Выбрать главу

Należałoby ustalić hierarchię tego stada. Nie ma sensu się rozdrabniać i tłumaczyć każdemu po kolei, co ma robić. Lepiej dorwać wodza, wykończyć i zająć jego miejsce. Który jest tu szefem? Zapewne ten najbardziej wytatuowany. Podeszła spokojnym, równym krokiem. Domniemany samiec alfa właśnie podnosił się na czworaka. Złapała za pasek i kołnierz, rozpędziła się, by rozwalić mu łeb o ścianę i… w ostatniej chwili zmieniła kierunek biegu. Przyładowała jego łysym łbem w deski bramy. Huk, jakby piorun gdzieś uderzył. Wiadomo: to puste i to puste. Oklapł zupełnie. Ale będzie żył. Upuściła go na zaszczany bruk. I nagle jakby się ocknęła. Co ona wyrabia, u licha? Po jaką cholerę zabijać tego śmiecia?! Po co maltretować miejscowych „strażników"? Znów ją poniosło, jak wtedy, na dyskotece.

No cóż, za późno. Narozrabiała. Ale za to chłopcy w dresach patrzą na nią z szacunkiem…

– Dobra. – Uśmiechnęła się do nich słodko. – Porapogadać.

– Yyy – wykrztusił ten kopnięty.

– Stul dziób – warknęła. – Nie odzywać się bez zezwolenia. Odpowiadać tylko i wyłącznie na pytania.

Pokiwali energicznie łysymi pałami. Szybko załapali, o co chodzi. Są przyzwyczajeni, że świat dzieli się na tych, którzy rozkazują, i tych, którzy słuchają. Wystarczy uświadomić im, że w tym konkretnym przypadku to oni mają wykonywać polecenia.

– No, śmierdziele, co to za porządki, że w waszej dzielnicy byle kto może fikać do waszych sąsiadów? – syknęła. – Własnej ulicy, gnoje, upilnować nie potraficie?

Na gębach dresiarzy odmalowało się zaniepokojenie. Słowa dziewczyny poruszyły wrażliwą część ich zwierzęcych umysłów. Coś przeoczyli? Co, do cholery?

– Kojarzycie gościa, który z nami mieszkał? – Przewierciła ich wzrokiem.

Była pewna, że jej przyjaciółki i Alchemik dawno zostali przez nich zidentyfikowani jako mieszkańcy domu naprzeciwko. Strefa wczesnego ostrzegania musi być dość szeroka.

– Ten profesor z brodą. – Szef wolał się upewnić. – Taki kawał prawdziwego faceta…

– Tak.

– No ba! – To miała być chyba odpowiedź na pytanie.

– Szukam leszczy, którzy go zwinęli – warknęła. – Na waszych oczach, spod mojej klatki.

– Że co? – zdziwił się szef. – Zara… My tu na moment do jednej babci, co w oknie siedzi, skonsultować obserwacje…

Pognali po schodach. Wrócili równo po trzech minutach.

– Kilka dni temu wyszedł z walizką i wsiadł do fałszywej taksówki – zaraportował wytatuowany. – Taryfa miała koguta na dachu, ale tylko od jednej strony znak korporacji.

– Numer rejestracyjny? – huknęła.

– Eee… – wykrztusił. – Tego to się nie zapamięta.

– Kolor, marka wozu?

– Czerwony volkswagen!

Podziękowała za informacje i ruszyła do domu. Zreferowała pokrótce zdobyte dane.

– Czerwony volkswagen? – mruknęła Katarzyna. – Ciekawe.

I znowu siadła do komputera. Minęła godzina, potem druga. Monika nudziła się jak mops. Ech, gdyby był tu Laszlo… Pomógłby w poszukiwaniach, a przynajmniej byłoby z kim pogadać. Choć nie, pogadać lepiej z Pawłem.

– To beznadziejne – westchnęła agentka, patrząc tępo w fusy na dnie szklanki, jakby tam szukała rozwiązania. – Jeśli nawet mistrz jeszcze żyje, i tak nie zdołamy go odnaleźć. Bazy danych o zarejestrowanych samochodach chyba w ogóle są odcięte od ogólnej sieci… Nie znalazłam nawet dojścia.

– Jak zdołali go namierzyć? Wiedzą, gdzie mieszkamy? – Księżniczka zastanawiała się na głos.

– Musieli podsłuchać jego telefon komórkowy – wyjaśniła. – To banalnie proste. Wezwał taksówkę, podając numer domu… Musieli być na to przygotowani i zaraz podstawili swoją. Myślę, że nie wiedzą, z którego mieszkania wyszedł, bo włamaliby się, żeby pogrzebać wjego rzeczach.

– A może się włamali?

– Nie.

– Jesteś pewna?

– Absolutnie. Mieszkanie jest chronione trzema niezależnymi systemami kontroli. Każde przekręcenie klucza w zamku uruchamia zapis obrazu z mikrokamery. Ale musimy uważać.

