– Czekałem tu na ciebie – wymruczał, całując ją w szyję.
Poczuła ogień w żyłach, w jej ciele przebudziły się dawne pragnienia. Nawet nie wiedziała, jak znalazła się wewnątrz, pod płóciennym dachem, na szerokim, dmuchanym materacu. Leżeli obok siebie przytuleni, spleceni tak mocno, jak na to pozwalały ubrania. Wsunął udo między jej kolana, zacisnęła je, ale uścisk zaraz osłabł. Znowu ją całował.
Na co czeka? – przemknęło jej przez głowę.
Była gotowa natychmiast mu się oddać, ale on nawet o tym nie myślał. Nadal gładził ją zmysłowo, jakby badał ciało. Nie mogła już wytrzymać, zdarła bluzkę przez głowę. Sięgnęła na plecy, odnalazła zapięcie stanika. Złapał jej dłoń.
– Za wcześnie – szepnął. – Poczekajmy z tym jeszcze kilka dni.
Szarpnęła się w uścisku. Paweł był nadspodziewanie silny, bez wysiłku oderwał jej dłoń od haftki. Przez chwilę całował jej piersi, dochodząc do linii koronek, po czym z uśmiechem puścił.
– Nie róbmy nic pochopnie. Zobaczymy się jutro – powiedział. – Jeśli nadal będziesz chciała, pozbawię cię cnoty…
– Nie jestem dziewicą.
– Cielaczku, co innego zabawy z niedojrzałymi jak ty rówieśnikami, a co innego zaloty dojrzałego i doświadczonego w sztuce miłosnej mężczyzny.
– Chcę teraz.
– Pal diabli, wpadnę po ciebie dziś wieczorem – syknął. – Idź już, muszę popracować.
Prychnęła jak kotka i wyczołgała się z namiotu. Świeże powietrze oszołomiło ją na moment. Naciągnęła bluzkę i podniosła koszyk z miejsca, gdzie upadł. Ruszyła szybkim krokiem, nie oglądając się za siebie. Co sobie myśli gnojek, że będzie go prosić? Niedoczekanie. Wzgardził darem jej ciała. Eunuch i palant na dodatek… Znowu poczuła się obrażona, zraniona, odrzucona. Na szczycie wzgórza trochę ochłonęła. Usiadła na kamieniu. Nadal czuła dotyk jego rąk błądzących po plecach. Lekko podrażnione pocałunkami wargi drżały. Przesunęła dłońmi po piersiach. Nie spodobały mu się? Może to przez ten cholerny tatuaż? Wreszcie wstała i powlokła się do dworu.
Ihor stał w lekkim rozkroku i z niezwykłą wprawą pracując ciosłem, wycinał z grubej kłody koryto do karmienia gęsi.
– Coś ty taka przygaszona? – Spojrzał na nią z niepokojem.
– Pilnuj swojego nosa – burknęła. Odprowadził ją wzrokiem i zamyślił się tak, że omal nie trafił siekierką we własną nogę.
Powrót do przytomności był tym razem szczególnie trudny. Mistrz Michał długo leżał, walcząc z zawrotami głowy. Fotel? Nie, wrzucili go z powrotem do celi. Uniósł z wysiłkiem ciężką, jakby obcą rękę i dotknął czoła. Uuu… Jak nic, czterdzieści stopni gorączki. W zranionej nodze prawie już nie miał czucia. Ból szarpał mięśniami na wysokości pachwiny. A zatem wywiązała się sepsa, ogólne zakażenie. Liznął w życiu nieco medycyny. Umie ocenić swój stan.
To już koniec. Zostało mu może kilkanaście godzin życia. Nic go nie uratuje, ani surowica, ani amputacja i transfuzja krwi. No cóż, przeżył pięćset lat i widać wystarczy. Zamyślił się. Czy w swoim życiu popełnił coś, czego musiałby się wstydzić? Przez blisko połowę millenium trochę się tego zebrało. Kilka razy nie zauważył pojawiającej się szansy. Nie zdołał też uratować swojego najlepszego przyjaciela, choć z drugiej strony, przecież próbował. Czynił dobro, ale czy może powiedzieć, że wykorzystał wszystkie okazje, by to robić? Z pewnością nie. Zabił niezliczoną liczbę rozmaitych sukinsynów, ale miał przecież możliwości, by zlikwidować ich więcej… Jego odkrycia z dziedziny chemii i biologii, publikowane pod różnymi nazwiskami, popchnęły nieco rozwój nauki. Geniuszem nie jest, ale ludzkości trochę się przysłużył.
Nie zostawił po sobie potomków, ale jego uczennica Stanisława… To prawie tak, jak mieć córkę. Przemierzył ogromne przestrzenie, poznał masę fascynujących ludzi, skosztował co najmniej kilkuset gatunków piwa. Walczył o wolność na frontach kilku bardziej lub mniej zapomnianych wojen. Żył intensywnie, każdy rok, który odszedł w przeszłość, może uznać za udany. A zatem umiera z czystym sumieniem. Przeszedł przez życie godnie, z pożytkiem dla siebie i bliźnich. Ma prawo uznać się za szczęśliwego człowieka. Tylko ta jedna, ostatnia, głupia, niedokończona sprawa. Bractwo Drugiej Drogi. Na wpół sparaliżowany, konający nie zdoła tych drani wytłuc do ostatniego… Potrząsnął głową. Co za idiotyczny defetyzm! Jak to nie zdoła?!
