Komórki zauważyły, że zaczynam brzmieć jak ckliwa piosenka.
Co doprowadziło do naszej separacji? Jakich wyborów dokonaliśmy? Czy tak samo wybralibyśmy teraz? Czy to przeze mnie? Przez Pete'a? A może tak było nam pisane? Co poszło nie tak? A może właśnie dobrze? Czy nowa droga, którą teraz szłam, była dobra, czy droga mojego małżeństwa już się skończyła?
Ciężka sprawa, stwierdziły komórki.
Wciąż chciałam spać z Pete'em?
Jednogłośne tak komórek.
Ale to był chudy rok pod względem życia seksualnego, argumentowałam.
Interesujący dobór słów, zauważyły przedstawicielki id. Chudy. Żadnego mięsa. Znaczy głód.
Ale był ten prawnik w Montrealu, zaprotestowałam.
To nie to. Prawie nie zaiskrzyło. Zbyt niskie napięcie.
Nie ma co się spierać z umysłem, kiedy jest w takim nastroju.
14
W środę rano ledwie przyjechałam na uniwersytet, a już zadzwonił telefon, Zdziwiłam się, słysząc głos Ryana.
– Nawet mi nie mów, jaka jest pogoda – rzekł zamiast powitania.
– Jest piętnaście stopni i nasmarowałam się kremem do opalania z filtrem.
– Ty naprawdę jesteś złośliwa, Brennan.
Nic nie odpowiedziałam.
– Porozmawiajmy o St-Jovite.
– Mów. – Wzięłam do ręki długopis i zaczęłam rysować trójkąty.
– Mamy nazwiska tych czterech ofiar.
Poczekałam.
– To była rodzina. Matka, ojciec i bliźnięta, chłopcy.
– To już wiedzieliśmy.
Usłyszałam szelest papieru.
– Brian Gilbert, lat dwadzieścia trzy, Heidi Schneider, lat dwadzieścia Malachy i Mathias Gilbert, cztery miesiące. Połączyłam trójkąciki w jedną całość.
– Większość kobiet byłaby pod wrażeniem mojego odkrycia.
– Ja nie jestem większość kobiet
– Jesteś na mnie wkurzona?
– A powinnam być?
Przestałam zaciskać zęby i nabrałam powietrza w płuca. Przez dłuższą chwilę nie odpowiadał.
– W Beli Canada jak zwykle się nie spieszyli, ale wydruk rozmów telefonicznych dostaliśmy w końcu w poniedziałek. Jedyny numer nie stąd, pod który dzwoniła w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy, należy do rejonu z kodem osiem-cztery-trzy.
Zatrzymałam się w połowie trójkącika.
– Chyba nie tylko twoje serce jest w Dixie… – dodał,
– Ale wymyśliłeś.
– I chyba trudno zapomnieć o starych czasach tam spędzonych.
– Niby gdzie?
– W Beaufort, Południowa Karolina.
– Możesz jaśniej?
– Starsza pani często tam dzwoniła, przestała nagle zeszłej zimy.
– Dokąd dzwoniła?
– To chyba prywatny numer. Tamtejszy szeryf ma to dzisiaj sprawdzić.
– I to tam mieszkała ta rodzina?
– Niezupełnie. To powiązanie z Beaufort skłoniło mnie do zastanowienia się. Dzwoniła dość regularnie, telefony urwały się nagle dwunastego grudnia. Dlaczego? To trzy miesiące przed pożarem. Coś mi nie dawało spokoju. Trzy miesiące. I w końcu skojarzyłem. Sąsiedzi twierdzili, że ta para z dziećmi mieszkała w St-Jovite trzy miesiące. Ty powiedziałaś, że dzieci miały cztery miesiące, więc może urodziły się w Beaufort, a telefony skończyły się, kiedy rodzina przyjechała do St-Jovite.
Pozwoliłam mu mówić.
– Zadzwoniłem do szpitala Memoriał w Beaufort, ale w zeszłym roku nie urodziła się ani jedna para bliźniąt chłopców. Sprawdziłem więc kliniki i jest. Przypomnieli sobie matkę w… – Znowu zaszeleścił papier. -…Klinice Zdrowia Ogólnego Beaufort-Jasper na Świętej Helenie. To jest wyspa.
– Wiem o tym, Ryan.
– To wiejska klinika zdrowia, głównie czarni lekarze, głównie czarni pacjenci. Rozmawiałem z jedną panią ginekolog, która najpierw coś tam bredziła o prywatności pacjentów, a potem przyznała, że opiekowała się ciężarną, która pasowała do mojego opisu. Kiedy ta kobieta przyjechała, była w czwartym miesiącu ciąży bliźniaczej. Termin miała wyznaczony na koniec listopada. Heidi Schneider. Lekarka powiedziała, że ją zapamiętała, bo była biała, i z powodu bliźniaków.
