A może jest gejem? – Myśl błysnęła jej w głowie i zgasła.
Nie, to chyba niemożliwe. Wprawdzie słyszała, że artyści lubią takie dziwactwa, ale zupełnie na to nie wyglądał.
Wrócił z dwiema parującymi szklankami. Stała ciągle naga i przechyliwszy głowę, patrzyła na niego zalotnie. Odstawił herbatę na stolik, podszedł do niej. Serce zabiło jej szybciej, ale znowu się rozczarowała. Uprzejmie podał jej stanik. Fuknęła wściekle i zrobiła krok do przodu. Nareszcie. Objął ją, poczuła jego dłonie na plecach. Zadrżała i naraz zorientowała się, co robi. Zapinał jej biustonosz!
– Cielaczku – powiedział łagodnie. – Jeśli ktoś lubi jabłka, nie będzie przecież jadł zielonych…
Porwała sukienkę, naciągnęła ją w biegu i wypadła z pracowni, trzaskając drzwiami. Złość aż z niej buchała. Nikt w życiu tak jej nie zlekceważył! Wyszła z kamienicy tak rozwścieczona, że nie zauważyła rozciągniętego między słupkami łańcucha. Ani się obejrzała, a runęła jak długa. Medalion brzęknął i potoczył się prosto pod koła przejeżdżającej taksówki. Poderwała się na równe nogi i podniosła go z bruku. Odetchnęła z ulgą. Kamień ocalał, tylko zapięcie łańcuszka trochę się zgniotło. Do licha. Zaraz, przecież koło Empiku jest jubiler. Może uda się na poczekaniu naprawić? Schowała amulet do torebki, łańcuszek wpuściła w kieszeń. Na szczęście to tylko kilka kroków.
Złotnik obejrzał w skupieniu uszkodzony element.
– Od ręki tego pani nie zrobię – powiedział. – Będzie gotów jutro rano. – Wypisał jej kwitek.
– Dziękuję. – Uśmiechnęła się z wdzięcznością. Dotarła do Rynku i usiadła na ławce. Znowu była jakaś zmęczona. I wściekła. Co powiedział ten palant? Zielonych jabłek nie lubi? Ale do malowania jakoś się przekonał?
Złość powoli jej mijała. W sumie to zachowała się jak idiotka. Zagryzła wargi. No, nieźle ją poniosło. Rozebrała się przed prawie obcym mężczyzną! Ładnie, ładnie. A potem… Uuu… Do diabła. Seksu jej się zachciało? Wzdrygnęła się. Tak z pierwszym lepszym? Miała nieprawdopodobne szczęście, że okazał się porządnym facetem i nie wykorzystał sytuacji. Tylko pytanie, co jej odbiło? Może to zmęczenie, nuda, gdzieś w podświadomości włączyła się potrzeba rozrywki? Wstała i noga za nogą powlokła się do domu.
Konsultacje przez Internet trwały nieomal całą noc. Wreszcie nad ranem Arminius skończył konferować z kolegami po fachu.
– Mamy go – powiedział.
– Masz informacje, które pozwolą unicestwić jego duszę? – zainteresował się Laszlo.
– Nie unicestwić, tylko odesłać definitywnie na tamten świat – sprostował stary. – Metoda nie jest skomplikowana. Trzeba go dziabnąć w serce sztyletem ozdobionym odpowiednimi zaklęciami.
– Nóż to nie problem. – Młody podał mu szturmowy majcher komandosów specnazu. – Ja mogę go zarżnąć. Tylko te zaklęcia. Wygrawerujemy czy wystarczy markerem na ostrzu napisać?
– Wygrawerujemy. – Arminius wyjął z torby modelarską wiertareczkę i komplet frezów dentystycznych.
Trzy godziny później sztylet był gotów. Laszlo spojrzał na zegarek.
– Siódma rano – powiedział. – Biuro otwierają o dziewiątej. Pewnie jest jeszcze w domu. Dopadniemy go tam, czy…?
– Byle nie koło katedry – ostrzegł przyrodnik. – Tym razem wolałbym, żeby ocalała. Ponowna śmierć Architekta mogłaby jeszcze bardziej jej zaszkodzić.
– Riedel mieszka nad kanałem. – Laszlo rozłożył plan. – A biuro ma po drugiej stronie rzeki. Co sądzisz o tym zaułku? – Wskazał palcem. – Powinien tędy przechodzić.
– Dobra. Tu go dopadniemy.
Rana nogi cały czas ćmiła. Alchemik, choć pogrążył się w głębokim transie, nie zdołał do końca zablokować bólu. Ciało wokół postrzału zaogniło się. Nie czas nad tym dumać, są ważniejsze sprawy. Nie da się wykluczyć, że zagadkowy telepata niebawem znowu spróbuje dobrać się do jego mózgu. Cholera, trzeba coś wymyślić. Przydałby się Arminius i jego wiedza. Hm, problem wygląda na dość skomplikowany. Zacznijmy od podstaw. Czym jest telepatia?
Ktoś coś myśli, a drugi odgaduje. A zatem musi w jakiś sposób przechwytywać to, co błąka się po neuronach innego człowieka. Tylko jak? Kontakt fizyczny nie wchodzi w grę. Fale elektromagnetyczne? Czy mózg może być nadajnikiem? Teoretycznie tak… Ale natężenie, które mogłoby aktywować komórki nerwowe, jest znikome. Daje się odczytać na encefalografie, jednak pozwala tylko określić, które części kory mózgowej są aktywne. Wątpliwe, żeby człowiek posiadał szczątkowy zmysł radiowy na tyle doskonały, by poznać przebieg poszczególnych prądów. Każdy mózg jest niepowtarzalny, każdy posiada inaczej wyspecjalizowane neurony, inaczej poodkładały się w nim białka pamięciowe. Nawet jeśli wróg pozna strukturę przepływu, to może ją podstawić jedynie do tego, co ma w swoim łbie – czyli nic mu to nie da.
