– I to jest właśnie tynktura, słynny eliksir życia? -upewnił się przywódca. – Ile złota można otrzymać za pomocą tej dawki?
– Trochę was oszukałem. – Mistrz Michał uśmiechnął się pod wąsem. – To substancja zwana sercem złotego słońca.
– Ostateczna tajemnica materii, której bezskutecznie poszukiwali najsłynniejsi alchemicy – wyszeptał zdumiony Wilk.
– Jak to działa? – zaciekawił się kulawy.
Ciecz w tym czasie zrobiła się krwistoczerwona, a potem delikatnie różowa. Proces zachodzący w kolbie nabierał tempa.
– To czynnik udoskonalający substancje, przy umiejętnym użyciu pozwalający nie tylko na trywialną przemianę ołowiu w złoto, ale na przykład kamienia w chleb – wyjaśnił Sędziwój. – Daje moc niemal równą boskiej. Pozwala czynić cuda. Jego wszystkie właściwości nie są znane. Ale w tej chwili interesuje nas tylko jedna. W niedoświadczonych rękach serce to materiał wybuchowy o fantastycznej mocy. Jeśli dobrze wszystko wyliczyłem, macie w rękach dwa gramy tej substancji, czyli rąbnie z mocą dwóch ton trotylu.
Stali zbaranieli. Michał tylko wyszczerzył zęby w uśmiechu. Zrobiło mu się trochę głupio, że ostatnim czynem, który popełnił w życiu, było oszustwo, w dodatku tak mało finezyjne. Trudno. Przynajmniej dochowa wierności tradycji. Prawdziwie wielki alchemik nie ma grobu. Nie umiera na oczach ludzi, ale znika bez śladu. Nikt nigdy nie znajdzie jego ciała. Nic, co można by zidentyfikować… Szkoda zabytkowego fortu, ale ukochane miasto tym razem ocaleje.
Ciecz zabłysła jak kometa. Czyli pomodlić się już nie zdąży… Czas zwolnił, upuszczona przez Wilka retorta zawisła w powietrzu. Kropla ognia w jej wnętrzu płonęła niczym prawdziwe słońce. Jej światło wydobyło z mroku szczegóły rzeczywistości do tej pory niedostępne jego oczom… I naraz spostrzegł, że pomieszczenie pełne jest ludzi. Niektórych znał osobiście, innych widział tylko na mniej lub bardziej udanych portretach. Większość dopiero pozna… Avicenna, Paracelsus, John Dee, mistrz Twardowski, Fulcanelli, Arabowie w burnusach, Chińczycy, magowie chaldejscy i asyryjscy. Dwie kobiety w greckich tunikach, ta ruda to pewnie Hypatia, ostatnia strażniczka Biblioteki Aleksandryjskiej… Jego bracia, alchemicy. Ci wszyscy, którzy uwierzyli w to, co niemożliwe, i poświęcili życie na poszukiwanie prawdy. Przed ich szereg wysunęła się para. Mężczyzna we flamandzkim płaszczu hanzeatyckiego kupca i kobieta w błękitnej sukni. Przybysz uśmiechnął się i wykonał zapraszający gest.
– Tereso ukochana – wyszeptał Sędziwój. – Setonie, przyjacielu… Idę do was…
Przeżegnał się pospiesznie. Czas ruszył. „Bracia" biegli w stronę drzwi. Ale żaden z nich nie zdążył. Szklana butla dotknęła ceglanej posadzki.
Rozdział 8
Zadzwonił telefon w kieszeni.Katarzyny. Rzuciła okiem na wyświetlacz i uniosła go do ucha.
– Witaj!
– Słuchaj mnie bardzo uważnie. – Głos Stanisławy był poważny i zaskakująco surowy. – Alchemik za chwilę umrze. Połóż się natychmiast płasko na ziemi.
Agentka posłusznie padła na trawnik. W słowach kuzynki pobrzmiewała straszliwa determinacja.
– Myślę, że wiem, gdzie go trzymają – powiedziała do słuchawki. – To może być hurtownia, fort na Nowym Kleparzu.
– Ale…
– Część umocnień dzierżawi firma Vinmexpol należąca podobnie jak Herberto i Świntex do luksemburskiej spółki Beta.
– Daj mi…
– Idę o zakład, że tam go uwięzili. To idealne miejsce! Spróbuję coś przewąchać. Jestem niedaleko…
– Zamknij się wreszcie! – ryknęła alchemiczka. – I słuchaj! Uczyli cię, co robić w razie wybuchu atomowego? – W jej głosie drżało przerażenie. – Osłoń głowę rękami, stopy w kierunku epicentrum, wykorzystaj wzniesienia terenu, mury, cokolwiek, byle się ukryć przed rozbłyskiem i falą uderzeniową!
– Co?! – Katarzyna przekręciła się, odruchowo wykonując polecenie, i wtoczyła za ciężką, głęboko wrośniętą w ziemię, betonową donicę.
– Jeśli się nie mylisz, epicentrum będzie w forcie!
– Co? – wykrztusiła ponownie. – Co ty…?
Trawnik pod nią podskoczył i zatańczył, gdy przechodziła fala sejsmiczna. Ćwierćtonowa donica także drgnęła, obluzowała się w swoim gnieździe, ale na szczęście pozostała na miejscu. Agentka jęknęła, zasłaniając oczy przedramieniem.
Stary fort eksplodował jak wulkan, odłamki cegieł czerwonym gradem opadły na majdan fortyfikacji. Fala uderzeniowa wstrząsnęła budynkami hurtowni win importowanych. Agentka wyobraziła sobie tysiące pękających butelek. Na trawnik wokół niej padały kawałki gruzu, dachówki i odłamki szyb. Głuchy huk przetoczył się nad miastem i odbił echem od okolicznych wzgórz.