– Wilku! – zawołał na głos. – Chodź no tu, sobaczko kochana! Pogadamy.
Nie minęły dwie minuty, gdy drzwi skrzypnęły i stanął w nich zakapturzony typek.
– Dojrzałeś, widzę, do rozmów. A już traciłem nadzieję…
– Dojrzałem i proponuję układ. Ale chcę go zawrzeć nie z tobą, ale z całym Bractwem – powiedział Alchemik. – Jeden człowiek dotrzyma albo i nie dotrzyma słowa. Co innego, gdy zbierze się kilku. Poza tym, jeśli przekażę sekret czerwonej tynktury wszystkim, nikt nie będzie mógł potem wykiwać swoich towarzyszy…
– Wszyscy bracia będą tu w ciągu dwudziestu minut. – Wyjął z kieszeni telefon komórkowy. – Co będzie ci potrzebne? I czego oczekujesz w zamian?
– To chyba mnie wykańcza. – Wskazał ranę na udzie. – Muszę jechać do szpitala.
– Pokażesz nam, jak się robi kamień filozoficzny, sprawdzimy, czy nas nie wykiwałeś, i wezwiemy karetkę – zaproponował.
– Zgoda. Niech tak będzie. Dzwoń po swoich kumpli.
Pół godziny później przeniesiono go na noszach do laboratorium. Usiadł z trudem i przeliczył ich wzrokiem. Siedmiu. Jeden, ciężko wsparty na szwedce, to ten, któremu w uliczce rozharatał biodro. A zatem chyba komplet.
– Zanim przystąpimy do eksperymentów, jeszcze jedno zabezpieczenie – warknął Sędziwój. – Dajcie mi mój telefon. Sam zadzwonię po pogotowie.
Wilk wzruszył ramionami i wręczył mu komórkę. Pozostali rozstawili na stołach palniki oraz wagi laboratoryjne.
– No to na początek bierzecie dziesięć gramów rtęci – zadysponował.
Starannie i powoli wykonywali jego kolejne polecenia. Sprawdził sobie tętno. U, cholera, bardzo niskie ciśnienie. Gorączka rosła, czuł nasilający się ból węzłów chłonnych, serce słabło. Posocznica powali go i umrze w drgawkach. Ale zanim to nastąpi…
– Mieszaninę umieśćcie w atanorze – polecił. Zamknęli jajo filozoficzne, wsadzili je do piecyka. Uśmiechał się pod nosem, widząc, jak w skupieniu obserwują zachodzące wewnątrz procesy. To najważniejsze, zanim definitywnie odejdzie się z tego świata, trzeba jeszcze na zakończenie zrobić coś naprawdę wielkiego, efektownego, coś, co długo pozostanie w pamięci potomnych.
– Zadzwonię do znajomej – powiedział.
Wilk ponownie wzruszył ramionami i kiwnął głową na znak zgody. Mistrz Michał wystukał numer Stanisławy.
– Halo?
– Witaj, ulubiona uczennico. – Powoli i starannie dobierał na wpół zapomniane amharskie słowa.
Jest kilka języków, którymi oboje władają, wybrał najbardziej egzotyczny. Nie lubi być podsłuchiwany.
– Mistrzu! Gdzie jesteś?
– No cóż, szczerze powiedziawszy, to już mnie nie ma – powiedział. – Zadzwoniłem, żeby się pożegnać. Umieram.
– Co?!
– Wpadłem w łapy Bractwa Drugiej Drogi i zadecydowałem podzielić się z nimi owocami moich odkryć. Postanowiłem pokazać im mój największy sekret, otworzę przed nimi serce.
– Mistrzu… – wykrztusiła przez ściśnięte gardło.
– Nie martw się. Bądź grzeczna, to spotkamy się kiedyś w niebie.
– Mistrzu…
– Pozdrów dziewczęta.
Wyłączył telefon. Nie lubi długich pożegnań.
– Zawartość zrobiła się czerwona – zaraportował ten wsparty na kuli.
– Znakomicie, wygaście piec i schłodźcie – rozkazał. – Pamiętacie po kolei wszystkie etapy?
– Tak – mruknął któryś. – Trudne to w sumie nie jest…
– Na pewno nie tak trudne, jak mordowanie niewinnych ludzi i spuszczanie z nich krwi – warknął. – Aż dziwne, że do tej pory was nie złapali.
– Umarzałem wszystkie dochodzenia – roześmiał się jeden z zakapturzonych.
– Coś podobnego. – Alchemik pokręcił głową z uznaniem. – Widzę, że zadbaliście prawie o wszystko.
– Mamy swoje wtyczki wszędzie. No, może mieliśmy – westchnął Wilk. – Trochę nas przetrzebiłeś… Ale, jak mówi przysłowie, Chińczyków jest miliard, wszystkich nie zabijesz. Siedmiu z nas doczekało chwili, o której Bractwo marzyło od pięciu stuleci.
– Gratuluję – zakpił.
Wydobyli szklane jajo.
– Rozbijcie je – rozkazał.
Wewnątrz pośród grudek jakichś związków chemicznych lśniła garść czerwonych kryształów.
– Jak tego używać? – zapytał któryś z braci.
– Wrzućcie do retorty i postawcie na palnik, niech się stopi – polecił.
Kilka minut później w butli przelewała się kropla gęstej, czerwonej cieczy. Początkowo była ciemnopurpurowa, potem jednak, zdjęta z ognia, zbladła.