Tego dnia obu moim grupom oddawałam testy egzaminacyjne, więc musiałam przedłużyć czas dyżuru. Niektórzy studenci chcieli porozmawiać o swoich ocenach, inni błagali o łaskę w związku z nieobecnością na teście. W czasie sesji egzaminacyjnych nagminnie umierają krewni i wszelkie możliwe nieprzyjemne sprawy osobiste uniemożliwiają podejście do egzaminów. Koniec tego semestru nie należał do wyjątków.
O czwartej wzięłam udział w posiedzeniu Komitetu do Spraw Rozkładu Zajęć i Programu Nauczania Kolegium, gdzie półtorej godziny spędzono zastanawiając się, czy Wydział Filozofii może zmienić program kursu wyższego stopnia na temat Tomasza z Akwinu. Kiedy wróciłam do swojego gabinetu, czekały na mnie dwie wiadomości.
Kolejny student, który właśnie stracił ciotkę. Ochrona campusu zawiadamiająca o włamaniach w Budynku Nauk Fizycznych.
Później zajęłam się diagramami, cyrklami, ilustracjami i listą materiałów, które moja asystentka miała rozłożyć na ćwiczenia w laboratorium następnego dnia. Potem godzina w laboratorium, gdzie musiałam sprawdzić, czy wybrane przeze mnie próbki były odpowiednie.
O szóstej zamknęłam wszystkie gabloty i drzwi do laboratorium. Korytarze Budynku Colvard były o tej porze puste i ciche, ale kiedy skręciłam w korytarz prowadzący do mojego gabinetu, niespodziewanie dostrzegłam młodą dziewczynę opierającą się o moje drzwi.
– W czym mogę pomóc?
Aż podskoczyła na dźwięk mojego głosu.
– Ja… Nie. Przepraszam. Pukałam. – Nawet się nie odwróciła, więc nie widziałam dokładnie jej twarzy. – Pomyliłam pokoje.
To mówiąc obróciła się i zniknęła za rogiem tuż obok moich drzwi. W tej samej chwili przypomniałam sobie wiadomość o włamaniach. Spokój, Brennan. Pewnie tylko słuchała, czy ktoś jest w środku. Przekręciłam gałkę i drzwi się otworzyły. Cholera. Byłam pewna, że je zamknęłam. A może nie? Miałam zajęte ręce i tylko przyciągnęłam drzwi stopą. Może zatrzask nie załapał.
Pobieżnie przeszukałam pokój. Wszystko zdawało się leżeć na swoim miejscu. Z dolnej szuflady wyciągnęłam torebkę i sprawdziłam portfel. Pieniądze. Klucze. Paszport. Karty kredytowe. Wszystkie cenne rzeczy były na swoim miejscu.
Może faktycznie pomyliła pokoje. Może zajrzała do środka, zdała sobie sprawę ze swojej pomyłki i wyszła. Tak naprawdę to nie widziałam, żeby otwierała drzwi.
A co tam.
Spakowałam teczkę, przekręciłam klucz w zamku, sprawdziłam, czy drzwi były zamknięte, i ruszyłam w kierunku parkingu.
Charlotte różni się od Montrealu tak jak Boston od Bombaju. To miasto cierpiące na wielokrotne zaburzenia osobowości łączy w sobie cechy pełnego wdzięku Starego Południa i drugiego co do wielkości centrum finansowego kraju. Mieszczą się tu Charlotte Motor Speedway, Nations-Bank i Opera Carolina. Na każdym rogu stoją kościoły, a za każdym rogiem kilka barów ze striptizem. Kluby country i restauracje barbecue, zatłoczone drogi ekspresowe i ciche ślepe uliczki. Sławny Billy Graham wychowywał się na krowiej farmie, gdzie dziś stoi centrum handlowe, a Jim Bakker zaczynał w miejscowym kościele, a skończył w sądzie federalnym. To w tym mieście zaczęło się przewożenie dzieci jednej rasy do szkoły, gdzie uczyły się dzieci innej rasy, co miało doprowadzić do rasowej integracji w szkołach publicznych; tutaj powstały liczne prywatne akademie, niektóre o orientacji religijnej, inne całkowicie świeckie.
Charlotte było miastem segregacji rasowej aż do lat sześćdziesiątych naszego stulecia, kiedy to niezwykła grupa, na czele której stali i biali, i czarni, zaczęła kampanię na rzecz zintegrowanych restauracji, mieszkań, rekreacji i transportu. Kiedy sędzia James B. McMillan publicznie ogłosił obowiązek przewożenia dzieci jednej rasy do szkoły, do której uczęszczały dzieci innej rasy, nie wywołało to żadnych zamieszek. Wiele osób go krytykowało, ale nakaz pozostał i mieszkańcy się do niego stosowali.
Zawsze mieszkałam w południowo-wschodniej części miasta. Dillworth. Myers Park. Eastover. Foxcroft. Co prawda daleko stąd do uniwersytetu, ale te miejsca są najstarsze i najpiękniejsze; labirynty krętych ulic, wzdłuż których stoją rezydencje z ogromnymi dywanami trawników ocienionych baldachimami wielkich wiązów i dębów starszych od piramid. Ulice w Charlotte, jak i jej mieszkańcy, są miłe i pełne wdzięku.
