Выбрать главу

Sędziwój po raz pierwszy od chwili uwięzienia stracił pewność siebie. Te dziwne myśli obsesyjnie krążące wokół tajemnicy kamienia filozoficznego. Czyżby ich czary naprawdę działały?

– Spokojnie. – Kaptur skrywał twarz, ale ton głosu wskazywał, że oblicze Wilka przyozdabia jadowity uśmieszek. – Wkrótce na własnej skórze zapoznasz się z naszymi sekretami.

* * *

Pomieszczenie było ładne i przestronne. Duże okno wychodziło na kanał. Na ścianach wisiało kilka stalorytów. Trzy stare fotele kryte skórą, zabytkowe biurko, w kącie stół kreślarski i jakiś szkic przypięty do blatu.

– Chcieli się panowie ze mną zobaczyć – Lars Riedel zaprosił ich, by usiedli. – Mogę panom poświęcić godzinkę. O co chodzi?

Mówił dobrze po niemiecku.

– No cóż – powiedział Arminius. – Nasza profesja jest dość specyficzna. Zajmujemy się generalnie eliminacją pewnych endemicznych istot rozumnych, wykorzystujących dla podtrzymania swego istnienia nie zwykłą fizjologię, ale bionekrozę.

– Wampirów i innych temu podobnych – dodał Laszlo, choć nie było to chyba potrzebne.

– Rozumiem. – Architekt w żaden sposób nie okazał zdziwienia. – Zapewne jestem na waszej liście do odstrzału? – W jego oczach nie pojawił się najlżejszy cień niepokoju.

– W zasadzie tak – rzekł stary łowca. – Problem w tym, że nie bardzo nam się to składa do kupy. A żeby kogoś zabić, wolelibyśmy wcześniej zdobyć pewność, że trzeba.

– Widzę, że są panowie profesjonalistami. – Riedel z uznaniem skłonił głowę. – Nie tak jak zwykle. Nie uwierzycie, jakich wariatów do tej pory spotykałem.

– Rzuci pan okiem na nasze materiały? – zagadnął Laszlo. – Tak chyba łatwiej będzie nam rozmawiać.

– Z przyjemnością.

Młody otworzył neseser i wyłożył na stół kilkanaście odbitek.

– Na wszystkich tych budynkach widnieje pański gmerk, staroegipski znak wyobrażający filar dżed – powiedział Arminius.

– A jak doszliście, że to nie przypadek?

– Mieliśmy takie założenie i szukaliśmy potwierdzenia teorii. Zanalizowaliśmy pański charakter pisma. – Stary przyrodnik położył obok fotografii kartę z wydrukiem. – Oczywiście, krój liter zmienia się z epoki na epokę, ale sposób stawiania kresek czy łączenia poszczególnych znaków…

– Rozumiem.

– Dokonaliśmy też analizy wymiarów trzydziestu wzniesionych przez pana budowli. We wszystkich stosuje pan proporcje oparte na egipskich i arabskich kwadratach magicznych oraz średniowiecznych zasadach tajemnej sztuki murarskiej – dodał młody.

– Chylę czoła – powiedział poważnie Riedel. – I muszę przyznać, że jestem głęboko zdumiony. Minęło wiele stuleci, ale nikt nigdy nie przeprowadził tak dogłębnej analizy moich dokonań. Nie sądziłem, iż ktoś na to wpadnie. Zwłaszcza że chyba żaden z panów nie jest z zawodu budowniczym?

– Żaden. – Laszlo pokręcił głową. – Czyli nasze podejrzenia są słuszne?

– Owszem. Ja wzniosłem to wszystko. – Wzruszył ramionami. – A także szereg innych konstrukcji, których albo nie odnaleźliście, albo które się nie zachowały. Jestem naczelnym architektem ludzkości od przeszło czterech tysięcy lat.

– O, cholera! – Laszlo automatycznym ruchem wyjął z torby samopał i odciągnął kurek.

Arminius uspokoił go jednym gestem. Wyłożył kilkanaście kolejnych odbitek. Portrety. Wszystkie, jakie udało im się odnaleźć.

– Pańska twarz się zmienia – powiedział. – Przyzwyczajenia nie, charakter pisma też nie, ale…

– Oczywiście – uśmiechnął się Architekt. – Tym bardziej jestem pełen podziwu, że zdołaliście mnie wyśledzić i zlokalizować. I szczerze powiedziawszy, najbardziej zaskakujące jest to, że zidentyfikowawszy, zdecydowaliście się przyjść i wyjaśniać wątpliwości, zamiast strzelić mi w plecy zza węgła… Choć, jak widzę, rozważaliście i taką ewentualność. – Musnął oskarżycielskim spojrzeniem spluwę leżącąna kolanach chłopaka.

– Zawsze staramy się o zachowanie naukowych podstaw działania. Gromadzimy wiedzę, która przyda się naszym następcom – wyjaśnił Laszlo z godnością. – Tradycja łowców podupada, a ktoś powinien bronić ludzkości przed istotami takimi jak pan.

– Nie za dużo ode mnie żądacie? Chcecie, żebym wyjaśnił, co jest grane, bo dzięki temu łatwiej będzie wam dopaść następnych?

– Owszem – rzekł stary. – Czy za dużo? Ma pan wobec ludzkości dług, którego nie spłaci postawienie kilku budynków. Choćby były i piękne, i pożyteczne.