– A więc tam urodziła?
– Nie. Kolejnym powodem, dla którego ją zapamiętała, było zniknięcie pacjentki. Kobieta chodziła do kontroli przez cały szósty miesiąc, a potem już się nie pojawiła.
– Tylko tyle?
– Tylko tyle powiedziała, zanim jej nie przefaksowałem zdjęcia z autopsji. Chyba będzie jej się to śniło przez jakiś czas. Kiedy zadzwoniła, była bardziej skłonna do zwierzeń. Formularz osobowy zbyt wiele nie wyjaśnił. Heidi nie była zbyt rozmowna przy wypełnianiu. Podała, że ojcem jest Brian Gilbert, adres w Sugar Land w Teksasie, a w rubrykach na jej miejscowy adres i telefon nic nie wpisała.
– Znaleźliście coś w Teksasie?
– Właśnie sprawdzamy, proszę pani.
– Ryan, nie zaczynaj.
– Jaki poziom reprezentują nasi mundurowi w Beaufort?
– Nie wiem. Ale i tak ich jurysdykcja nie sięga Świętej Heleny. Nie jest przyłączona, więc to jest terytorium szeryfa.
– A więc spotkamy się z nim.
– My?
– Lecę tam w niedzielę i przydałby mi się jakiś przewodnik. Wiesz, ktoś, kto zna język, zna tamtejszy protokół. I nie mam pojęcia, jak się je tę waszą kaszę.
– Nie mogę. W przyszłym tygodniu przyjeżdża Katy. Poza tym Beaufort to moje ukochane miejsce na ziemi. Jeżeli kiedykolwiek cię oprowadzę, a prawdopodobnie nigdy się to nie zdarzy, na pewno nie wtedy, kiedy ty będziesz pracował nad sprawą.
– Albo dlaczego.
– Co dlaczego?
– Dlaczego je się kaszę.
– Zapytaj mądrzejszych.
– A ty pomyśl o tym.
Nie musiałam. Spotkania Ryana w Beaufort pragnęłam równie mocno jak umieszczenia moich danych na liście osób samotnych w kąciku Ludzie Spotykają Ludzi mojej lokalnej gazety.
– A co z tymi dwoma zwęglonymi ciałami na piętrze? – Wróciłam do St-Jovite.
– Nadal nad tym pracujemy.
– Czy Anna Goyette się pojawiła?
– Nie mam pojęcia.
– A są postępy w sprawie, którą prowadzi Claudel?
– W której?
– Tej poparzonej ciężarnej dziewczyny.
– O niczym nie wiem.
– To się dowiedz. I daj mi znać, co znajdziesz w Teksasie.
Odłożyłam słuchawkę i przyniosłam sobie dietetyczną colę. Jeszcze wtedy nie przeczuwałam, że tego dnia będę dużo rozmawiać przez telefon.
Całe popołudnie pracowałam nad referatem, który planowałam zaprezentować na spotkaniu Amerykańskiego Związku Antropologii Fizycznej na początku kwietnia. Jak zwykle odczuwałam stres spowodowany odkładaniem zbyt wiele na ostatnią chwilę.
O wpół do czwartej, kiedy zajęta byłam sortowaniem zdjęć tomografii komputerowej, znowu zadzwonił telefon.
– Jeszcze tam siedzisz?
– Ryan, niektórzy pracują.
– Adres w Teksasie to dom Schneiderów. Rodzice twierdzą, że Heidi i Brian pojawili się w sierpniu i zostali aż do narodzin dzieci. Heidi nie chciała opieki szpitalnej i urodziła w domu, z położną. Łatwy poród. Żadnych komplikacji. Dziadkowie szaleli ze szczęścia. Potem na początku grudnia odwiedził ich jakiś mężczyzna, a tydzień później jakaś starsza pani podjechała furgonetką i wyjechali razem.
– Dokąd pojechali?
– Rodzice nie wiedzą. Nie kontaktowali się od tamtej pory.
– Kim był ten mężczyzna?
– Nie mamy żadnej wskazówki, ale oni twierdzą, że mocno przestraszył Heidi i Briana. Po jego wyjściu ukryli dzieci i nie chcieli wyjść z domu, dopóki nie zjawiła się ta starsza pani. Papie Schneiderowi on się też nie podobał.
– Dlaczego?
– Nie spodobał mu się jego wygląd. Podobno przypominał… Pozwól mi zacytować. – Wyobraziłam sobie, jak przerzuca kartki w swoim notesie. – “…cholerny skunks”. Poeta, co?
– Niech się Yeats schowa. Coś jeszcze?