Выбрать главу

– Istniały wcześniej niż awaria w Czarnobylu… – Alchemiczka zdobyła się na uśmiech.

– A po co Czarnobyl? Na Ukrainie są złoża uranu.

– Ona ma rację – potwierdził Ihor.

– Pal diabli, skąd się wzięło. Niechby i wypełzło z laboratoriów KGB. Talizman zadziałał, zatem miał pewien potencjał magiczny, prawda? – Alchemiczka straciła część pewności siebie.

– Owszem – potwierdził cieśla.

– Ale, jak Monika, podlegał częściowo prawom przyrody. Był materialny. Krwawił. Zdołaliśmy go zabić bronią niemagiczną. Ogień trawi jego tkanki. Odżywiał się, choć w bardzo wyrafinowany sposób… I w związku z tym gryzie mnie pytanie. Jak takie bydlę się rozmnaża? – Katarzyna wpatrzyła się w płomienie.

Popatrzyli po sobie.

– Nasze legendy nic o tym nie mówią – bąknął Ukrainiec. – Takie stwory istnieją i tyle.

– To, co widzieliśmy, było złudzeniem. Bardzo dokładnym złudzeniem. Imitował nie tylko wygląd i zapach człowieka, ale pewnie także wrażenia dotykowe. Gdy umarł, zobaczyliśmy jego prawdziwą postać. Wspominałeś, że czasem zabija kogoś, kogo dziewczyna zna, i zajmuje jego miejsce…

– Co sugerujesz? – zapytała Monika. – Nie znałam go wcześniej. A już po pierwszym kontakcie czułam zmęczenie. Od początku kradł mi energię, więc przez cały czas to była ta istota.

Nawet nie zauważyli, kiedy nadeszła. Była już ubrana i chyba trochę doszła do siebie.

– Kim on był? Jak go poznałaś?

Opowiedziała o wizytach w sąsiedniej dolinie, a potem w Krakowie. Słuchali uważnie.

– Tych obrazów było dużo? – zapytała agentka.

– Kilkadziesiąt.

– Nie zdążył ich namalować sam – mruknęła. – Znalazł jakiegoś malarza, zabił go i skopiował wygląd. Zajął jego miejsce i przejął dzieła. A może i talent?

– Pokazywał mi, jak się maluje – potwierdziła księżniczka. – A sama widziałam, z jaką wprawą szkicuje. Znałam w życiu kilku artystów. Miał talent. Nieprawdopodobny.

– O ile nie okaże się, że to tylko kupa zagruntowanych blejtramów, a wszystkie dzieła były wytworem twojego oszołomionego umysłu – zasugerował Ihor.

– Musimy pojechać do Krakowa – zadecydowała agentka. – I to teraz, zaraz.

– Po co? – zapytała Stanisława.

– Chcę zobaczyć jego pracownię.

– Masz głowę na karku – pochwalił cieśla.

– Ale po co? – powtórzyła alchemiczka.

– Tak sobie pomyślałam. Może za dużo filmów się naoglądałam, ale jeśli w zwłokach malarza złożył na przykład jajka, trzeba się tym zająć.

Stanisława zrobiła minę, jakby zaraz miała zwymiotować, ale kiwnęła głową. Pawło został pilnować ognia i domu, a oni zapakowali się we czwórkę do samochodu i pomknęli szosą na Kraków.

Odnalezienie właściwej bramy nie zajęło księżniczce dużo czasu. Wdrapali się na poddasze. Drzwi zamknięte były na klucz, ale agentka bez trudu sforsowała niezbyt wymyślny zamek. Stanisława wyjęła rewolwer i jednym kopnięciem otworzyła drzwi. Pusto, cicho, martwo. Monika zapaliła światło.

Jej akt stał ciągle na sztalugach. Żmij nie zdążył go dokończyć, pozostały niedomalowane partie tła, ale i tak wyglądał bardzo dobrze. Zaczerwieniła się jak burak.

– Fiu, fiu. – Alchemiczka rzuciła wzrokiem na obraz. – Rękę to bydlak jednak miał niezłą… Rewelacja. W życiu nie miałam tak świetnego portretu. Choć, z drugiej strony, aktów nikt mi nie malował…

– Spalmy to – bąknęła Monika.

– Szkoda by chyba było – droczyła się jej przyjaciółka. – To jednak wspaniałe dzieło sztuki, które za kilkaset lat będzie równie znane jak „Narodziny Wenus".

– Raczej „Maja naga" – mruknęła agentka. – Masz tu, moja droga, wyraz twarzy, jakbyś się wybierała pod latarnię… Albo dopiero co spod niej wróciła. Chyba faktycznie trzeba to będzie spalić. Lub chociaż uśmiech przemalować. Poza tym takie dzieło powinno nieść w sobie zapowiedź jakiejś tajemnicy, a tu wszystko czarno na białym, jak w podręczniku ginekologicznym…

– E, niezupełnie – zaprotestowała wampirzyca. Humor już jej wracał. – Te z podręcznika pewnie nie mają „futerka" wystrzyżonego na kształt serduszka… Ale to sam wymyślił – dodała szybko.

Ihor syknął na nie ze złością. Momentalnie przypomniały sobie, po co tu przyszły. Kolejne drzwi. W łazience pusto. W kuchni powitała ich dziwna, słodkawa woń. Monika i Stanisława rozpoznały ją natychmiast. Gdzieś tu leżą zwłoki… Rozejrzały się. Pomieszczenie wyglądało zupełnie zwyczajnie, tylko jedna ściana była częściowo skośna.

