– Po pierwsze, nie do domu, tylko sprawdzać kolejny ślad – mruknął jego towarzysz. – Po drugie… To pasożyt. Przejmuje ciała, wypiera dusze ich właścicieli, by podtrzymać swoją egzystencję. Kradnie ludziom życie, tak jakby ich mordował.
– Zabicie Architekta nic nie zmieni. Co najwyżej jakiś czas go nie będzie, a potem wróci. Albo i od razu przechwyci kolejne ciało.
– Właśnie. Ale gdyby umarł tak zwyczajnie, ze starości, to może już się nie odrodzi… – Przyrodnik pociągnął wina.
– To może jednak jakoś go wykończymy? Tak, żeby nie było ani nagle, ani paskudnie? – Laszlo przejął butelkę. – Ja wiem, może jakaś wolno działająca trucizna? Grzybki czy coś. – Trącił butem kępę muchomorów. – Podobno są toksyny, które niszczą człowiekowi wątrobę tak, że umiera przez pół roku lub dłużej…
– Owszem, znam takie. Tylko że to nic nam nie da. Zorientuje się przecież, że jest chory, a wtedy odkręci gaz i położy się z zapalniczką na łóżku…
– To jak go załatwić? Srebrną kulą jak ducha? Osikowym kołkiem czy co? Przecież musi być jakiś sposób, by odesłać go w niebyt!
– Pomyślimy wieczorem. Mam kilku przyjaciół dobrze zorientowanych w kabale. To chasydzi, więc powinni wiedzieć też coś na temat dybuków. Spróbuję złapać ich przez Internet i przeprowadzę konsultacje.
Księżniczka obudziła się, czując dziwne osłabienie. Łydki ciągle ją bolały po wczorajszych tańcach. Agentka siedziała przy komputerze.
– Wstawaj, już dziewiąta. – Uśmiechnęła się do przyjaciółki i znowu wbiła wzrok w ekran.
– Masz coś ciekawego?
– Nic a nic. Tyle tylko, że kilka dni temu policja znalazła w jednym z opuszczonych fortów spalonego czerwonego volkswagena.
– Nawet jeśli znaleźli właściwego, to niewiele z tego wynika. – Monika, choć nie czytała kryminałów, umiała wyciągać wnioski. – Z pewnością nie porzucili go w pobliżu swojej kryjówki.
– No właśnie… To chyba droga donikąd. Ale znajdę drani.
– Aha – zgodziła się Monika. – Jeśli nie jestem ci potrzebna, to może przejdę się trochę.
– Yhym… – mruknęła informatyczka i zagłębiła się bez reszty w wirtualną rzeczywistość.
Monika wyszła z domu. Nogi same poniosły ją na Stare Miasto. Może niepotrzebnie się martwią? Może gdzieś w danych była luka i Alchemik po prostu pojechał na Tajwan? A może znudziło mu się ich towarzystwo i postanowił dać nogę? Przecież to niewykluczone. Zajrzała do kilku antykwariatów, obejrzała piękną intarsjowaną komódkę za prawie siedem tysięcy złotych.
Spojrzała w niebo zaciągające się coraz ciemniejszymi chmurami. Będzie padać… Paweł siedział na placyku przy Kościele Mariackim. Rozłożył ołówki na obramowaniu fontanny i coś rysował.
– Znowu się spotykamy. – Na jej widok odłożył blok. – Uroczo wyglądasz w niebieskiej sukience.
– O? – zdziwiła się. – Skąd się tu wziąłeś?
– Mieszkam tuż obok. Wyszedłem sobie szkicować.
– A ja poszłam na spacer. Nudzi mi się.
– Może powinnaś coś poczytać – zasugerował. – Albo iść do kina? W mieście jest masa możliwości, by przyjemnie spędzić czas.
– Jakoś nic mi się nie chce – wyznała. – Wszystkie zainteresowania stały się szare i nijakie, jak popiół.
Pierwsze krople deszczu ciężko uderzyły o bruk.
– Chodźmy do ciebie – zaproponowała. – Zaraz lunie.
Pobiegli przez bramę, wypadli na Mały Rynek. Niebo przecięła błyskawica, zagrzmiało. Odnaleźli kolejną bramę, a potem po nieskończenie długich, trzeszczących schodach wspięli się na ostatnie piętro.
– Tu mam pracownię – wyjaśnił. – I mieszkanie przy okazji.
– Fajne miejsce. Wszędzie blisko…
– To chyba taka tradycja, że malarze i studenci mieszkają na strychach – zażartował i otworzył drzwi. – Powinni też być ubodzy i cierpieć na suchoty…
Zapalił światło, rozbłysła naga żarówka wisząca pod sufitem. Pracownia była nieduża. Jedno długie pomieszczenie z mansardowymi oknami. Pod połacią dachową na podłodze leżał materac zasłany kocem. Drzwi w głębi prowadziły do małej łazienki i kuchni.
– Ciasne, ale własne. – Uśmiechnął się. – I z roku na rok jego wartość rośnie. Masa snobów ma ochotę zamieszkać na Starym Mieście. A nie dla wszystkich wystarcza miejsca.
Kilkadziesiąt obrazów stało opartych o ściany. Był także ten jej – niedokończona martwa natura.
– Zabrałem go trochę z rozpędu. No i proszę, w sam raz może się przydać. Bo pewnie chcesz go dokończyć? Tylko kompozycja została na wsi.