Dlatego Alchemik sądził, że telepatia jest niemożliwa. Chyba że… Chyba że istnieje inne oddziaływanie, promieniowanie, może rodzaj fal nieznanych nauce. Najwidoczniej myśli wywołują jakieś energetyczne echo, które przy odpowiedniej wprawie można odczytać. Szkoda, że jest uwięziony, to ciekawy kierunek, warto go dokładnie zbadać! Teraz pytanie, co z tym fantem dalej robić. Czy da się je wytłumić? Klatka Faradaya zatrzymuje fale radiowe. Tylko jak ekranować coś, czego natury się nie zna? Można spróbować na przykład założyć na głowę metalowy garnek… Oczywiście, jeśli się go posiada.
Mistrz Michał ma co wspominać, ale nie ma ochoty, by wróg to odczytał. Ceni sobie prywatność. Pytanie, ilu takich dupków ma na swoich usługach Bractwo. Może tylko jednego? Najlepiej byłoby posłać go jakoś do piachu. Tylko jak? Ciekawe, czy umie odróżnić prawdziwe wspomnienia od tego, co można mu podsunąć? Załóżmy hipotetycznie, że nie potrafi. Wyobrazić sobie skrzynię skarbów i zasugerować, że zakopana jest na polu minowym? Pójdzie tam z wykrywaczem metali oraz łopatą i diabli go wezmą. Alchemik uśmiechnął się pod wąsem. Jest tylko jeden maluśki problem. Nie zna lokalizacji żadnego pola minowego.
A zatem trzeba szybko wymyślić coś innego. Rozwiązanie, które wpadło mu do głowy trzy sekundy później, było tak proste, że aż się zdziwił. Powtórzył sobie w myślach kilka reakcji chemicznych i był gotów.
Minęła może godzina, gdy wrażenie czyjejś obecności podpowiedziało mu, że nadszedł czas działania. Musi to wyglądać naturalnie? No to do dzieła…
W kątach pracowni w kilkunastu klatkach gdakały kury i piały koguty. Alchemik ostrożnie rozpiłował skorupkę cieniutką, jubilerską piłką. Wewnątrz, na żółtku, ciemniejszą plamką odznaczała się tarczka zarodkowa. Stanisława laubzegą oderżnęła czubek strusiego jaja. Alchemik naciął głęboko żółtko wokół zarodka i ostrożnie przeniósł go w nacięcie wykonane w tym drugim. Przyłożył szybko odpiłowaną część, posmarował krawędź żywicą i dobywszy pęczek cienkich drucików, zaczął oplatać jajo, jakby drutował pęknięty garnek.
– Jak myślisz mistrzu, co z tego wyjdzie? – Uczennica popatrzyła na niego zaciekawiona.
– To będzie kura wielkości krowy – powiedział z dumą. – Zaczątek wielkiego stada… Krzyżujemy stwora żyjącego w dalekiej Afryce z naszym ptakiem. Potomstwo przejmie od strusia wielkość, a od kur zdolność życia w naszym klimacie.
– A jeśli weźmie inne cechy? – zaciekawiła się. – Wyrośnie malutkie, złośliwe, z gołymi nogami i niezdolne do przetrwania zimowych mrozów?
– Gdyby wszyscy myśleli tak asekurancko jak ty, w nauce nie byłoby żadnego postępu – zgromił ją. -Wierzę, że ptak, którego wyhodujemy, będzie wielki i wspaniały, a eksperyment ten przyniesie ludziom szczęście i pożytek. Napełni brzuchy głodnym, a zmarzniętym przyda pierza na poduchy.
– Takie bydlę to i zeżre dużo. – Pokręciła głową z powątpiewaniem. – Żebyśmy tylko jakiego potwora z tego nie wyhodowali – zaniepokoiła się nagle.
– Nawet jeśli… – Uśmiechnął się. – Jesteśmy w Krakowie, tu każde dziecko wie, jak zgładzić smoka.
– A jeśli ten smok nie będzie jadał owiec? Mistrz zamyślił się głęboko.
– To mu podsypiemy woreczek zatrutego ziarna. – Wpadł na rozwiązanie bez większego trudu.
Ucisk na mózg był bardzo delikatny. Wróg ciągle tam jest. Nie zorientował się, że cała ta heca z jajkami nigdy nie miała miejsca… Nie odróżnia wspomnień prawdziwych od fałszywych. Zatem można spróbować zrobić go w balona.
Myśli podryfowały. Stanisława z jajkiem w ręce. A teraz stoi koło wagi. Mistrz skoncentrował się. Wydaje jej polecenia, ona odmierza, odważa, tłucze, miesza i uciera. Ściąga z regału kolejne słoje. Na wszelki wypadek na każdym z nich widnieje napis, co mieści się wewnątrz…
Łowca Myśli odłożył wieczne pióro na blat. Wstał z fotela i zdmuchnął świece, przerywając krąg.
– Udało się – powiedział, z ogromnym trudem hamując podniecenie. – Mam zapis całego procesu.