– I pewnie, jeśli odpowiem na wasze pytania, w zamian darujecie mi życie? – Wyglądało na to, że kpi sobie z nich w żywe oczy.

Dlaczego się nas nie boi? – zaniepokoił się Laszlo. Coś mu w tym strasznie śmierdziało.

– Niestety… – Przyrodnik wzruszył ramionami. – Kompromisy z istotami bionekrotycznymi nie wchodzą w grę. Myśliwy nie wchodzi w układy z wilkami.

– Nie ma w tym specjalnej tajemnicy. Trzeba sięgnąć do mądrości starożytnych religii.

– Wędrówka dusz? – Arminius zmrużył oczy tknięty nagłym domysłem. – Zachowuje pan świadomość kolejnych wcieleń?

– Niezupełnie o tę religię mi chodzi. Zresztą podejrzewałem zawsze, że reinkarnacja to totalna bzdura. – Architekt puścił do niego oko. – Po co szukać po świecie mądrości innych ludów, gdy odpowiedź jest tak blisko… Kiedyś, dawno, dawno temu, nazywałem się Hiram.

– Budowniczy Świątyni Salomona? – Chłopak wytrzeszczył oczy.

– Owszem. Jestem Żydem. A raczej byłem nim dawno temu. Nie praktykuję już mojej religii, przez te tysiąclecia za bardzo odbiegła od tego, w co wierzyłem. Ale ciągle darzę ją pewnym sentymentem. I sporo zapamiętałem.

– Judaizm jest przecież wolny od takich idei – zdziwił się stary przyrodnik. – Chyba że w czasach Salomona, przed ostatecznymi redakcjami i ujednoliceniem tekstu Starego Testamentu…

– Każda religia dzieli się na część ortodoksyjną i, nazwijmy to, tradycję przekazywaną ustnie, ignorowaną przez teologów. Obok pism kanonicznych istnieją apokryfy. Mędrcy badający naturę rzeczy często szyfrują swoje notatki, by uniknąć ryzyka dostania się wiedzy w ręce profanów. Słyszeli panowie opowieści o dybukach?

Laszlo pokręcił głową, a stary zagryzł wargi.

– Jeśli ktoś umiera paskudną, niedobrą, nagłą śmiercią, jego dusza zostaje wyrwana z ciała i zamiast zstąpić do szeolu, błąka się po ziemi, aż znajdzie kogoś, kto jest na tyle słaby, by mogła opanować jego ciało – wyjaśnił Riedel. – Za pierwszym razem przygniotła mnie waląca się ściana. Odzyskałem świadomość kilkadziesiąt lat po śmierci. Zrozumiałem, co się stało. Mieliśmy naprawdę dobrych magów, za trzecim razem wiedziałem już, że jestem w stanie częściowo to kontrolować.

– A jak z pamięcią? – zaciekawił się Arminius. – Nie ulega zatarciu?

– Z kolejnych wcieleń pamiętam bardzo dużo. Najmniej z tych pierwszych, potem, wraz z kolejnymi przeskokami, moja jaźń coraz lepiej sobie radziła.

– Jeśli teraz pana zabijemy, to po prostu wyjdzie pan z ciała i za jakiś czas pojawi się znowu – domyślił się młody. – Dlatego zupełnie się nas pan nie boi?

– Owszem. Wasza misja od początku była chybiona. – Architekt uśmiechnął się kpiąco. – I jak mniemam, teraz, gdy wyjaśniliśmy sobie wszystko, odstąpicie od swych uroczo krwiożerczych planów? Nie stanowię dla was zagrożenia i byłbym wdzięczny, gdyby okazali mi panowie tę samą grzeczność.

– Nie jestem pewien, czy to dobry pomysł – mruknął stary. – Ale faktycznie, chyba nic tu po nas…

– Czyli mam oczekiwać w każdej chwili strzału w plecy? Najdalej za kilka lat wrócę. Obejmuję ciała zazwyczaj już podrośnięte…

– Wymyślimy coś, aby odesłać pana definitywnie w niebyt – zagroził przyrodnik. – To nic osobistego, takie są po prostu nasze zasady.

– Oczywiście. Nie będę miał za złe, jeśli wam się uda. O ile wam się uda… – dodał z naciskiem.

– Jeszcze jedno pytanie – przypomniał sobie Laszlo. – Nad niektórymi z pańskich budowli wydaje się ciążyć jakieś fatum. Na przykład ta katedra. Czym jest to spowodowane? Błędami w zaklęciach?

– Czasem zdarza się wypadek i ginę podczas budowy. Wtedy to miejsce jest przeklęte. Wyrwanie mojej duszy z ciała poważnie zaburza strukturę czasoprzestrzeni.

– Można coś na to poradzić?

– Nie wiem. – Riedel pokręcił głową. – Obawiam się, że nic.

A zatem dwór Kruszewskich prawdopodobnie znowu spłonie… Może za trzydzieści lat, może dopiero za sto, ale jego los jest przesądzony.

Wstali z foteli i ukłoniwszy się, opuścili biuro. Arminius zaszedł do sklepu monopolowego i kupił wino. Przeszli most nad rzeką Nidelvą i wspięli się na szczyt góry. Nie mieli kieliszków, więc napili się prosto z butelki.

– Sądzisz, że mówił prawdę? – zapytał młody.

– Tak.

– I co dalej? Rezygnujemy z likwidacji? Odpuszczamy sobie problem i wracamy do domu?