i może nająć jakiegoś fachowca, żeby co jakiś czas ich doglądnął. Na ile się orientuję, w gminie nie ma ani jednego ula…

– To ciekawe – zdumiała się alchemiczka. – Bo pszczół tu istne zatrzęsienie. – Przed chwilą odpędziła jedną, latającą nad wazą. – Skąd one mogą przylatywać?

– Nie wiem. Ile kilometrów może przelecieć pszczoła? – zastanawiała się agentka.

– Nawet kilkanaście – powiedziała Monika. – W majątku była pasieka?

– Zawsze mieliśmy, czasem nawet kilkadziesiąt uli.

– No to gdzieś siedzą.

– Co masz na myśli? – zapytała Katarzyna.

– Nikt nie doglądał pszczół w PGR-ze, więc się parę razy wyroiły i uciekły. Żyją w lesie, jak dzikie. Porobiły sobie barcie w dziuplach i wypróchniałych kłodach. Może nawet kilkadziesiąt rojów…

– Ty to masz głowę. – Stanisława zerknęła na podopieczną z podziwem. – No, to teraz wystarczy wyśledzić, gdzie mieszkają, wypiłować razem z dziuplami i przenieść tutaj, a wiosną przesiedlić do nowych uli.

– Mogę spróbować je znaleźć – zaofiarowała się wampirzyca, tęsknie patrząc na swoją klacz pasącą się na łące.

– Mamy jakieś plany na popołudnie? – Agentka popatrzyła na kuzynkę.

Ta wzruszyła ramionami.

– Myślę, że możemy oddać się słodkiemu nieróbstwu.

Osiodłanie klaczy to pięć minut. Ani się obejrzały a ich przyjaciółka znikała w lesie.

Wzgórza, parowy, ścieżki wydeptane przez sarny. Las pachnie inaczej niż tamten w Bośni, jest mniej dziki, co i rusz natrafia się na ślady działalności człowieka. Na rozstaju dróg w zamierzchłej przeszłości postawiono kamienną kolumnę i figurę jakiegoś świętego. Musiało minąć wiele lat, od kiedy wszystko runęło. Szary piaskowiec porośnięty jest grubą warstwą mchu. Ale pewnie da się doczyścić. Zaznaczyła sobie to miejsce na sztabówce.

Pszczoły nie lubią nadmiaru wilgoci, nie ma sensu szukać ich w głębokich parowach. Za to na dobrze nasłonecznionych stokach wzgórz… Pierwsze gniazdo zlokalizowała niedaleko od przewróconej statuy. Owady zagospodarowały dziuplę potężnego dębu. Kilkadziesiąt metrów dalej odkryła kolejną barć. Upał wykończył ją kompletnie.

A, do diabła z pszczołami. Odgoniła kilka owadów krążących jej nad głową. Skoro już wyrwała się z domu, trzeba oddać rurę na rysunki malarzowi.

Pawłowi – poprawiła się w myślach. Ma na imię Paweł.

Postawiła na mapie jedenastą czerwoną kropkę. Jeśli Kruszewskie chcą założyć pasiekę, to mają pszczół do wypęku.

Złożyła sztabówkę i wskoczyła na siodło. Zmusiła klacz do kłusa, pęd powietrza owiewał czoło, ciało parowało. Popełniła błąd, zakładając kuse szorty. Wewnętrzne powierzchnie ud mogą się odparzyć od stykania z siodłem i końską sierścią…

Odnalazła właściwą wioskę. Zatrzymała się na krawędzi doliny i dłuższą chwilę lustrowała stoki. Nigdzie nie wypatrzyła znajomego ani jego sztalug. A zatem Pewnie jest na kwaterze.

Malarz siedział na ganku. Rysownicę położył na kolanach. W zadumie ostrzył ołówek. Nałożył francuski beret. Było mu w nim szalenie do twarzy. Na jej widok odłożył szkicownik i podniósł się z uśmiechem.

Wyglądał na nieco przygaszonego, ale teraz wyraźnie się ożywił.

– Tak czułem, że dziś wpadniesz – powiedział z uśmiechem.

Zmieszała się. Naciągnęła ze studni wiadro wody, napoiła konia i przywiązała go do płotu.

– Wejdź, proszę, pokażę ci obrazy…

Usłuchała. Ostatecznie, czego miała się bać? Gdyby miał złe zamiary, załatwi go bez problemu. Ale chyba nie ma. Wewnątrz chaty panował przyjemny chłód. Niewielka sionka dzieliła dom na dwie części. Po lewej kuchnia, po prawej coś na kształt pracowni. Obrazów było sporo, po kątach rozstawiono zagruntowane blejtramy, na nich czerniły się pierwsze szkice.

– To zasadniczo na handel i na zaliczenie. – Wskazał kilkanaście widoczków. Drewniane dworki nad stawami, łąki obsypane kwiatami. W sumie nic ciekawego, ale strasznie się jej spodobały.

– A to tak dla siebie – wyjaśnił.