Opuściłam szybę w samochodzie i wciągnęłam w płuca marcowe, wieczorne powietrze. To był jeden z tych dni, kiedy wiosna jeszcze nie przyszła, ale zima już odeszła, kiedy zdejmuje się kurtkę, a potem znowu wkłada, i tak wiele razy. Krokusy już przebijały się przez warstwę ziemi i powietrze wypełni się zaraz zapachem dereni i azalii. Zapomnijcie o Paryżu. Charlotte wiosną to najpiękniejsze miejsce na ziemi.
Z campusu do mojego domu prowadzi kilka dróg. Tego wieczoru wybrałam autostradę, więc wyjechałam tylnym wjazdem na Harris Boulevard. Ruch na autostradach I-85 i I-77 odbywał się płynnie, więc kwadrans później minęłam dzielnicę rezydencji i jechałam drogą Providence na południowy wschód. Wpadłam do Pasta and Provisions Company po spaghetti, sałatkę Cezara i chleb czosnkowy i tuż po siódmej zadzwoniłam do drzwi Pete'a.
Miał na sobie wypłowiałe dżinsy i żółto-niebieską koszulkę do rugby z rozpiętym kołnierzykiem. Włosy mu sterczały, jakby właśnie je przeczesał palcami. Wyglądał dobrze. Pete zawsze dobrze wygląda.
– Czemu nie użyłaś swojego klucza?
Dlaczego tego nie zrobiłam?
– A gdybym zastała tu blondynkę, i to skąpo odzianą?
– A znasz może takie? – Niespokojnie rozejrzał się wokół, jakby faktycznie miał jakąś na sumieniu.
– Chciałbyś. Proszę, gotuj wodę. – Wręczyłam mu makaron.
Kiedy Pete brał ode mnie torbę, pojawił się Birdie, wyciągnął najpierw jedną tylną łapę, potem drugą i usiadł układając wszystkie cztery w zgrabny kwadracik. Spojrzał mi w twarz, ale nie podszedł.
– Cześć, Bird. Tęskniłeś za mną?
Kot się nawet nie poruszył.
– Miałeś rację. Jest wkurzony – stwierdziłam.
Rzuciłam torebkę na kanapę i poszłam za Pete'em do kuchni. Na krzesłach po obu końcach stołu leżały stosy listów, większość z nich nie otwarta. To samo działo się na starym krześle pod oknem i na drewnianej półce pod telefonem. Nic nie powiedziałam. To już nie był mój problem.
Spędziliśmy milo godzinę jedząc spaghetti i rozmawiając o Katy i reszcie rodziny. Powiedziałam mu, że dzwoniła jego matka skarżąc się, że czuje się zaniedbywana. Odpowiedział, że będzie reprezentował ją i kota razem. Kazałam mu do niej zadzwonić. Obiecał, że to zrobi.
O wpół do dziewiątej zniosłam Birdiego do samochodu, Pete szedł za mną z kocimi akcesoriami. Pod względem ilości bagażu mój kot bije mnie na głowę.
Kiedy otworzyłam drzwi, Pete położył swoją dłoń na mojej.
– Jesteś pewna, że nie chcesz zostać?
Zacisnął palce, a drugą ręką delikatnie pogłaskał mnie po włosach.
Byłam? Milo było poczuć jego dotyk, wspólna kolacja wydawała się czymś tak normalnym. Coś się we mnie poruszyło.
Pomyśl, Brennan. Jesteś zmęczona. I napalona. Bierz tyłek i do domu.
– A co z Judy?
– Chwilowe zakłócenie porządku kosmicznego.
– Chyba nie, Pete. Już to przerabialiśmy. Wspaniała kolacja.
Wzruszył ramionami i opuścił ręce.
– Wiesz, gdzie mnie znaleźć – powiedział i wrócił do mieszkania.
Czytałam, że człowiek ma w mózgu dziesięć trylionów komórek. Tego wieczoru wszystkie dziesięć trylionów w mojej głowie pracowało na najwyższych obrotach, z szaleńczą prędkością przekazując sobie wiadomości na jeden temat: Pete.
Dlaczego nie użyłam mojego klucza?
Komórki były zgodne co do tego, że są jakieś granice. Nie chodziło o zabawę typu “nie przekraczaj tej linii”, ale o wyznaczanie nowego terytorium, w rzeczywistości i symbolicznie.
Dlaczego się rozstaliśmy? Był taki czas, kiedy niczego tak nie pragnęłam, jak wyjść za niego za mąż i być z nim do końca życia. Jaka była różnica między tamtą mną a mną teraz? Byłam bardzo młoda, kiedy wychodziłam za mąż, ale czy dziś nie zrobiłabym tak samo? A może to Pete się zmienił? Czy ten, za którego wyszłam, był tak nieodpowiedzialny? Taki niewiarygodny? Czy kiedyś uważałam, że taki jest jego urok?