Выбрать главу

Nie wytrzymała i parsknęła śmiechem. Agentka też się lekko uśmiechnęła, ale słuchała go nadal z uwagą. Czuła, że mimo nieporadności w mówieniu po polsku, ma im do przekazania coś bardzo ważnego.

– Źle powiedziałem? – zafrasował się. – Przepraszam, oglądałem dużo waszej telewizji, ale niewiele miałem okazji, by pogadać…

– Bardzo trafnie – pochwaliła Katarzyna. – Tylko my raczej używamy poetyckich przenośni, a nie technicznych.

– Przepraszam, ale użyję jeszcze jednej. Samochód można uruchomić kluczykiem albo wyrwać stacyjkę i spiąć druty na krótko – powiedział to takim tonem, że momentalnie spoważniały. – Wtedy też pojedzie, ale jakby niezależnie od swojej woli.

– Czyli u dziewczyny, która znajduje coś takiego… – Informatyczka domyśliła się natychmiast. – Uruchamia się…

– Pojawia się to wszystko, co byłoby później, w bardziej stosownym momencie. Zaczyna zachowywać się jak… – Spojrzał wymownie na klacz pasącą się nad strumieniem.

– Rozumiem. – Stanisława powstrzymała kolejne, być może jeszcze bardziej „poetyckie" porównanie.

– I wtedy pojawia się on. Najczęściej przybiera postać przystojnego nieznajomego, czasem zabija kogoś, kogo ona zna, i zajmuje jego miejsce. Jeśli długo był uśpiony, zjada mózg zabitego, aby przejąć wiedzę o świecie, o tym, kto jest kim w okolicy. Tak łatwiej ukryć mu się wśród ludzi. Dziewczyna nie zorientuje się, że to obcy. Zresztą znalezisko mąci jej myśli. Może wytwarza się też u niej bardzo dużo hormonów, tak że jest pobudzona i oszołomiona jednocześnie. Aż dochodzi między nimi, no wiecie…

– Wiemy – ucięła.

– Tylko że dziewczyna z dnia na dzień słabnie i w końcu, gdy pozwoli się posiąść, umiera. Czasem się zorientuje, jeśli zna tę legendę i skojarzy, co się dzieje. Tylko już nie potrafi się przed żmijem ukryć. Ten odnajdzie ją wszędzie. W każdej kryjówce, nawet jeśli wyjedzie i osiedli się w innym miejscu. Przed nim nie ma ucieczki. Może przebyć i tysiąc kilometrów.

– Czyli on śledzi i odnajduje ją przez ten przedmiot – domyśliła się agentka. – A gdyby się go pozbyć?

– To jedyna szansa. Dlatego pomyślałem, że jakaś dziewczyna tu, we wsi, zorientowała się i wyrzuciła medalion do stawu. Póki leżał na dnie w mule, żmij spał albo polował gdzie indziej. Ale Monika znalazła wisiorek i zawiesiła na szyi. To go obudziło i skłoniło do poszukiwania.

Milczały, patrząc na wieś. Księżniczka wyszła z dworu, przeciągnęła się leniwie, a potem legła w hamaku. Koń zarżał, domagając się trochę ruchu, ale zignorowała go.

– Wszystko pasuje – powiedziała wreszcie Stanisława. – A gdybyśmy jej zabrali tę błyskotkę i zakopali albo zniszczyli?

– Przez jakiś czas będzie otumaniona, a potem wróci do, nazwijmy to, stanu pierwotnego – odparł. – Ale to nie rozwiązuje problemu.

– To znaczy?

Wyjął z pochwy przy pasku huculski nóż z drewnianym trzonkiem. Przeciągnął w zadumie po przedramieniu, sprawdzając na porastających je włoskach ostrość klingi.

– Jeśli po prostu straci trop, wcześniej czy później dopadnie inną dziewczynę. My jesteśmy świadomi tego, co się dzieje. Kolejna ofiara nie będzie miała żadnych szans. I nikogo, kto mógłby przyjść jej z pomocą.

– Czy jesteśmy w stanie go zabić? – Oczy Katarzyny pociemniały. – Bo chyba trzeba będzie.

Patrzył gdzieś w przestrzeń. Dłoń mocniej zacisnął na rękojeści kozika. Zrozumiały, że ten silny i odważny mężczyzna z trudem stara się pokonać strach.

– Musimy go zniszczyć – powiedział. – Nie ma wyjścia. Inaczej będzie zabijał w nieskończoność. Tak, Monikę też bym zabił, gdyby była prawdziwym wampirem. – Uprzedził niezadane pytane. – My, górale… – Nie dokończył myśli, ale zrozumiały, co chce powiedzieć.

– Jak to zrobimy? – Agentka przeszła do konkretów. – Znasz jakieś pewne sposoby czy tylko legendy?

Skrzywił się.

– Srebrna, poświęcona kula. Tak mówił mój pradziadek. Mam niezły samopał.

– A ja rewolwer i krócicę Alchemika – zadeklarowała dziedziczka. – A także trzy szable.

– Hm, osiem strzałów. Przydałoby się jeszcze coś, nie wiemy, jaką to bydlę ma odporność – rozważała Katarzyna. – Najlepiej byłoby użyć czegoś poważniejszego, seria z kałacha, kule dum-dum. Może nawet i srebrnych trzeba by użyć.

– Jest nas troje. Szkoda, że nasz przyjaciel nie żyje… On wiedziałby, co robić w takim wypadku – westchnęła Stanisława.