Meble też nie przykuwały uwagi, trochę starych szafek, elektryczna kuchenka, archaiczna lodówka, stół nakryty sięgającą prawie do ziemi ceratą… Pod stołem ludzki szkielet.

– Wylizany do czysta – mruknął góral. – Znaczy, ścierwo nie tylko energię życiową pobiera, ale i mięskiem nie gardzi. Tylko chrząstki i stawy zostały…

Agentka podczas szkolenia widywała na zdjęciach nie takie rzeczy, ale z trudem powstrzymała torsje. Jej kuzynka i przyjaciółka patrzyły na znalezisko spokojnie i bez emocji. Nieraz widywały gorzej sponiewierane ciała. Dwa kolejne kościotrupy odkryli w schowku pod połacią dachu. Wyglądały na „świeższe".

– Kobiece – oceniła Katarzyna. – Musiał polować całymi dniami… W każdym razie nie byłaś jedyną ofiarą, którą sobie upatrzył. – Spojrzała na księżniczkę.

– Nie wiadomo, ile lat przebywał w uśpieniu. – Ihor rozejrzał się wokoło. – Mógł obudzić się bardzo głodny. Ale jeśli powrócił do naszego świata dzięki kamieniowi, to sądzę, że Monika miała stać się najważniejszym… daniem. Długo ją, że się tak wyrażę, przyprawiał. Tak czy inaczej, od tej strony nic nam już chyba nie grozi. I pewnie sporej garści kobiet uratowaliśmy życie.

– A więc tego uniknęłam – szepnęła Monika, patrząc na garść białych kości.

– Uhum… – mruknęła agentka. – Wciąż nie wiemy, jak się rozmnaża.

– Sądzisz? – Ihor zerknął na księżniczkę zaniepokojony.

– Nie, do kontaktów seksualnych nie doszło, więc raczej jej nie zapłodnił. Ale myślę, że na wszelki wypadek trzeba będzie zrobić tomografię całego ciała Moniki i komplet analiz. A gdzieś za miesiąc powtórzyć.

Do lodówki woleli nie zaglądać.

* * *

Monika, milcząc, zeszła na śniadanie. Siadła przy stole i długo tkwiła ze wzrokiem wbitym w obrus. Wreszcie z trudem zmusiła się, by popatrzeć na przyjaciół.

– Nawet wam jeszcze nie podziękowałam… I nie przeprosiłam.

– Nic nie szkodzi – uśmiechnęła się Stanisława. – Przeszłaś bardzo ciężką próbę. I nie byłaś sobą.

– Jeśli to był egzamin, to oblałam. – Znowu spuściła wzrok. – Nie mogłam się oprzeć. Nawet o tym nie pomyślałam.

– Nie wiemy, czy ktokolwiek jest w stanie przełamać ten czar. – Ukrainiec wzruszył ramionami. – W każdym razie nie słyszałem nigdy o takim przypadku. Myślę, że zrobiłaś to, co było w twojej mocy. U nas legendy podają dwa wyjścia…

– Wyrzucić amulet, o tym już opowiadałeś – przypomniała agentka. – A jakie jest drugie?

– Jeśli ojciec lub bracia dziewczyny go przyłapią, wtedy daje okup i odchodzi… Chyba że nie dadzą się przekupić i walczą do upadłego, tak jak my.

– Okup… Zostawił coś przecież!

Stanisława wstała od stołu i po kilku minutach wróciła z pękatą, skórzaną sakiewką, którą żmij rzucił poprzedniego wieczoru na szafkę. Rozsupłała rzemyk i wysypała zawartość na ścierkę. Błysnęło złoto. Krążki były cienkie, wielkości mniej więcej złotówki. Na awersie wybito postać człowieka trzymającego pęk strzał. Po drugiej stronie herby lub napisy…

– Złote holenderskie dukaty – zidentyfikował Ihor. -Siedemnastowieczne. Będzie ze dwieście sztuk albo i lepiej.

– Przybył z Niderlandów? – zaciekawiła się Katarzyna.

– Niekoniecznie. – Stanisława pokręciła głową. -W czasach mojego dzieciństwa często się ich używało w Rzeczypospolitej. Docierały jako zapłata za nasze zboże eksportowane do wiecznie głodnej Europy Zachodniej.

Podzieliła monety na dwie kupki i jedną podsunęła Ihorowi. Mocno się wzbraniał, ale w końcu przyjął podarunek.

– Dlaczego? – zapytała Monika. – Przecież miał tyle okazji, żeby mnie posiąść i zabić. Tyle razy chciałam. Byłam gotowa mu się oddać. A on sprawiał wrażenie jakby… Jakby w ogóle o tym nie myślał. Jakby był obojętny. Widział mnie nagą, pozowałam mu do obrazu. Mówiłeś wczoraj coś o przyprawianiu? – Spojrzała na cieślę.

– To proste. Udawał. To, czym żywi się to bydlę, to energia, nie tylko życiowa, ale i seksualna. Pewnie gwałcąc cię i mordując, zaspokoiłby swoje potrzeby. Tak zapewne robił w innych przypadkach. Ale teraz widać wolał, żeby napięcie wezbrało w tobie jak rzeka zagrodzona tamą. Żeby móc przejąć to w postaci wyładowania potężnego jak grom. Zaspokajał potrzebę zabijania, mordując inne, a ciebie… Hm, można powiedzieć, tuczył sobie powolutku na niedzielny obiad.