– Ale są linie szkicu, czyli wystarczy dać kolor…
– Nie bardzo. – Potrząsnął głową z lekkim rozbawieniem.
– Spróbuję, nie musi to być przecież dzieło sztuki. – Zacisnęła wargi. – Mogę obejrzeć? – Wskazała prace.
Kiwnął głową. Zapalił trzy świece w lichtarzu. Wnętrze zrobiło się jakby bardziej przytulne. Odwracała je po kolei, oglądała. Dziesiątki widoczków, bukietów w wazonach, sielskich pejzażyków, starych młynów i wiatraków…
– To na handel. Partanina, malowałem ot tak, żeby kilka groszy zarobić. Te ciekawsze są dalej – powiedział.
Cykl grafik mogących być ilustracjami do książek fantasy i horrorów. Niektóre już widziała. Nagie lub skąpo odziane kobiety z zakrwawionymi mieczami, smoki i rycerze, mumie, szkielety, cmentarze… I wreszcie kilka aktów, ładnie namalowane, naturalistycznie. Spojrzała na Pawła spod oka. Dociskał klamkę okna smaganego deszczem. Widać bał się, żeby przez jakąś nieszczelność nie nalało mu się do pracowni. Na sztaludze stał zagruntowany podkład, ołówki leżały, jakby czekały tylko na odpowiednią okazję.
Podjęła decyzję. Obraz, na którym ją kiedyś uwieczniono, wisi dziś w muzeum w Sofii. Jednym ruchem ściągnęła sukienkę. Od razu zrobiło jej się przyjemniej. W mokrym ubraniu nie należy siedzieć, to przecież grozi zapaleniem płuc! Odwiesiła ją na oparcie krzesła. Wysunęła stopy z sandałów, ściągnęła mokre skarpetki. Gdy wreszcie oderwał wzrok od szyby i popatrzył w jej stronę, właśnie zdejmowała stanik.
– Więc jednak – jakby westchnął. – Naprawdę tego chcesz? Nie wiem, czy umiem namalować cię tak dobrze, jak na to zasługujesz. A jeśli mi nie wyjdzie?
Ujął w dłoń węgiel i podszedł do sztalugi. Zsunęła figi i stanęła przed nim całkiem naga. Popatrzył spokojnie i badawczo.
– Kształty masz ciągle jeszcze raczej dziewczęce niż kobiece – mruknął. – Za taki obraz to prokurator może mnie potem ścigać. Ale jesteś piękna.
Stała bez ruchu. Czuła dziwną tremę, od bardzo dawna żaden mężczyzna nie widział jej bez ubrania… Paweł uśmiechnął się ciepło.
– Wyglądasz uroczo – powiedział. – Tak świeżo i niewinnie zarazem. Hmmm… Może usiądź na tamtym krześle. Dobrze, teraz podwiń jedną nogę, opleć ją dłońmi i oprzyj brodę na kolanie.
Wykonała jego polecenie.
– Nie, do niczego. – Pokręcił głową. – Wyszło strasznie nienaturalnie…
Odwróciła krzesło tyłem, usiadła na nim okrakiem. Ażurowe szczebelki niewiele zasłaniały.
– A może tak? – zaproponowała. – Mogę jeszcze postawić stopy na…
– Chyba tak jest dobrze – ocenił po namyśle. – Usiądź wygodnie, to potrwa dość długo.
Podszedł, minął ją, zawiesił na ścianie długą, ciemnobłękitną kotarę.
– Będzie ładne tło – wyjaśnił.
Sięgnął po blok, rysownicę i kawałek miękkiego ołówka. Szkicował szybko, z pasją i wprawą. Potem odłożył papier i zaczął nanosić linie na podkład.
– Tatuażu nie malujemy? – zapytał. -Nie.
– Ciekawy, swoją drogą. Herb dynastii, która wymarła… No, będzie z pięćset lat.
Przez ułamek sekundy zastanawiała się, czy nie powiedzieć prawdy, jednak w ostatniej chwili podjęła inną decyzję.
– Dziadek interesował się historią – skłamała gładko. – Miał trochę tego… – Wkręciła sobie niewidzialną śrubkę w skroń. – No i zostawił mi pamiątkę na całe życie.
Paweł nie odpowiedział, całkowicie pogrążył się w pracy.
Żółte światło świec rzucało refleksy na jej skórę. Pożałowała, że ramiona i łydki ma znacznie bardziej opalone niż resztę ciała. Trzeba było poleżeć na słoneczku nago.
Ale przecież nie będzie jej fotografował, a malując w kolorze, z pewnością ujednolici barwę – uspokoiła się.
Wreszcie przerwał. Stał, oglądając swoje dzieło. W kuchni zaszumiał czajnik. Nawet nie pamiętała, kiedy wstawił wodę.
– Sukienka już wyschła. Ubierz się, bo zmarzniesz – polecił. – A ja zrobię nam dobrej herbaty. Słodzisz?
– Nie…
– I słusznie, moim zdaniem cukier zabija połowę smaku. Wolisz zwykłą czy z mango? Mam też yerba matę.
– Zwykłą – wykrztusiła.
– Kapnę ci naparstek rumu, bo coś mi się wydaje, że jesteś na najlepszej drodze do zaziębienia. – Jego troska tylko ją rozjuszyła.
Minął ją, idąc do kuchni. I znowu poczuła dziwne upokorzenie. Nie dostrzegł w niej kobiety.