Mroczny staw w gęstym lesie, w wodzie zanurzony tajemniczy kształt. Może tylko stara kłoda, a może zwłoki jakiejś topielicy. Kościotrup z kosą trzyma w dłoni klepsydrę. Rewelacyjny obraz przedstawiający stary cmentarz skąpany blaskiem księżyca. Monika nie mogła oderwać oczu. Co najmniej czterdzieści odcieni czerni…

– Robią wrażenie – przyznała.

Krypta egipskiego grobowca, zabójczo przystojny archeolog w korkowym hełmie zdejmuje jakiś amulet z szyi mumii owiniętej w resztki bandaży…

– Napijesz się wina czy herbaty?

– Wina.

Na stolik rzucił serwetę, ustawił talerz ciasteczek, przyniósł z lodówki oszronioną butelkę i dwa kryształowe kieliszki. Odkorkował zręcznie. Upiła pierwszy łyk czerwonego płynu. Mmm… Trochę zbyt zmrożone, ale znakomite.

– Z artystycznego punktu widzenia pogranicze świata żywych i umarłych jest bardzo ciekawe – powiedział. – W każdym razie niezwykle inspirujące. Zobacz to…

Odwrócił stojący pod ścianą obraz. Rzeźbione skrzydło drzwi, zza niego widoczna połowa twarzy wampirzycy. Długie zęby, kropla krwi ściekająca po brodzie.

– Wspaniałe – zachwyciła się Monika.

– A to może uda mi się sprzedać jednemu pismu na okładkę… Gadałem z nimi na razie telefonicznie, nie mam tu Internetu.

Obraz nie był jeszcze wykończony, student wystylizował go na osiemnastowieczny flamandzki portret. Tylko że nad szeroką kryzą zamiast twarzy widniała trupia czaszka.

– Robi wrażenie – przyznała.

– Oczywiście tworzę i bardziej pogodne rzeczy. – Uśmiechnął się, aż poczuła dziwny dreszcz.

Ściągnął muślinową zasłonę z kolejnego malowidła. Noc, trzy kobiety pląsające po łące. Ognisko, poblask płomieni na nagiej skórze.

– Jak widzę, malujesz też akty…

– E, taka tam partanina. Żeby namalować naprawdę dobry akt, trzeba mieć odpowiednią modelkę, a o to w tym kraju bardzo ciężko. Na szczęście znalazłem jedną.

Rozmawiali jeszcze dobrą godzinę, jak się okazało, posiadał ogromną wiedzę na temat późnośredniowiecznego malarstwa holenderskiego, a z braku odpowiednich albumów kilka problemów kompozycyjnych wyjaśnił, ilustrując własnymi, pospiesznymi szkicami. Była pod ogromnym wrażeniem jego erudycji. Wreszcie trzeba było zbierać się do domu…

Wróciła do dworu zziajana, koszula przylgnęła jej do pleców. Zadekowała się w łazience i długo nie wychodziła spod zimnego prysznica. Reszta wieczoru mijała w sennym otępieniu. Powietrze stawało się coraz bardziej duszne. Wreszcie nadeszło to, co musiało nadejść. Po kolacji niebo zaciągnęły ciemne chmury. Dobrze, że Pawło i Ihor skończyli dach.

* * *

Mężczyzna zwany Łowcą Myśli ujął w dłoń sznurek i kawałek kredy. Zaznaczył środek podłogi. Odmierzył odpowiedni odcinek linki i zatoczył koło. Wpisał w nie pentagram, a potem drugi, mniejszy i odwrócony o sto osiemdziesiąt stopni. Wilk usiadł w wykuszu okna i obserwował go obojętnie. Telepata w rogach większej gwiazdy ustawił stojaki z lustrami, w szczytach małej – wysokie świeczniki. Zapalił świece. Przez jakiś czas patrzył w zwielokrotnione odbicia, dokonał niewielkiej korekty.

– Mam wyjść? – zapytał przywódca Bractwa.

– Jak chcesz…

Łowca stanął pośrodku kręgu, rozłożył ręce i odchyliwszy się mocno w tył, zawisł w powietrzu w pozycji łamiącej wszelkie prawa fizyki, tylko piętami zaparty o podłogę.

Piętro niżej Alchemik przymknął oczy. Kamienna posadzka była twarda, ale bardziej dawało mu się we znaki znużenie bezczynnością. Co można robić w ciszy i samotności, gdy jedynym zajęciem jest monotonne piłowanie zawiasów? Na razie największym problemem jest nuda. Teoretycznie mógłby spać, ale przecież nie przez całą dobę…

Każdy ma jakieś wspomnienia, on zebrał ich naprawdę dużo. Świetlisty letni poranek, miasto budzi się do życia. Słońce przegląda się w szklonych gomółkami oknach jego kamienicy. U Jezuitów właśnie skończyły się poranne modlitwy. W kościele Świętego Szczepana uderzył głucho stary, nadpęknięty dzwon. Nadchodzi kolejny dzień studiowania starożytnych traktatów, znów przez długie godziny będzie wpatrywał się w płomienie atanora… Uczniowie i służba obudzili się, słyszy krzątaninę w zakamarkach domu.