– Na taksówkę czeka się nie więcej niż dziesięć minut. Jeśli zdołali w tak krótkim czasie zorganizować porwanie…

– Też już nad tym myślałam. Sądzę, że podsłuchiwali go już od jakiegoś czasu. Zadzwonił na lotnisko rezerwować bilety, poznali datę odlotu, a potem już tylko czekali…

Monika pokręciła głową. W ustach przyjaciółki to, co jej wydało się czarną magią, okazywało się takie proste…

– Wiesz, tak sobie myślę… – powiedziała. – Skoro przy użyciu tradycyjnej dedukcji i analizy nic nie udało się ustalić, to może pora użyć metod niekonwencjonalnych?

– Co masz na myśli?

– Gdyby był z nami Arminius… – Zamyśliła się. – To telepata, choć z tego, co wiem, stosował swoje zdolności wyłącznie do szukania wampirów.

– Telepatia? Mamy iść do wróżki? Albo do jasnowidza?

– Większość z nich jest diabła warta – parsknęła księżniczka. – Ale może…? Żeby mnie odnaleźć, użyto golema. A gdybyśmy zbudowały własnego i wysłały, aby uwolnił mistrza…?

Agentka wzdrygnęła się na samo wspomnienie.

– Ale jak mu powiemy, gdzie ma szukać Alchemika jeśli same tego nie wiemy?

– Nie musimy wiedzieć. Golem to jakby inteligentna maszyna. Bystry sługa. Wydajemy tylko rozkaz, a on go wykonuje. Nas interesuje wyłącznie efekt końcowy i on o tym wie. Musi wypełnić polecenie i nieważne, jak tego dokona.

– Hmmm… – zadumała się agentka. – Wybacz głupie pytanie. Budowałaś kiedyś golemy?

– Nie. Ale mistrz Michał wspominał, że jest to dziecinnie łatwe. Trzeba tylko znać zaklęcie, które je ożywia.

– To faktycznie proste – rzekła ironicznie Katarzyna. – W tym celu musimy zapewne odnaleźć jednego z… eee, ilu miało być tych sprawiedliwych świątobliwych żydów w każdym pokoleniu?

– Trzydziestu sześciu – podpowiedziała Monika. – Ale to chyba nie oni go tworzą. Choć zapewne niektórzy umieją.

– A więc z tych trzydziestu sześciu mamy wybrać jednego i… Zaraz. – Zmarszczyła brwi. – Znasz hebrajski?

– Trochę.

– Jak myślisz, czy w bibliotece cadyka Salomona Storma znajdzie się, jakby to powiedzieć, „podręcznik budowy golemów”? Bo skoro wiemy, gdzie biblioteka została ukryta…

Monika zamyśliła się.

– Może i mają tam takie księgi. Problem w tym, czy pozwolą nam skorzystać. To nie jest księgozbiór publiczny, tam nie wystarczy wejść, pokazać dowód osobisty i wypisać rewers, żeby zostać obsłużonym.

– Sędziwojowi się udało – mruknęła Katarzyna.

– Ale on posiada znajomości, których my nigdy mieć nie będziemy.

– Spróbujemy? Przecież nas za to nie zabiją.

– No nie wiem… Nie zapominaj, że biblioteki pilnuje jeden z nich. Automat, stwór ulepiony z gliny, obdarzony pozorami życia. Istota pozbawiona duszy, woli i empatii. Każą mu zabić, to zabije. Nawet nie będzie się nad tym zastanawiał.

Agentka wyciągnęła z torebki pistolet i przeładowała.

– Jeśli zaatakuje, to strzelać w zgrubienie na prawej łydce?

– Można. Wtedy się wykrwawi. Ale zanim do tego dojdzie, minie dość czasu, żeby zdążył po pierwsze, pourywać nam głowy, a po drugie, opatrzyć sobie ranę.

– Do licha. Myślałam, że to jak z Achillesem, wystarczy raz dziabnąć i już… – Zasępiła się. – Idziemy czy nie?

– Chyba trzeba.

Gdy wędrowały już ulicą, Katarzynie przyszła do głowy pewna myśclass="underline"

– Wiesz, tak się zastanawiam. Może nie trzeba od razu budować całego golema? Może wystarczy zrobić sobie pieska z gliny? I ożywić. Weźmiemy go na smycz i niech nas doprowadzi do celu.

– Ty to masz pomysły – zdumiała się księżniczka. – Ale zapytamy, czy tak się da. Nie wiem. Może musi mieć kształt człowieka? Jak do tej pory wszystkie legendy, ta z Lublina, z Chełma i ta z Pragi, mówiły o istotach człekokształtnych.

– W takim razie może uda nam się popchnąć naukę do przodu – uśmiechnęła się agentka. – O ile można to w ogóle nazwać nauką.

Podeszły do antykwariatu. Nie zmienił się, na wystawie nadal spoczywał starodruk, kilka innych książek oraz piękna, wielka kula armatnia.

– Boisz się? – Katarzyna przytrzymała Monikę za łokieć.

– Trochę. Zapytamy, jeśli się nie zgodzi, po prostu przeprosimy i idziemy.

– To brzmi rozsądnie.

Trzy schodki do góry, drzwi i… Spodziewały się, że za ladą będzie siedział znajomy staruszek, a tymczasem jego miejsce zajmowała jakaś dziewczyna, mniej więcej w wieku Katarzyny.