– Czworo. Mój brat już wie. Ubezpieczy od strony okna. Na wypadek gdyby to próbowało uciec. Mało nas.

– Znam dwóch łowców wampirów, ale nie zdołamy ich tu szybko ściągnąć. Kto wie, może w ciągu kilku dni…?

– Nie mamy już na to czasu. – Ihor pokręcił głową. – Dziś chyba nastąpi finał.

– Skąd wiesz? – zdziwiła się agentka.

– Pawło przypadkiem zobaczył ich wczoraj razem. Powiedzmy, że przekroczyli wspólnie pewną granicę. Ale jeszcze nie ostateczną.

– Jeśli wymknie się na koniu, nie dogonimy jej – zadumała się Stanisława.

– Wiem, dlatego pozwoliłem sobie podać klaczy trochę ziółek. Do jutra będzie miała straszliwą sraczkę. A Monikę… Cóż, uwięzimy i użyjemy jako przynęty.

– Czy to bezpieczne? – zaniepokoiła się Katarzyna.

– Nie.

– Życie ogólnie jest niebezpieczne – mruknęła alchemiczka. – Sztuka polega na tym, by unikać zagrożeń, ale jeśli się nie da, to trzeba stawić im czoła.

Katarzyna popatrzyła w zamyśleniu na pola i łąki, ściany dworu jaśniejące miodową barwą zleżałego drewna. I nagle ten piękny widok stracił cały urok. Kto wie, może już dziś wieczorem przyjdzie zginąć w walce? Może to ostatni dzień jej życia? Także kuzynka, choć dźwiga na karku czterysta lat, poczuła, że nie jest jeszcze gotowa, by podążyć w ślad za swoim mistrzem. A zatem trzeba przeżyć.

– Jeśli macie jakiś środek nasenny, to dosypcie jej do podwieczorku – zasugerował Ihor. – Im bardziej poczuje się zmęczona, tym chętniej zostanie w domu. On ją i tak znajdzie, a na naszym terenie mamy przewagę.

– Dobry pomysł – przyznała dziedziczka. – Tylko co? Nie mam żadnych tabletek.

– W razie czego sam coś spreparuję – zaproponował. – Mak już przekwitł. Znajdę kilka niedojrzałych makówek.

– Opiaty to straszliwe świństwo. A przy tym mają dość charakterystyczny smak i zapach. Na pewno mam coś bezpieczniejszego – powiedziała agentka. – I dyskretniejszego w użyciu.

* * *

Monika poszła do swojego pokoju. Ziewnęła rozdzierająco. Ech, ten upał, wykończył ją zupełnie. No i Alchemika szkoda… Odechciało się jej wychodzić z domu. Zresztą, po co? Była pewna, że Paweł przyjdzie tej nocy. Przegrzebała szafę, wyciągnęła paczkę z bielizną. Przejrzała ją. Może to, a może gorsecik? Czy lepiej bez bielizny? Rozebrała się, popatrzyła w lustro, przeciągnęła zmysłowo. Nie, w czerwonym staniku i koronkowych stringach do kompletu będzie wyglądać dużo bardziej kusząco. Jedwabne pończoszki z podwiązkami? Nie, noc jest na to za ciepła… Obejrzała się krytycznie raz jeszcze. Uchyliła okno, położyła się na kołdrze. Ziewnęła. Przed północą chyba się nie zjawi, zatem można się odrobinę zdrzemnąć.

Jeszcze na wpół śpiąc, poczuła przy sobie czyjąś obecność. Dłonie dotknęły jej przegubów, potem kostek. Hm, przywiązał ją do słupków łóżka miękkimi, jedwabnymi szarfami. Wspaniale, taka odrobina perwersji. Coś jak wykwintny gwałt w królewskiej sypialni…

– O, taaak – szepnęła.

– Przykro mi, nie tym razem – mruknął Ihor. – Zresztą potem też chyba nie, mam już narzeczoną. Chyba by się jej nie spodobało.

Otworzyła oczy i szarpnęła potężnie. Kostki i przeguby zapiekły ją żywym ogniem. Spojrzała zdezorientowana. Cienkie krajki z kolorowych nitek, jakiś huculski wzór… Targnęła raz jeszcze.

– Daruj sobie – odezwał się. – Są nie tylko poświęcone, ale i zaplecione w odpowiedni sposób.

– Ty! – Nabrała w płuca haust powietrza i wyrzuciła z siebie stek najstraszliwszych bałkańskich przekleństw. Przerwała, żeby zaczerpnąć tchu, chciała miotnąć kolejną wiąchę, otworzyła usta, ale zręcznie ją zakneblował.

– Ręcznik do ikon – powiedział życzliwie. – Nie próbuj przegryźć, bo tylko sobie poharatasz ssawkę.

– To dla twojego dobra. – Rozległo się od strony drzwi.

Odwróciła głowę.

– Mmmmm, mmm, mmm! – Knebel działał bez pudła.

Stanisława mogła się tylko domyślać, co jej przyjaciółka chce wyrazić.

– Może zabrać jej ten medalion? – zasugerowała Katarzyna. – Jeśli to jej odbiera rozum…

– Żmij poczuje, że coś się zmieniło, i może się spłoszyć. – Ihor pokręcił głową.

– To może chociaż wstrzyknę jej…

– Lepiej, żeby była przytomna – zaprotestował. -Niech patrzy, mniej będzie trzeba jej potem tłumaczyć. Sama zrozumie, co się stało.