Katarzyna, wstrząśnięta i zszokowana, potrząsnęła głową. Trening zrobił swoje. Błyskawicznie odzyskała zdolność logicznego myślenia. Jak blisko była? Do diabła, może trzysta metrów. Fala termiczna? Nie, już jej nie będzie, idzie przed falą uderzeniową. W uszach jej dzwoniło. Huk całkiem ją ogłuszył. Radiacja? Szlag, musiała oberwać potężną dawkę. Odruchowo spojrzała na zegarek. Mała wskazówka rentgenoradiometru nawet nie drgnęła. A poza tym… Poza tym impuls elekromagnetyczny powinien rozwalić kwarcowe urządzenie w drobny mak, a tymczasem cyferki sekundnika przeskakiwały jakby nigdy nic. I nawet ma sygnał w telefonie! Odetchnęła z ulgą. Kuzynka się pomyliła, to nie był wybuch atomowy. Zresztą Kraków przecież stoi…
– Żyję – rzuciła do słuchawki. – Skażenia chyba nie ma. Ale rąbnęło… – Ledwo słyszała własne słowa.
Przez długą chwilę ze zgrozą patrzyła na wznoszący się nad Kleparzem słup dymu. A więc Alchemik nie żyje… Straszliwy żal ścisnął jej serce. Nawet nie zdążyła mu powiedzieć, że…
Gdzieś daleko zawyła syrena wozu strażackiego, za moment dołączyła do niej druga i trzecia. Ciężko zranione miasto błyskawicznie zmobilizowało swoje służby. W rejon katastrofy ruszyły karetki i wozy policyjne.
– Wracaj do Kruszewic – poleciła Stasia. – Alchemik właśnie odszedł. Możemy mu pomóc już tylko modlitwą…
Opuściła telefon i usiadła ciężko na ganku. Serce słońca. Zna tę nazwę, pamięta, jak mistrz opowiadał o nim kiedyś, dawno temu… Zamknięta w probówce siła, jaką posiada wyłącznie wnętrze gwiazdy. Moc syntezy termojądrowej, która zamienia wodór w hel, powoduje powstanie węgla i cięższych pierwiastków. Najbardziej zagadkowa substancja, z jaką kiedykolwiek zetknął się człowiek. I chyba najbardziej niebezpieczna.
Minęła przeszło godzina, zanim trochę oprzytomniała. Powlokła się do swojego pokoju i nalała sobie pół szklanki śliwowicy.
– Twoje zdrowie, mistrzu, gdziekolwiek jesteś – szepnęła.
Ktoś zapukał do drzwi pokoju. Stanisława przełknęła zawartość naczynia jednym haustem.
– Proszę.
W drzwiach stanął Ihor. Popatrzył na nią badawczo.
– Coś złego się stało? – zapytał.
– Właśnie się dowiedziałam, że nasz przyjaciel nie żyje…
– Przepraszam, że w takim momencie, ale nie mogę tego odłożyć na kiedy indziej…
Od razu zrozumiała, że coś jest nie tak. Był bardzo poważny.
– Proszę mówić – poleciła.
– Musimy porozmawiać – powiedział. – Mogę prosić o kilka minut?
– Jasne. – Wskazała mu drugi fotel. Pokręcił przecząco głową.
– Nie chcę o tym mówić w miejscu, gdzie mogłaby nas usłyszeć. Chodźmy na spacer.
Alchemiczka uśmiechnęła się lekko. Od dawna żaden mężczyzna nie proponował jej wspólnej przechadzki…
Poderwała się, wsunęła stopy w sandały.
– Oczywiście.
Upał nieco zelżał, ruszyli w stronę lasu.
– Niepotrzebnie boicie się Moniki – powiedziała. – Jest…
– Wiem. – Kiwnął głową. – Słyszałem o takich jak ona. Już się jej nie boimy. Boimy się o nią.
– Coś się stało?
Ponownie kiwnął głową i rozejrzał się odruchowo. Las był pusty, tu, na skraju, drzewa rosły daleko od siebie. Nikt go nie usłyszy.
– Ona się zmienia – powiedział. – Słabnie fizycznie i ciągle jest zmęczona. Jakby ktoś przestawił jej wewnętrzny silnik na połowę obrotów. – Znalazł mało poetyckie porównanie.
– Hm, może to naturalny proces? – Zadumała się. – Ma ponad tysiąc dwieście lat…
– Ile?! – Wytrzeszczył oczy. – Myślałem, że nie więcej niż trzysta, czterysta – mruknął. – Jak ty.
– Skąd wiesz? – Spojrzała na niego dziko.
– Używasz bardzo starego dialektu naszego języka. Nawet dla Tarasa Szewczenki byłby archaiczny. Eliksir życia?
– Coś w tym guście. – Uśmiechnęła się zażenowana.
Odpowiedział uśmiechem.
– Jeśli wykluczymy naturalne procesy – wrócił do tematu – nasuwa mi się jedno rozwiązanie… Pasożyt.
– Na tasiemce są dobre lekarstwa.
Popatrzył na nią, jak nauczyciel z naganą spogląda na wyjątkowo mało rozgarniętego ucznia.
– Mieszkałaś na Ukrainie?
– Do jedenastego roku życia. Kruszewice Nowe leżały dwa dni drogi od Kijowa. Żyło się nieźle, ale co pięć lat trzeba było odbudowywać majątek od fundamentów. Tatarzy, Kozacy, sąsiedzi też robili zajazdy… W końcu mieliśmy dość, bo ile można się szarpać.